Zwyczajna ekscentryczka

Zwyczajna ekscentryczka

Dodano: 
Irena Krzywicka wyśmiewała "kultywowanie dziewictwa w celu korzystnego przehandlowania go dobrze zarabiającemu mężowi", abstynencję seksualną, monogamię i konieczność bycia żoną za każdą cenę
Gdyby żyła, obchodziłaby za kilka miesięcy stulecie urodzin. Gorszycielka, prowokatorka, czasami po ludzku słaba i po kobiecemu przebiegła. Posiadaczka najpiękniejszych nóg w Polsce... o czym podobno zaświadczał niemiecki poeta Walter Hasenclever.

Recenzentka, pisarka i tłumaczka, orędowniczka swobody seksualnej i legalizacji zabiegów przerywania ciąży. Irena Krzywicka. Relacje sądowe z procesu Rity Gorgonowej oskarżonej, przypomnijmy, o zabójstwo pasierbicy, uczyniły z niej osobę niemal sławną. Miała dwadzieścia cztery lata, gdy została żoną i o cztery lata więcej, gdy została kochanką mężczyzny swego życia Tadeusza Boya-Żeleńskiego. "Nie sposób poprzestać na jednym mężczyźnie, zwłaszcza że przeżycia zmysłowe mają nieszczęsną skłonność do blaknięcia z czasem" - tłumaczyła. Długotrwały związek z Boyem, mimo że tolerowany przez jego żonę, był latami jednym z głównych tematów kawiarnianych dysput. Kobiety chętniej ją potępiały, a mężczyźni dzielili się na tych, którym się podobała, i na tych, którzy mieli inny gust. W "Wyznaniach gorszycielki" Krzywicka po pierwszym spotkaniu z Boyem napisała: "I oto w najmniej odpowiedniej chwili, jak na złość, po kilkunastu latach niemożności kochania mężczyzny, po małżeństwie w przyjaźni, po ogniowej próbie "zdrady małżeńskiej", kiedy już pewna byłam mego stosunku do Jerzego, kiedy wreszcie zamieszkaliśmy razem, kiedy świadomie i z radością oczekiwałam dziecka - właśnie wtedy dopadła mnie miłość i to taka ostateczna, dożywotnia. Nie od razu zdałam sobie z niej sprawę, sama możliwość tej sytuacji wydawała mi się potworna, ale od czasu tego wywiadu, nie przyznając się do tego przed sobą, czekałam na telefon Boya". Mimo to u schyłku swego życia przyznawała, że częściej jednak wracała myślami do męża niż do sławnego kochanka. Jej matka, Felicja Barbanel - jak pisze Agata Tuszyńska w książce "Długie życie gorszycielki. Losy i świat Ireny Krzywickiej" - była typową "emancypantką bez posagu". Egzystencjalnie uzależniona od swoich mężów w "działaniu", ale wolna w "myśleniu". Pewnie dlatego po latach chwalono jej córkę Irenę za to, że jako jedyna w szkole potrafiła bez chichotu mówić o zapłodnieniu u roślin i zwierząt. Seks, jego prawa i tajemnice to ulubiony wątek podczas towarzyskich spotkań. Zostało jej to zresztą do końca życia. Trzeba przyznać, że równie gęsto wypełnionego upadkami, jak wzlotami. "Tak, miałam wszystko - stwierdza Krzywicka - drugie z kolei dziecko, kochającego bezgranicznie męża, niezmienną przyjaźń i miłość niepospolitego człowieka, rozgłos zawsze przyjemny dla próżności, interesującą pracę, stosunki z wieloma wybitnymi ludźmi, dobrobyt, młodość, sporą urodę, dom z dużym ogrodem pod miastem, piękne mieszkanie w mieście, możność podróżowania, idealną matkę, najukochańsze, niezwykle udane pierwsze dziecko - słowem wszystko, czego może pragnąć człowiek i kobieta. Zdumiewałam się czasem temu niezwykłemu powodzeniu. No i przyszedł jeden dzień, jeden jedyny - 1 września 1939 r. - kiedy znalazłam się na samym dnie nieszczęścia". Kiedy po wojnie, jak każdy na nowo uczyła się żyć, nie znajdowała powodu, by korzystać z jakiejkolwiek taryfy ulgowej. Chciała ponownie być podziwiana jako pisarka i pożądana jako kobieta. Dlatego postanowiła nie przyznawać się do rzeczywistego wieku. Z reguły odejmowała sobie około pięciu lat. Cóż z tego, skoro żaden z adorujących ją mężczyzn nie miał w sobie ani seksapilu, ani inteligencji, ani czaru, który chociaż w minimalnym stopniu dorównywałby nieodżałowanemu Boyowi. Dlatego poza nic nie znaczącymi zauroczeniami i flirtami bez kontynuacji Krzywicka w tej sferze życia pozostała do końca samotna. Otaczały ją jednak młode wielbicielki, dla których była kimś z innej bajki. Objaśniała im rozterki dorosłych kobiet i stawała się mimowolnym przewodnikiem po damsko-męskim świecie. Jan Lechoń zanotował kiedyś w swoim dzienniku: "Krzywicka powróciła wreszcie do swoich ulubionych postępowych świnologii i jak przed dwudziestu laty wymachuje majtkami niczym czerwonym sztandarem". W ten oto sposób to, co ważne dla każdej kobiety, postrzegał mężczyzna. Na jej odczyty jeszcze na początku lat 60. przychodziły tłumy. Jeździła więc po całej Polsce i uświadamiała w następujących sprawach: "Miłość i małżeństwo", "Moralność, obyczaje i ich przemiany". Wyśmiewała "kultywowanie dziewictwa w celu korzystnego przehandlowania go dobrze zarabiającemu mężowi", abstynencję seksualną, monogamię i konieczność bycia żoną za każdą cenę. Bez zmrużenia oka prowokowała słowami, które zresztą nie przystoją emancypantce: "synowe powinny się nadawać do garów i do łóżka". Miała je trzy. Ta ostatnia z najukochańszej stała się śmiertelnym wrogiem. Przegrała ta starsza. Dwadzieścia pięć lat temu, osiedliwszy się w jednym z najelegantszych przedmieść Paryża, Irena Krzywicka skonstatowała: "Jestem tu jedynie anonimową starszą panią, ale że nie jestem próżna, więc mi wszystko jedno". Po dziewięćdziesięciu pięciu latach życia. Ekscentrycznego, ale i zwyczajnego. Z powtarzającymi się w życiorysach prawie każdej kobiety dramatami, rozterkami i chwilowymi szczęśliwościami. Zwyczajna czy też niezwyczajna gorszycielka?
Okładka tygodnika WPROST: 19/1999
Więcej możesz przeczytać w 19/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0