Malowane piekło i niebo

Malowane piekło i niebo

Dodano: 
Film "Między piekłem a niebem" to fantastyczna wizja piekła i nieba zrealizowana przy użyciu wszystkich dostępnych elektronicznych sztuczek
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, film "Między piekłem a niebem" to bajka o tym, co dzieje się z nami po śmierci. Fantastyczna wizja piekła i nieba, zrealizowana przy użyciu wszystkich dostępnych elektronicznych sztuczek w stylu fantasy. Ten film dostał Oscara za efekty komputerowe, ale nie okazał się, niestety, dziełem wybitnym.
Zygmunt Kałużyński: - Sformułował pan główny problem, który dręczy mnie, starego kinomana. Dla mnie ten film składa się z dwóch części i do każdej z nich mam kompletnie inny stosunek emocjonalny, co się w kinie rzadko zdarza, bo zwykle albo nas film mniej więcej uczuciowo trzyma w jednostajnym odbiorze, albo nas jednostajnie odpycha. Pierwsza część tego filmu jest tak cymbalska, że ręce opadają.
TR: - To jest część realistyczno-obyczajowa, czyli obrazki z życia amerykańskiej rodziny.
ZK: - Z życia, ale i ze śmierci, przy czym ta śmierć wygląda jak sfingowane życie.
TR: - Najpierw mamy śmierć dwojga dzieci młodego małżeństwa. Giną one w wypadku samochodowym, jadąc do szkoły. Matka przeżywa załamanie nerwowe i trafia do szpitala psychiatrycznego, ale udaje się ją przywrócić do życia. Po czterech latach ginie jej mąż (Robin Williams). Także w wypadku. Wszyscy byli bardzo dobrzy, więc trafiają do nieba i ona, biedaczka, sama zostaje na ziemi.
ZK: - I popełnia samobójstwo z rozpaczy.
TR: - Za co trafia do piekła. Bo samobójcy, panie Zygmuncie, nie mają wstępu do raju.
ZK: - Właśnie. I to jest już opinia należąca do religii. Potępienie samobójstwa to sąd wyznaniowy. Co prawda w filmie nie jest wyraźnie powiedziane, o jaką religię chodzi, ale z grubsza wziąwszy, wszystkie główne wyznania - może prócz buddyjskiego - potępiają samobójstwo. Więc cała ta rodzina zginęła i przeniosła się na tamten świat, ale wciąż to jest ta sama rodzina mająca problemy jak z jakiegoś familijnego serialu telewizyjnego. A główny problem to ten, że mamusia się oddzieliła, bo za samobójstwo została przekazana do niesympatycznego oddziału zaświatów.
TR: - No nie, panie Zygmuncie, głównym tematem tego filmu jest miłość! To, że oni kochają się nawet po śmierci. Pan nie dostrzega najważniejszego motoru całej akcji!
ZK:- Widzę, że pan nakręca w sobie sprężynę życzliwości dla tej części, która mnie zupełnie odrzuciła, bo w gruncie rzeczy problem, który tu widzimy, mogłaby ta rodzina rozwiązywać w miasteczku amerykańskim, w schludnym domku z telewizorem i garażem. Jego przeniesienie na tamten świat jest wręcz chwytem mistyfikacyjnym. Na dodatek mamy tu Robina Williamsa, specjalizującego się w rolach naiwnych poczciwców uczuciowych. Tutaj jego naiwność doprowadzona została do debilizmu, a jego sentymentalizm wręcz do głupoty.
TR: - Nie wierzy pan, że można aż tak kochać kobietę i za życia, i po śmierci? Nie wierzy pan w to, że z miłości można iść za ukochaną do piekła?
ZK: - Wierzę w to, ale tylko wtedy, gdy oglądam "Dynastię" albo podobną telewizyjną taśmę rodzinną.
TR: - Ale jest jeszcze druga warstwa filmu: prezentacja zaświatów. To feeria najpiękniejszych wyobrażeń wizualnych, odwołujących się do wybitnych dzieł malarstwa. Owe zaświaty nawiązują też do literatury fantasy.
ZK: - To jest to, co uderzyło mnie w tym filmie jako wysoce oryginalne i kontrastujące z płaskością czy wręcz otwartą głupotą akcji rodzinnej. Pojawia się ciekawa myśl: że zaświaty będą takie, jak sobie je wyobrażamy tutaj, na ziemi. Sugerowali to również myśliciele chrześcijańscy, jak choćby św. Augustyn. Jest to obietnica, że na tamtym świecie człowiek nie zgubi tego, do czego był przywiązany w ziemskim życiu. Zaś w życiu naszej filmowej rodziny główną rolę odgrywał krajobraz romantyczny.
TR: - No i malarstwo. Robin Williams gra człowieka zakochanego w malarstwie, a jego żona jest malarką. Pejzaż z jednego z jej obrazów "materializuje się" nawet w zaświatach.
ZK: - I co to jest za gust w tym obrazie? To jest dziewiętnastowieczny romantyzm. Jego założeniem było odtworzenie za pomocą krajobrazu stanu emocjonalnego człowieka. W filmie występuje zresztą autentyczny obraz Gaspara Friedricha, wybitnego malarza niemieckiego, uważanego w swoim kraju za głównego pejzażystę minionego stulecia. Cała wizja zaświatów jest rozbudowaniem tego sposobu patrzenia. Mamy tam morze kwiatów, złożone z milionów autentycznych kwiatów, nie wyrastających jednak z gruntu, lecz stanowiących ocean, przez który nasi bohaterowie płyną. Mamy przedziwne, fantastyczne architektury unoszące się w obłokach. Najbardziej niezwykłym obrazem jest piekło, które zostało przedstawione jako dosłownie wybrukowane nie tyle chęciami, ile żywymi głowami potępionych. Jest ich tyle, że...
TR: - ... tworzą trotuar, po którym można chodzić.
ZK: - I trudno dojść gdziekolwiek, bo to się ciągnie aż do horyzontu i nie widać końca. Tę wizję - muszę przyznać - oglądałem z najwyższym zainteresowaniem i satysfakcją estetyczną.
TR: - Właśnie za to film otrzymał Oscara.
ZK: - Oscar był za wyczyn techniczny, bo niewątpliwie uczestniczył w tym wszystkim komputer i zastosowano wszelkie chwyty elektroniczne dzisiejszego kina. Ale to jest wizja!
TR: - Panie Zygmuncie, czy zauważył pan, że ostatnio powstaje coraz więcej filmów, w których przedstawiane są zaświaty i anioły? Jakby twórcy chcieli oswoić nas z myślą o śmierci.
ZK: - Rzeczywiście, mieliśmy anioła Nicolasa Cage?a, który zakochał się w lekarce (Meg Ryan) w "Mieście aniołów" i postanowił przestać być aniołem, żeby z nią zostać. Następnie mieliśmy Brada Pitta jako wysłannika śmierci, który przyszedł po Anthony?ego Hopkinsa, by uratować jego walący się biznes, ale jego samego zabrać na tamtą stronę. Tyle że te bajki, jakoby metafizyczne, w gruncie rzeczy były w bardzo powierzchowny sposób przystosowane do gatunku "rodzinny komediodramat obyczajowy". Nasz film jest co prawda podobny, ale ma ową zaskakującą warstwę wizji tamtego świata. To, że mnie nie przekonał, wynika przede wszystkim z tego, że reżyser nie wykazał się dostateczną siłą twórczą. Może rację miała Simone Weil, kiedy pisała, że informacje o tamtym świecie musimy zawierzyć siłom z tamtego świata, czyli istocie najwyższej? Lepiej sobie niczego nie wyobrażać - twierdziła - bo wtedy właśnie spełnimy życzenie tych sił, które stworzyły świat i które nami kierują.
Okładka tygodnika WPROST: 19/1999
Więcej możesz przeczytać w 19/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0