SPÓŹNIONA MIłOŚĆ

SPÓŹNIONA MIłOŚĆ

Dodano:   /  Zmieniono: 
Minęło pół wieku - świat nadal jest okrutny, a Różewicz nadal wierny poezji.
Tadeusz Różewicz
(ur. w 1921) - poeta, dramaturg, prozaik. Jego pierwsze utwory stanowiły zapis doświadczeń wojennych, w następnych zajął się problemami moralnymi współczesnej cywilizacji. Jest autorem zbiorów wierszy i poematów: "Niepokój" (1947 r.), "Czerwona rękawiczka" (1948 r.), "Głos Anonima" (1961 r.), "Płaskorzeźba" (1991 r.), dramatów groteskowych ("Kartoteka", "Świadkowie", "Akt przerywany"), a także opowiadań oraz szkiców "Teatr niekonsekwencji".

Tadeusz Różewicz od początku swej twórczości rozpacza, że miłość wydaje się niemożliwa na tym najgorszym ze światów. Życie bez miłości traci jednak urodę i sens, więc nie wiadomo, czy należy rozsądnie się jej wyrzec, czy kochać na przekór wszystkiemu, co jej nie sprzyja. Różewicz należy do tych, którzy pragną niemożliwości i właśnie wtedy, gdy osacza nas okrutny absurd, odkrywa "spóźnioną miłość" jako zaprzeczenie katastrofy.

Wydany obecnie tom poezji "Zawsze fragment * recycling" jest wypełniony rozpaczą, podobnie jak "Niepokój" z roku 1947. Autor przywołuje swój debiut w poemacie-opowieści o dwóch artystach, poecie i malarzu, którzy widzą nasze stu-
lecie jako wielkie jatki, poćwiartowane mięso, zniszczone wartości, odarte z rozumu i życia głowy. Francis Bacon, znany malarz okropności biologicznej materii, mówił, że większość jego obrazów "została wykonana przez człowieka w stanie Niepokoju". Różewicz marzył, żeby zacytować mu swoje wiersze z tomiku "Niepokój": "różowe ideały/ poćwiartowane/ wiszą w jatkach". Rozumiał szaloną prowokację Bacona, który odważył się na "transformację ukrzyżowanej osoby/ w wiszące martwe mięso". W malarstwie i w poezji mamy ciała zniszczone przez wojny, obozy, tortury, choroby oraz dusze odarte z nadziei na zmartwychwstanie, żywot wieczny, a także na sens teraźniejszy. "Obaj wędrowaliśmy przez "Ziemię jałową"" - pisze Różewicz, odwołując się do słynnego poematu Eliota.
Dwudziestoletni poeta przeżył drugą wojnę światową, był w partyzantce, ale nie czuł się ani zwycięzcą, ani ocalonym. W roku 1945 stwierdzał w wierszu: "Człowieka tak się zabija jak zwierzę/ widziałem furgony porąbanych ludzi/ którzy nie zostaną zbawieni". Nie ratował się wewnętrznie zobojętnieniem, cynizmem, nihilistyczną negacją. Czuł się zgubiony, rozpaczał. Swoją rozpacz wyrażał językiem pozornie oschłym, niemal grubiańskim, bo i poezję uważał za sztukę zabitą. Ale właśnie ta rozpacz wbrew wszystkiemu świadczyła o nadziei, o uczuciowości nie zabitej. W całej jego poezji pozbawionej złudzeń nie ma przecież nienawiści ani spokoju całkowitej rezygnacji. Jest w niej cierpienie, niepokój, potrzeba twórczości. Minęło pół wieku - świat nadal jest okrutny, a Różewicz nadal wierny poezji.
Najnowszy tom jest kolejnym poetyckim świadectwem różnych szaleństw kończącego się stulecia. Dzikie nacjonalizmy, czystki etniczne, masakry plemion, absurdalne i prymitywne wojny utrzymują nas w przekonaniu, że zło jest niezbywalną cechą natury ludzkiej. "Śmierć Boga", którą ogłaszano już tyle razy, nie uświęciła człowieka. Psychoanalitycy i laiccy moraliści chlubią się tym, że wyzwolili autentyczną osobowość jednostki, ale o "ubocznych" skutkach wolą nie mówić. Rozkwit nauki, triumf rozumu, sukcesy cywilizacji mają uszczęśliwić pokolenia, chociaż niekiedy niszczą współczesnych konsumentów niebezpiecznych dobrodziejstw.
O takich doświadczeniach Różewicz nie mówi już wyłącznie z grozą lub rozpaczą, wręcz przeciwnie - coraz wyraźniejszy w jego poezji jest ton szyderczy, obracający tę gigantyczną szopkę w ponury żart. Dawno się tak nie śmiałam z przerażających i smutnych rzeczy!
Wiersz "W gościnie u Henryka Tomaszewskiego w Muzeum Zabawek" proponuje jeszcze uśmiech łagodny: "Starych artystów dwóch - aktor i poeta -/ spotkało się pod koniec wieku/ i mówią o zabawkach/ milczą o Człowieku". Znaleźli dla siebie na chwilę "cudowny kąt na progu wielkiego cienia", byli dwoma uśmiechniętymi chłopcami "zatrzymanymi w biegu".
"Walentynki (poemat z końca XX wieku)" jest kpiną z infantylizmu i okrucieństwa nowej "kultury" uczuć i obyczajów. Poeta jeszcze się zastanawia: "a może da się/ całą rzecz/ obrócić w żart". Niestety, to niemożliwe, z tego obrazu współczesnej miłości i rodziny wieje wszelaką grozą. Chłopak zabija swego synka, bo go zdenerwował płaczem, 500 tys. kobiet w ciąży umiera rocznie z braku opieki medycznej, 3 mln noworodków ginie w pierwszym tygodniu życia, ale nic to, bo co roku przybywa 94 mln ludzi, a jeśli jeden tatuś zły, "postara się mamusia/ o drugiego tatusia/ tatusia cichego/ tatusia dobrego/ w szklanej rureczce/ szczelnie zamkniętego".
W rozbudowanym poemacie "recycling" Różewicz ukazuje świat wyzbyty historycznej pamięci i moralności, pełen szalonych krów i niedobrych ludzi. Poemat ma formę "informacyjnego śmietnika". Taśmowe fabrykowanie ludzi i zwierząt wydaje się tu najbardziej szatańskim pomysłem człowieka.
Gdzie szukać, znaleźć, zrealizować "spóźnioną miłość"? Niby nie ma na to żadnych szans, a jednak ten tom Różewicza zawiera wiele wierszy pełnych ciepła, czułości, tęsknoty. Im bardziej świat staje się nieludzki, tym bardziej liczy się spotkanie z człowiekiem wrażliwym, dobrym, odważnym, pełnym fantazji. Może być nieznanym przechodniem, jak w utworze "Mozaika bułgarska z roku 1978". Należy do przeszłości, wspomniany "W świetle filujących lamp". Była zamazana przez gorączkę twarz pani doktor z wiersza "Grypa w Krynicy". Wystarczy nieraz tylko "na poduszce wgłębienie/ po twojej głowie". Niekiedy potrzebne wyliczenie "czego byłoby żal":
"ciszy między naszymi twarzami
i słów które nie zostały
wypowiedziane
bo to co boskie
między ludzkimi istotami
ciągle poszukuje
swojego wyrazu"


Właśnie: nie tylko zło istnieje pomiędzy ludźmi, boskość także. Nie tylko nienawiść, również miłość. Często wydaje się nam "spóźniona", bo czekamy nieraz długo i daremnie, nie umiemy jej rozpoznać ani jej sprostać. Gdy życie mija i pogrążamy się w kolejnych smugach cienia, tym większa bywa za nią tęsknota. Najpiękniejszym utworem tego tomu jest niezrównana "Gawęda o spóźnionej miłości", zamieszczona tylko we fragmentach. Fascynacja Wandą Rutkiewicz, znaną polską alpinistką, która zginęła w Himalajach w 1992 r., została tu przetworzona w poemat o sięganiu po Niezdobyte (dotyczy to nie tylko wspinaczki, ale i poezji), o poczuciu zagrożenia i ryzyka, które przydaje smaku życiu, o miłości najintensywniejszej w ocieraniu się o bliskość śmierci. Wanda jest tu cudowną, szaloną kobietą i zarazem postacią z mitu: "szliśmy wzdłuż strumienia/ i ja wiedząc że ona już była/ umarła/ zawołałem do niej po imieniu/ a ona idąc dalej obejrzała się i/ położyła palec na ustach". Człowieczy znak porozumienia, milczenia, miłości aż do końca, poza koniec.
Więcej możesz przeczytać w 28/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0