Brud

Dodano:   /  Zmieniono: 
Pod względem poziomu higieny wiele regionów Polski przypomina bardziej trzeci niż pierwszy świat.
Listeria, gronkowce, lamblie, C-par- vum i inne zarazki rozwijają się w oferowanej w sklepach i restauracjach żywności, w napojach, w brudnej wodzie polskich basenów, jezior i morza. Bóle brzucha, wymioty, biegunka psują urlopy średnio co dwunastemu Polakowi - wynika z nieoficjalnych informacji Ministerstwa Zdrowia. Co roku pół miliona osób cierpi na zatrucie pokarmowe. Co dziesiąty chory wymaga specjalistycznej pomocy, łącznie z hospitalizacją. W Państwowym Zakładzie Higieny rejestruje się ostatnio kilkadziesiąt tysięcy ciężkich zatruć w roku. Aż do 55 proc. zachorowań tego typu dochodzi w ciągu zaledwie dziesięciu tygodni sezonu wakacyjnego.

26 czerwca w Zielonej Górze pałeczką salmonelli, która znajdowała się w ciastkach z kremem, zatruło się aż 100 osób - zarówno klienci, jak i pracownicy cukierni. Kilkanaście osób hospitalizowano. Dzień wcześniej nowosądecki sanepid wykrył gronkowca w zupach w proszku firmy Amino. W polskich sklepach i hurtowniach znajduje się ok. 220 tys. opakowań zupy z zakwestionowanej serii. Zdaniem specjalistów, gronkowiec traci wprawdzie właściwości chorobotwórcze już w temperaturze 400 C, ale niebezpieczna dla zdrowia enterotoksyna wytwarzana przez te bakterie wytrzymuje nawet temperaturę 1200 C. Kilka dni wcześniej dwukrotnie wykryto pałeczki salmonelli w zupie ogonowej kaliskich Winiar. Na wniosek sanepidu sprawą zajęła się Prokuratura Rejonowa w Kaliszu. "Jeżeli ktoś będzie zbyt krótko gotował tę zupę i nie zaczeka, aż woda zacznie wrzeć, może się zatruć i zachorować" - ostrzega Danuta Laskowska, szefowa sanepidu w Gorzowie Wielkopolskim.
- Według oficjalnych statystyk, rocznie dochodzi do 30 tys. zakażeń pałeczkami salmonelli - mówi dr Ewa Gonera z Państwowego Zakładu Higieny w Warszawie. - W rzeczywistości jest ich prawdopodobnie dziesięciokrotnie więcej.
Lekkie zatrucia pokarmowe mają na ogół ostre objawy i krótki przebieg. Czasami wystarczy jednodniowa głodówka, by choroba ustąpiła bez pomocy lekarza i zażywania jakichkolwiek środków. Ważne jest, by chory przyjmował dużą ilość płynów. Gdy objawy utrzymują się dłużej niż dzień, należy się skontaktować z lekarzem. Ryzyko jest bardzo duże: co setna ofiara salmonelli umiera. Lekarzom rzadko udaje się odratować ciężko zatrutych. Ryzyko wzrasta latem, w małych miejscowościach. Aż w 80 proc. polskich wsi nie ma możliwości skorzystania z pomocy lekarza.
Najgroźniejsze, prócz salmonelli, są zarazki listerii (pojawiają się w 
15 proc. dostępnych na rynku serów miękkich). Zabójcze są zarazki yersiny (stwierdzono je w połowie przebadanych próbek mleka). Bakterie E-coli rozwijają się z kolei w hamburgerach. Gronkowce można wykryć niemal w każdym rodzaju żywności. Zakażenia pokarmowego można się też nabawić podczas kąpieli: groźne zarazki C-parvum i G-lamblia potrafią przetrwać i rozwijać się nawet w chlorowanej wodzie. W morzach, rzekach i jeziorach - prócz zjadliwych bakterii - czyhają na nas również rozpuszczone w wodzie substancje chemiczne, powodujące podrażnienia i poparzenia skóry oraz zatrucia organizmu.
- Epidemia salmonellozy wybuchła u nas w latach 80. - mówi dr Ewa Gonera. - Kurczaki karmiono wtedy paszami, których nie pasteryzowano. Dzisiaj bakterie salmonelli pojawiają się wszędzie. W temperaturze powyżej 180 C w ciągu godziny dziesięciokrotnie zwiększa się liczba pałeczek salmonelli. Właśnie to powoduje ostre zatrucia.
Polska wciąż przedstawiana jest na Zachodzie jako kraj posiadający niskiej jakości infrastrukturę turystyczną. W Szwecji przestrzega się przed ryzykiem podróżowania do naszego kraju: przed dealerami amfetaminy, podrabianymi wyrobami spirytusowymi i uliczną gastronomią (szczególnie odstręcza się od smażalni ryb i budek z hot-dogami). - Stan higieniczny bazy turystycznej ostatnio bardzo się poprawił, ale w wielu rejonach Polski trzeba zwracać uwagę na to, co jemy i gdzie się kąpiemy - mówi Włodzimierz Sukiennik, prezes Polskiej Izby Turystyki. Zasadniczym problemem jest jednak to, że w naszym kraju praktycznie nie można znaleźć miejsc, w których na pewno będzie czysto. Właśnie to zniechęca zagranicznych gości. - Biura turystyczne nie potrafią tak ułożyć trasy podróży, by zwiedzający nasz kraj nie trafili na brud w łazience, restauracji, na dworcu, w schronisku, hotelu bądź na szlaku. Psuje to wrażenie z pobytu i sprawia, że rozczarowany turysta więcej już do nas nie przyjeżdża - mówi Jerzy Wata, organizator polskiej turystyki w Hiszpanii i hiszpańskiej w Polsce.
Polska miała zresztą opinię kraju brudnego już przynajmniej w XIX w. Pisał o tym w swojej publicystyce Bolesław Prus. Twierdził on, że brak nawyków higienicznych bardziej nas wiąże z cywilizacją azjatycką niż polityka wynarodowienia prowadzona przez Rosję. W podobnym tonie wypowiadał się o naszej niechęci do higieny Stefan Żeromski, nie potrafił jej zaakceptować Stanisław Brzozowski, kpili z niej w dwudziestoleciu międzywojennym Stanisław Ignacy Witkiewicz, Leon Chwistek oraz - przede wszystkim - Tadeusz Boy-Żeleński. Isaac Bashevis Singer, laureat literackiego Nobla, wspomina Warszawę przesyconą fetorem z rynsztoków, zapachem zjełczałego masła i psującego się mięsa. Pretensje do europejskości zasłaniające smród podwórek-studni i tuszowany tanią wodą kolońską zapach potu wyśmiewał Tadeusz Dołęga-Mostowicz, najchętniej czytany pisarz międzywojnia. Stereotyp Polski jako brudnego kąta Europy znaleźć można u Winstona Churchilla, Averela Harrimanna, Anthony?ego Edena. Ten obraz nie zmienił się także w czasach PRL, co najdobitniej widać w filmach Stanisława Barei oraz - na przykład - w "Amatorze" Krzysztofa Kieślowskiego.
Mimo zauważalnego postępu, także w III RP nie uwolniliśmy się od piętna brudasów Europy. Tracimy na tym potrójnie. Po pierwsze - nie przyjeżdżają do Polski najbardziej pożądani, czyli bogaci, turyści z zagranicy. Po drugie - Polacy rezygnują ze spędzania wakacji w kraju, wybierając konkurencyjną ofertę zagraniczną. Po trzecie - ponosimy koszty leczenia dziesiątek tysięcy wczasowiczów zatrutych lodami, zupą lub kiełbasą. Trzeba pamiętać, że koszt kuracji pacjenta chorego na ostre zatrucie bakteriami salmonelli wynosi około tysiąca złotych. Do sądów praktycznie nie trafiają tymczasem sprawy - z powództwa cywilnego - przeciwko sprawcom zatruć pokarmowych. Należałoby się zastanowić, czy winni nie powinni ponosić kosztów leczenia.
Pod względem poziomu higieny wiele regionów Polski przypomina bardziej trzeci niż pierwszy świat. W reportażu emitowanym latem ubiegłego roku w holenderskiej telewizji zachwycano się tempem rozwoju polskiej gospodarki, a jednocześnie autor nie mógł zrozumieć, dlaczego tak mało zrobiono, by poprawić stan higieny w toaletach dworcowych, dlaczego większości pisuarów nie można spłukać wodą, bardzo rzadko trafia się mydło w płynie bądź papierowe ręczniki.

Pokazywano też obrazki ze sklepu mięsnego, w którym ekspedientka kasuje pieniądze, a następnie tą samą ręką pakuje wyroby. Na zbliżeniu widać było brudne papiery, którymi klienci sprawdzają świeżość nie opakowanego w folię pieczywa, zwiędnięte nowalijki. Komentator dziwił się, że tak wielu klientów restauracji wychodzi z toalety, nie myjąc rąk, że Polacy właściwie nie znają europejskich standardów czystości - nie mają nawyku mycia rąk kilka, kilkanaście razy dziennie, wielokrotnego (w ciągu dnia) sprzątania zaplecza kuchennego w restauracjach i barach, częstego zmieniania strojów przez kucharzy i kelnerów itp.
Klaus Bachmann, niemiecki dziennikarz od lat pracujący w Polsce, zwrócił uwagę na ogromny kontrast między wyglądem klatek schodowych (brud, zwierzęce ekskrementy, obite ściany, niedopałki, rozlane płyny) i mieszkań (schludne, elegancko urządzone). Nie zauważył też u nas zwyczaju kilkakrotnego mycia witryn sklepów i sprzątania chodnika przed nimi. W Niemczech placówki takie straciłyby natychmiast klientów na rzecz konkurencji. Chociaż stwierdzono, że w ciągu ostatnich ośmiu lat w Polsce trzykrotnie wzrosło zużycie proszków do prania, mydła i środków czystości, ponad 30 proc. rodaków nigdy nie używa dezodorantu, prawie 30 proc. przyznaje się, że myje zęby raz, dwa razy w tygodniu bądź wcale, ponad dwie trzecie chodzi w tej samej bieliźnie przez cały dzień, mimo że temperatura może przekraczać 300 C, zaledwie 7 proc. bierze prysznic w ciągu dnia.
Na szczęście zachodni turyści nie znają treści tych badań, nie czytają też polskich raportów o stanie higienicznym kraju, z których wynika, że jedzenie i picie napojów bezalkoholowych wiąże się w Polsce z dużym ryzykiem. W ubiegłym roku sanepid zdyskwalifikował na przykład aż 64 proc. wyrobów i przetworów mięsnych znajdujących się w sprzedaży na terenie województwa rzeszowskiego. Aż 
38 proc. próbek pieczywa sprzedawanego w Tarnowskiem nie nadawało się - zdaniem kontrolerów - do spożycia. W Poznańskiem zakwestionowano aż 27 proc. napojów bezalkoholowych, a w Warszawie i okolicach zastrzeżenia budziło 32 proc. obiektów, w których sprzedaje się żywność.
Zbiorcze dane przekonują, że powinno się unikać jedzenia i picia w województwach legnickim, tarnowskim i rzeszowskim - sanepid zakwestionował tam więcej niż co piątą pobraną próbkę żywności. Zastrzeżenia budziły mleko, mięso, pieczywo, napoje bezalkoholowe oraz stan sanitarny punktów, w których sprzedaje się artykuły spożywcze. Zdaniem prof. Andrzeja Radzikowskiego z Akademii Medycznej w Warszawie, niebezpieczne jest nawet picie alkoholu: do koktajli i drinków bakterie mogą przeniknąć z kostek lodu wytwarzanego z wody z kranu.
Liczba zakażeń pokarmowych wzrasta w ostatnich latach lawinowo, szczególnie w krajach przechodzących transformację ustrojową - wynika z danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Ocenia się, że w naszej części Europy aż 75 tys. kurczaków zainfekowanych jest salmonellą. Jednocześnie pojawiło się 30 nowych groźnych infekcji, na które nie ma jeszcze leków ani szczepionek. W Polsce zagrożenie starymi i nowymi rodzajami bakterii kumuluje się. Między innymi dlatego, że brakuje nam silnych organizacji konsumenckich, potrafiących skutecznie kontrolować towary znajdujące się w sprzedaży. Konkurencja między producentami tylko częściowo rozwiązuje problem - wykrycie pałeczek salmonelli w proszkowych zupach Winiar jest jednak najlepszym przykładem, że rynek wymusza coraz lepszą jakość, bo wpadek i błędów nie da się już ukryć.
Tymczasem czystość jest przeliczalna na pieniądze. - Właściciele i dzierżawcy ośrodków wypoczynkowych dostrzegają, że dbałość o higienę zwiększa dochody, inwestują więc w węzły sanitarne, dbają o czystość - uważa Włodzimierz Sukiennik. - Nie można, niestety, powiedzieć tego samego o producentach żywności, dostawcach półproduktów i handlowcach. Dla nich przeterminowane artykuły spożywcze oznaczają stratę. Starają się więc ukryć wady towarów, sprzedać za wszelką cenę, nawet kosztem utraty reputacji.
- Infrastruktura turystyczna znacznie się poprawiła w ciągu ostatnich dziewięciu lat, jednak przede wszystkim budujemy drogie, wielogwiazdkowe hotele i pensjonaty. Brakuje natomiast przydrożnych i tanich hotelików oraz knajpek. Chlubny wyjątek stanowi Kraków - mówi Olgierd Budrewicz, dziennikarz i podróżnik. Równocześnie systematycznie wzrastają wymagania turystów, co powoduje, że zmniejszają się dochody obiektów o średnim i niskim standardzie. W zeszłym roku tzw. stopień wykorzystania miejsc w trójmiejskich hotelach o wyższym standardzie wzrósł do rekordowego poziomu 62 proc. Latem w ogóle trudno było marzyć o znalezieniu pokoju w lepszym hotelu zlokalizowanym w Trójmieście. W tym samym czasie wyraźnie zmniejszyło się zainteresowanie mieszczącymi się na Półwyspie Helskim obiektami o niższym standardzie. Ich właściciele obliczyli, że hotele, domy wczasowe i pensjonaty półwyspu straciły na rzecz hotelarzy z Gdańska ok. 25 mln zł. Sytuacji nie poprawiła nawet obniżka cen kwater z 25 do 20 zł za dobę.
- Czystość i gwarancja dobrej obsługi opłaca się podwójnie. Po pierwsze, zwiększa wpływy od zadowolonego klienta, po drugie - gwarantuje, że wróci on w to samo miejsce w przyszłości - przekonuje Włodzimierz Sukiennik. Świadomi wymagań wczasowiczów są włodarze regionów i miast uznawanych przez turystów zza Odry za Heimat. Dotyczy to w szczególności Kotliny Kłodzkiej, Karkonoszy, Mazur i "dwójmiasta", czyli Gdańska i Sopotu. Gorzej jest na Mazurach. Służby sanitarne nie nadążają ze sprzątaniem pływających w jeziorach fekaliów,
reszek jedzenia i butelek po piwie. Taki obraz jest odbiciem ogólnego stanu polskiego przemysłu turystycznego. Na miano "turystycznych" zasługuje niespełna 228 z 2486 polskich gmin. Co prawda tylko trzy z nich nie posiadają wodociągów, ale za to kanalizacji - już 53, a oczyszczalni ścieków - aż 130. Wydaje się zatem, że udział polskiego przemysłu turystycznego w rynku światowym zwiększył się z 0,1 proc. w 1990 r. do 1,8 proc. w 1995 r. tylko na skutek otwarcia granic.
- Wybieram się do Krakowa, słyszałem, że woda z kranu w tym mieście jest kiepska. Co mam zrobić, gdy w krakowskim mieszkaniu zostanę poczęstowany kawą? Mogę ją spokojnie wypić, czy lepiej dyskretnie wylać za okno? - pytał nas niedawno niemiecki pracownik Instytutu Goethego. Biorąc pod uwagę takie opinie, należy też pamiętać, że stan sanitarny Polski jest nieustannie obserwowany przez organizatorów międzynarodowego ruchu turystycznego. Ocena autorów niemieckich przewodników jest jednoznaczna: "W Polsce higiena znacznie się poprawiła, ale nadal należy zachować ostrożność, kupując żywność".
Brud kosztuje nas wszystkich dziesiątki milionów złotych, które co roku wydaje się na leczenie zatruć, a także setki milionów złotych, których nie zostawią w Polsce turyści przyzwyczajeni do wysokich standardów higieny.

Więcej możesz przeczytać w 28/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0