ROZWODNICY STANU

ROZWODNICY STANU

Dodano: 
Józef Piłsudski i Roman Dmowski, Charles de Gaulle i Konrad Adenauer - to o nich się mówi "mężowie stanu". Jakie cechy wyróżniają wybijających się ponad przeciętność polityków? Czy w dzisiejszej Polsce są mężowie stanu? Tekstem Krzysztofa Czabańskiego otwieramy dyskusję pod hasłem "Mąż stanu 2000".
Województw może być piętnaście, a może i dwanaście, albo szesnaście, albo siedemnaście, albo ... ? Tak mówią politycy, często ci sami wymieniają różne liczby. Nie, nie, proszę się nie niepokoić! Nie zamierzam pisać o reformie terytorialno-administracyjnej kraju. Projektowana reforma jest pozorna niemal od samego swego początku, kiedy racje finansowo-gospodarcze i logistyczne przemawiające za utworzeniem najwyżej ośmiu regionów i silnymi gminami (bez "czapki" powiatów) przegrały z interesami partykularnymi funkcjonariuszy partii i grup urzędniczych. Podobnie już na starcie przegrała reforma służby zdrowia, której istota - po kompromisach i uzgodnieniach międzypartyjnych - ma się sprowadzić do utworzenia dodatkowej administracji w postaci kas chorych. Podobny los grozi reformom w oświacie i ubezpieczeniach społecznych (emeryturach). Co jest przyczyną tych fatalnych zjawisk? Dlaczego nasi politycy zadowalają się ruchami pozornymi (byle pozostał szyld "reforma"), nie rozwiązującymi problemów społecznych i 
gospodarczych? Czy politycy polscy w ogóle chcą osiągnąć cokolwiek poza samą władzą i związanymi z nią korzyściami? Czy pytają o polską rację stanu i o dobro wspólne obywateli? Dlaczego w działaniu nie kierują się tymi wartościami?

Gdzie są chłopcy z tamtych lat?
Nie ma co wspominać niegdysiejszych śniegów, ale choćby Lech Wałęsa - miał koncepcję polityczną i bardzo wiele osiągnął (odsunięcie komunistów od władzy, pierwsze wolne wybory, wycofanie wojsk sowieckich z Polski, przekonanie Clintona, że warto otworzyć Polsce drogę do NATO), ale w latach późniejszych - moim zdaniem - zatracił się jako prezydent i niejako na własne życzenie przegrał wybory z Kwaśniewskim. Koncepcję polityczną realizował także Tadeusz Mazowiecki, choć osobiście się z nią nie zgadzałem, to przecież "gruba kreska" miała swoją logikę i sens polityczny: powolne, bez zagrożenia zbrojnego, obumieranie PRL. Co stokroć zaś ważniejsze, Tadeusz Mazowiecki stworzył skuteczny polityczny parasol ochronny nad reformami gospodarczymi Balcerowicza. Już to jedno przesądza o summa summarum pozytywnej ocenie pomysłu politycznego, jaki na państwo polskie miała ekipa Mazowieckiego.
Próbowali swój pomysł na lustrację i dekomunizację przeprowadzić Jarosław Kaczyński i Jan Olszewski i choć nie udało im się, dziś mało kto nie przyznaje tym dwóm politykom racji. Bardzo charakterystyczna jest w tej sprawie zdecydowana zmiana stanowiska Unii Wolności. Podobnie jak zmienia się nastawienie środowisk politycznych do postulowanego przez Kaczyńskiego zaostrzenia postępowania wobec przestępców i budowy bezpiecznego i 
praworządnego państwa.
Być może jądro establishmentu PRL-owskiego (dysponenci służb specjalnych i finansów) zaplanowało proces transformacji państwa w taki sposób, by zachować w III RP wpływy czy wręcz władzę. A może procesy, które pozwoliły ludziom PRL utrzymać swoje pozycje społeczne, przebiegały w dużej mierze naturalnie i przypadkowo? Nie jest to dla mnie do końca jasne. Ale na pewno ta grupa polityczna odniosła w praktyce najbardziej spektakularny sukces po 1989 r.
Zapewne było jeszcze kilka innych pomysłów politycznych, nie chodzi mi jednak o ich ocalenie dla potomności, ale o prostą konstatację, że autorzy tych koncepcji odeszli na polityczną emeryturę (choć niektórzy, jak myślę, liczą na powrót do aktywności), a ich następcy sprawiają wrażenie, jakby nie wiedzieli, iż pomysł na państwo potrzebny jest ludziom sprawującym władzę albo o nią zabiegającym, walczącym.

Czas biurokratów i disco polo.
Taka jest zapewne logika wewnętrzna różnych ruchów społecznych, partii, organizacji, że po pewnym czasie miejsce liderów z charakterem, osobowością, zajmują eksponenci aparatu urzędniczego tych organizacji lub tzw. eksperci. Takie właśnie procesy zaszły w Unii Wolności, gdzie na czoło wysunął się Leszek Balcerowicz (ekspert gospodarczy) w towarzystwie całkowicie bezbarwnych politycznie postaci, jak Mirosław Czech czy Marek Komorowski (urzędnicy partyjni). W AWS pierwsze skrzypce gra Marian Krzaklewski (mieszanka działacza i urzędnika związkowego, o zadatkach na polityka, ale czas po wyborach tego nie potwierdza), zaś premierem w imieniu tej formacji został ekspert-inżynier Jerzy Buzek, nowicjusz w polityce, co, niestety, już przyniosło swoje złe owoce w postaci uzależnienia rządu od prezydenta.
Rzecz jasna, świat polityki musi się dostosować do zmieniającej się cywilizacji, a zatem ulec dyktatowi kultury masowej, telewizji i reklamie, czyli kulturze obrazkowej. Lider partyjny jest takim samym towarem do sprzedania jak pasta do zębów czy margaryna. Dlatego na przykład głównym problemem Unii Wolności w kampanii wyborczej było, jak nauczyć Leszka Balcerowicza, żeby się uśmiechał w telewizji. Nie wiem, ile ta świeżo nabyta umiejętność szefa UW przyniosła głosów w wyborach, ale na pewno okazała się pomocna. Inna sprawa, że Balcerowicz tak dobrze nauczył się lekcji, że uśmiecha się również wtedy, gdy mówi słowa gorzkie, o braku pieniędzy na reformy itp. Czasem wygląda to na naigrywanie się z obywatela.Aleksander Kwaśniewski tańczy i śpiewa efektywnie wyborczo, a próbował tej metody również Waldemar Pawlak, jednak trudno mu było nabrać lekkości i wdzięku, co zakończyło się katastrofą ubiegłej jesieni. Także najmłodsi politycy polscy, tzw. pampersi ze stajni Wiesława Walendziaka, Marka Kempskiego i Ligi Republikańskiej, lubią się prezentować jako ludzie luźni i zabawowi. Nie jest zresztą wykluczone, że to kryterium - luzu i wyszczerzonych, nienagannie równych i białych zębów - winno decydować o wyborze przez poszczególne ugrupowania swoich kandydatów na najbliższe wybory prezydenckie. Może lewicowemu disco polo, Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, ma szansę udanie się przeciwstawić jedynie disco polo prawicowe?
Paradoksalnie, luz i disco polo nie kłócą się z biuro- i technokracją. To, co łączy te pozornie odległe od siebie postawy i formacje, to jałowość polityczna, brak myśli szerszej od własnego interesu, brak pytania o dobro wspólne, publiczne, państwowe.

Abecadło na łeb spadło.
Zaprawdę, nie jest to zajęcie wdzięczne znęcanie się nad politykami i wypominanie im obietnic wyborczych. Gdy Kwaśniewski ubiegał się o prezydenturę, miał na podorędziu wiele populistycznych obietnic, choćby mieszkania dla młodych. Zwycięzcy wyborów parlamentarnych też kilka rzeczy obiecali, na przykład zmniejszenie podatków, usprawnienie państwa i służb publicznych, przyspieszenie prywatyzacji i reprywatyzacji, zniesienie koncesji w gospodarce.
Na razie, niestety, obserwujemy tylko gorszący bój o liczbę nowych stanowisk w administracji rządowej i samorządowej, a i tak - niezależnie od wyniku tego boju - wiadomo, iż podatnik będzie miał więcej urzędników do utrzymania. Wynagrodzenia radnych, członków zarządów NFI czy zarządów spółek skarbu państwa osiągają niebotyczną wysokość

(jak podała 27 czerwca "Gazeta Wyborcza", nowy prezes TVP otrzymuje
35 tys. zł miesięcznie!). To wszystko za nasze, podatników, pieniądze... Entuzjaści powołania Ministerstwa Skarbu Państwa przekonują się teraz dowodnie, że może taki urząd powstać i doskonale lekceważyć interes publiczny.
W tym całym gorszącym marazmie politycznym - choć przy pozorach aktywności, gdyż w parlamencie są projekty reformy administracyjnej, służby zdrowia, emerytur, oświaty, tyle że są to projekty zmian pozornych, do czego jeszcze wrócę - nie widać, niestety, choćby jednego polityka mającego świadomość, jaka jest sytuacja i mającego pomysł, jak z niej wyjść. Jak wyjść z sytuacji bez wyjścia. Ba, choćby dostrzegającego konieczność poszukiwania takiego wyjścia.
Postkomuniści, rzecz jasna, bardzo krytykują koalicję rządzącą i energicznie wspiera ich w tym prezydent. Tak na marginesie, gdzie są dzisiaj ci wszyscy politycy i komentatorzy prawicowi, którzy snuli wizje przeciągnięcia prezydenta od SLD do rządu Buzka, i nie chcieli dostrzec, iż podpis prezydenta na ustawie przesuwającej wybory gminne de facto czyni z premiera i koalicji wielkich proszalników wobec pałacu prezydenckiego i SLD...?! Jak jednak pokazała kilkuletnia praktyka, postkomuniści konsekwentnie działają na rzecz państwa słabego, bez koniecznych reform, z wmontowaną nomenklaturą z PRL, z dużym obszarem państwa w gospodarce, gdyż to pozwala wykorzystywać fundusze publiczne do celów partykularnych. Ważne jest dla nich również uniemożliwienie rozliczenia przestępstw z przeszłości (np. FOZZ, masakra na wybrzeżu w 1970 r., zabicie dziewięciu górników w kopalni "Wujek" itd.). Ich krytyka rządu, choć nieraz słuszna, nie prowadzi zatem do korzystnych zmian.
Krytyka radykalnie katolickich środowisk (Radio Maryja), odwołujących się nieraz werbalnie do kategorii interesu narodowego, jest równie nie do przyjęcia jak postkomunistów, ponieważ krytycy ci postulują Polskę przeorientowaną z Zachodu na Rosję, co jest sprzeczne z najbardziej podstawową polską racją stanu.
W sumie znikąd nie widać polityka, który nadawałby sens wysiłkowi i pracy codziennej obywateli i rządu. A przecież wydawałoby się, że pytanie o treść dobra wspólnego, określanie celów strategicznych dla państwa i dróg do nich prowadzących to jest abecadło dla polityka; najpierw pytać, co jest dobre dla Polski, gdzie jest dobro publiczne, interes narodowy, polska racja stanu, a potem proponować obywatelom programy działania. Ale najwyraźniej brakuje nam męża stanu, który by to rozumiał, potrafił zwerbalizować i przekonać do swoich idei wyborców.
Próba podpowiedzi. Idealnym momentem na zadanie pytania, jaka Polska i w jaki sposób, i propozycję odpowiedzi byłaby kampania prezydencka. Ten rząd, po pierwsze, i tak nie nadaje się do niczego więcej niż proste administrowanie, a i z tym ma kłopoty (żenujące przepychanki Walendziak-Tomaszewski, premier bez własnego zdania, mówiący gładko, ale bez treści, Balcerowicz uważający, że wskaźniki ekonomiczne mogą zastąpić brak polityki gospodarczej i polityki w ogóle). Po drugie, nawet gdyby rząd doznał iluminacji, prezydent oraz SLD i tak ustrzelą go w locie. Bez przejęcia władzy prezydenckiej prawica i centroprawica nie ma szans na zreformowanie państwa. Jest zatem chwila czasu, by taki program przygotować i przedstawić obywatelom. Niech później sami wybiorą, czy chcą disco polo (wszystko jedno lewicowe czy prawicowe), czy reformy.
Może jestem lekkomyślny, ale byłbym zadowolony, gdyby z ekranu telewizora przemówił do mnie polityk wiarygodny, bez obciążeń z PRL i nie anonimowy, lecz z przejrzystą przeszłością i zaproponował wspólny wysiłek na rzecz budowy przyzwoitego państwa. A przecież, jak sądzę, III RP ma szanse być państwem przyzwoitym, o ile zostanie pełnoprawnym członkiem NATO i Unii Europejskiej, dokona pełnej prywatyzacji i reprywatyzacji gospodarki, usprawni i zdyscyplinuje finansowo służby publiczne (w tym głównie służbę zdrowia, oświatę, wymiar sprawiedliwości, policję i prokuraturę), uprości system zarządzania państwem, zreformuje podatki i sposób ich ściągania.
Powyższe cele wyznaczają zatem kryteria oceny każdego pomysłu politycznego, publicznego. Nie interesuje nas wówczas na przykład reforma administracyjna będąca kompromisem sił politycznych i powodująca rozrost administracji państwowej i samorządowej, lecz taka, która zakłada osiem regionów, silne gminy i brak powiatów. Nie interesują nas obecne projekty reformy służby zdrowia, gdyż nie poprawią sytuacji pacjenta, a powołają jedynie, jak już wspomniałem, nową administrację w postaci kas chorych. Nie interesują nas też projekty reformy emerytur, skoro nie poprawią one sytuacji emerytów i osób w najbliższych 10-15 latach przechodzących na emerytury, a i korzyści osób młodszych są dość iluzoryczne. Prawdopodobnie w ogóle nie interesują nas projekty reform przygotowane przez poszczególne środowiska: górnictwa przez górników, oświaty przez nauczycieli, administracji przez urzędników, albowiem ich zasadniczym przesłaniem jest obrona lub wzmocnienie partykularnych przywilejów, obrona interesu ludzi pracujących w tych sektorach, a nie interesu obywateli korzystających z ich usług.
Na propozycje działań pozornych, na projekty reform bez sensu, choć "uzgodnionych" przez siły polityczne, mąż stanu powinien powiedzieć: nie! Nie tylko dlatego, że chciałby pomóc obywatelowi i nie wyrzucać pieniędzy publicznych w błoto, ale przede wszystkim dlatego, iż chciałby pomóc państwu. Nikt przecież nie podaruje nam bezpieczeństwa w NATO i dobrobytu w Unii Europejskiej. Musimy o to w najbliższych latach twardo walczyć. Z tej walki nic dobrego nie wyniknie, jeżeli nasze państwo będzie słabe, rozdzierane partyjnie, przeżarte korupcją, o gospodarce dławionej przez administrację państwową i koncesje.
Tak powinien powiedzieć ten mój wymarzony polityk. Nie chcę jednak wchodzić w szczegóły, ponieważ nie jest moim zadaniem pisanie programu wyborczego. Chodzi mi jedynie o zarekomendowanie pewnego sposobu myślenia. Polityk, który chciałby coś zaproponować obywatelom, musi się nauczyć myśleć kategoriami dobra wspólnego, interesem państwowym i przekładać to na interes obywatela. Wejście do NATO i UE? Tak, gdyż bez tego, drogi obywatelu, będziesz żebrakiem Europy, pomiatanym przez silniejszych sąsiadów. Prywatyzacja? Tak, gdyż bez niej będziesz, drogi obywatelu, płacił z własnej kieszeni kolosalne pieniądze na marnotrawcze służby polityczne czy kolosy państwowe typu koleje, energetyka, hutnictwo (taki raport jak Ministerstwa Finansów o marnotrawstwie w służbie zdrowia można z powodzeniem sporządzić na temat oświaty, kolei, górnictwa, a i samego systemu finansowego państwa). A zatem - mówi dalej ten nie istniejący polityk - gdy już przełamiemy, drogi obywatelu, wszelkie partykularyzmy i zbudujemy racjonalne, bezpieczne i silne państwo, będziesz więcej zarabiał i płacił mniej podatków.
No dobrze, ale gdzie znaleźć takiego męża stanu, który przeciwstawi się wszystkim dla dobra wspólnego i jeszcze wygra wybory?


Okładka tygodnika WPROST: 28/1998
Więcej możesz przeczytać w 28/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0