POLITYCZNY KARZEŁ

POLITYCZNY KARZEŁ

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Okrągły stół" Europy.
Jeszcze nigdy proces integracji Europy nie był tak zaawansowany jak obecnie. Powojenna wspólnota gospodarcza sześciu partnerów przekształciła się w unię piętnastu państw, przed którą ustawiła się kolejka jedenastu następnych kandydatów. UE produkuje 31 proc. dóbr na świecie i jest największym eksporterem. A jednak - jak stwierdził prof. Paul Lendvai, dyrektor wiedeńskiego Radion Österreich International - "choć wszyscy śpimy w jednym wygodnym łóżku, każdy z nas śni inne koszmary...". Mimo niepodważalnych sukcesów, europejski klub dobrobytu ogarnęło "europrzemęczenie", sceptycyzm i wątpliwości.
Prof. Lendvai był jednym z uczestników nieformalnego "okrągłego stołu" Europy, zorganizowanego przez Fundację Bertelsmanna dla pięćdziesięciu przedstawicieli najwyższych gremiów UE i NATO - z udziałem prezydentów, premierów, szefów dyplomacji i ekspertów polityki. O znaczeniu forum Bertelsmanna świadczy fakt, że prezydent Niemiec Roman Herzog udostępnił swoją siedzibę na miejsce obrad. Gospodarz zamku Bellevue w Berlinie nie ograniczył się tylko do tej uprzejmości. Otworzył forum prowokującym przemówieniem, w którym zaapelował o pilne przeprowadzenie reform. Jak podkreślił, w niektórych dziedzinach byłoby wskazane "mniej Brukseli". Równocześnie jednak sprawne funkcjonowanie unii w polityce wewnętrznej i zagranicznej wymaga wzmocnienia jej struktur decyzyjnych. Coraz wyraźniej widać potrzebę odstępstwa od zasady jednomyślności i konieczność podejmowania decyzji UE kwalifikowaną większością. Szkopuł w tym, że o tej fundamentalnej zmianie muszą postanowić wszyscy członkowie unii, także ci, którzy w zamian za poparcie niektórych inicjatyw Brukseli wymuszali inne ustępstwa na własną korzyść. W tej kwadraturze koła przewodniczącemu Komisji Europejskiej Jacques?owi Santerowi pozostało tylko apelowanie o "reformatorską odwagę". Tymczasem w szeregach unii rośnie strach przed mnożącymi się znakami zapytania.
Od stycznia 1999 r. unijne rachunki liczone będą w euro. Nikt jednak nie wie, jak nowa waluta "sprawdzi się" w europejskiej integracji i na rynku międzynarodowym. Wiadomo, że euro wymusi ujednolicenie zróżnicowanej polityki podatkowej, wydatków budżetowych, polityki socjalnej i zatrudnienia w państwach unii. Odbiór tych działań przez wyborców jest nie do przewidzenia. Już dziś zarysowuje się tendencja renacjonalizacji, niebezpieczna dla spójności UE. Dla Francji nadrzędną sprawą jest kosztowna ochrona rynku pracy, dla Niemców "gospodarka toczy się w gospodarce" i tylko tą drogą chcą zwiększać zatrudnienie bez ryzyka ogólnonarodowej plajty. Niemcy zaciskają pasa i szukają oszczędności nawet w ograniczeniu ich powinności płatniczych wobec unii. Landowi szefowie finansów podsumowali, że RFN "nadpłaca" do unijnej kasy 14 mld marek. Z kolei Hiszpanie uważają, że Niemcy powinni płacić nie mniej, lecz więcej. Rodrigo Rato, madrycki minister gospodarki i finansów, oraz szef MSZ Abel Matutes złożyli Jacques?owi Santerowi formalny wniosek o uzależnienie wpłat państw członkowskich unii od ich dochodu na mieszkańca. Zarzewie konfliktu stanowi też projekt zróżnicowanego podziału pieniędzy UE dla poszczególnych krajów. Do tej pory ze wspólnej kasy czerpali korzyści wszyscy płatnicy. W przyszłości ich życzenia mogą nie być spełniane. Obawy te - zwłaszcza wśród południowych państw UE - pogłębia perspektywa rozszerzenia unii.
Strach członków UE przed wrzucaniem pieniędzy do studni bez dna miał rozwiać projekt Komisji Europejskiej "Agenda 2000". Założono w nim m.in. ograniczenie dziedzin tzw. pomocy strukturalnej oraz określenie zasad wykorzystywania funduszy przez unijnych adeptów. Nie rozwiewa to jednak obaw związanych z przyjęciem nowych członków. W dziesięciu krajach kandydackich liczba rolników jest dwa razy większa niż w piętnastu państwach UE, ale wartość produkcji rolnej wynosi zaledwie 30 proc. osiąganej w unii. Reformy tego sektora mogą spowodować głębsze problemy, gdyż dla wielu pretendentów rolnictwo stanowi filar gospodarki i zatrudnienia. Zaniepokojenie budzą też ceny produktów rolnych, wynoszące 50-70 proc. cen w UE.
Liderzy transformacji - Polska i Węgry - osiągają ledwie połowę PKB najbiedniejszych członków unii: Grecji i Portugalii. Jak wyliczyli uniwersyteccy eksperci, przy zakładanym pięcioprocentowym wzroście PKB rocznie Polska i Węgry osiągną w 2005 r. zaledwie 40 proc. średniej wartości produktu krajowego w UE. Elmar Brok, poseł do parlamentu w Brukseli, przestrzega jednak przed demonizowaniem kosztów rozszerzenia unii, która już czerpie korzyści z nowych rynków. Niemieccy transportowcy wypisują na plandekach ciężarówek żądania "równych szans" na unijnym rynku, natomiast francuscy chłopi nie wyobrażają sobie ograniczenia dotacji dla rolnictwa. W społecznej świadomości Bruksela jest coraz częściej "głównym sprawcą" narodowych problemów.
Przed zjednoczeniem Niemiec RFN określano mianem "gospodarczego kolosa i politycznego karła". Dziś określenie to odzwierciedla sytuację UE. "Nie możemy pozwalać, by europejska polityka zagraniczna była serią nieudolnych prób przy użyciu nieprzydatnych środków" - skonstatował dobitnie prezydent Herzog. Europa nie potrafi przemawiać jednym głosem ani w stosunkach transatlantyckich, ani w konfliktach u jej własnych granic. Brytyjczycy są najbardziej oddanymi partnerami USA, Francuzi - największymi oponentami Waszyngtonu, a Niemcy balansują między jednymi i drugimi. Henry Kissinger, były szef dyplomacji USA, widzi partnerstwo z Europą "pod silnym przywództwem" Ameryki, "bez zniewalającej biurokracji". W UE natomiast dojrzewa chęć partnerstwa na zasadach równouprawnienia. Podczas forum w Berlinie Javier Solana, sekretarz generalny NATO, wytknął Amerykanom, że wojska europejskie stanowiły 80 proc. kontyngentu w Bośni, a wsparcie Europy dla krajów budujących demokrację dwukrotnie przekroczyło wartość pomocy w ramach planu Marshalla. W wypadku Rosji aż 80 proc. udzielanego wsparcia finansowego pochodzi z krajów unii. Kissinger przyznał, że być może tylko 5 proc. Amerykanów wie, gdzie leży Kosowo, i że debata o kolejnej interwencji żołnierzy USA w byłej Jugosławii byłaby bardzo trudna. Amerykanie czują się jak pastylki viagry, po które Europa sięga "w razie potrzeby". USA chce większej odpowiedzialności Europejczyków, ale bez ich mocarstwowych aspiracji.
Europa chce współdecydować o losach świata, tymczasem - jak dowiodło forum Bertelsmanna - nadal pozostaje "mocarstwem w stanie spoczynku". Przywódcy europejskich struktur - UE, NATO czy UZE - sygnalizują potrzebę dokonania radykalnych zmian w kontynentalnej polityce zagranicznej, ale samo sygnalizowanie nie wystarczy, by także w przyszłości europejski młyn nie kręcił się w stojącej wodzie.


Więcej możesz przeczytać w 28/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0