Zawód: "wypędzony"

Zawód: "wypędzony"

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Podziwiam Żydów, którzy również dwa tysiące lat po ich wypędzeniu traktowali Izrael jako swoją ojczyznę i w końcu mogli do niej wrócić" - wyznała Erika Steinbach, nowa przewodnicząca Związku Wypędzonych (BdV). W dniu zakończenia wojny Steinbach miała niespełna dwa lata. Wysiedlenia nie pamięta. Nie sądzi jednak, by jej organizacja była anachronizmem i miała ulec samorozwiązaniu. Przeciwnie, Erika Steinbach chce jej nadać pierwszoplanowe znaczenie w polityce zagranicznej Niemiec.
Już sama nazwa "wypędzeni" działa na wielu Polaków jak płachta na byka. Bynajmniej nie dlatego, że nie pojmują dramatu wypędzenia, gdyż wiele milionów z nich przeżyło je na własnej skórze, nim trafiło z Wilna, Grodna czy Lwowa do Choszczna, Białogardu lub Szczecina. Dla nich tragedia ta zaczęła się kilka lat wcześniej i w gorszym wydaniu. Nie chodzi jednak o licytowanie się nieszczęściami, lecz o to, czy dramat wojny i jej następstw będzie rodził nowe antagonizmy, czy też posłuży jako nauka dla stosunków polsko-niemieckich w przyszłości. Niestety, mimo fundamentalnych przeobrażeń po 1990 r., dla zarządu Związku Wypędzonych zegar ciągle bije innym rytmem.
Związek Wypędzonych skupia około dwudziestu różnych organizacji wysiedleńców z byłych terenów III Rzeszy. Największe z nich to ziomkostwa sudeckie, śląskie i pomorskie. Ich historię wyznacza data 20 listopada 1945 r., gdy alianci zadecydowali o ewakuacji Niemców z terenów wschodnich. Wysiedlenie nie objęło wszystkich mieszkańców tych regionów, gdyż wielu z nich uciekło przed zbliżającym się frontem w obawie przed represjami za nazistowski ekspansjonizm. Według spisu z października 1946 r., w czterech strefach okupacyjnych było 9,5 mln przesiedleńców, z których ok. 3,5 mln stanowili Niemcy z Polski. Swe kolejne dramaty przeżywali oni w zrujnowanym, de facto nie istniejącym jeszcze państwie niemieckim, gdzie dopiero po powstaniu RFN w 1949 r. powołano specjalne Ministerstwo ds. Wypędzonych. Działalność polityczna ziomkostw była wtedy zakazana z obawy przed odrodzeniem się nacjonalizmu. Jednak wysiedleńcy skupieni przy komitetach pomocy społecznej i organizacjach kościelnych sformułowali własny program polityczny, którego nadrzędnym celem było odzyskanie utraconych terenów. Po początkowych wahaniach Kościół niemiecki nie poparł tych dążeń, a po nawiązaniu pojednawczego dialogu z episkopatem polskim całkowicie się od nich zdystansował. Z czasem ziomkostwa usamodzielniły się; w latach 50. powstało Centralne Zrzeszenie Wypędzonych i Związek Wypędzonych, które później połączyły się w jedną organizację.
W okresie tym związki te uczyniły wiele na rzecz pomocy wysiedleńcom i ich integracji. W 1953 r. Blok Wypędzonych z Ojczyzn i Pozbawionych Praw zdobył w wyborach do Bundestagu
6 proc. głosów i wszedł w roli partnera koalicyjnego w skład rządu. W następnym dziesięcioleciu popularność organizacji wysiedleńczych gwałtownie zmalała. Wpłynęła na to poprawa warunków życia ludności RFN i zmiana klimatu w stosunkach polsko-niemieckich, zapoczątkowana słynnym zdaniem "wybaczamy i prosimy o wybaczenie" z listu biskupów polskich w 1965 r. Liczba członków ziomkostw spadła z ok.
10 mln do 0,5 mln.
BdV zaczął się przekształcać w związek papierowych figurantów. - Gdy przyjechaliśmy z żoną i dziećmi do Niemiec, razem z nowymi dowodami tożsamości wręczono nam legitymacje Związku Wypędzonych. "Jacy z nas wypędzeni?" - pytałem. Musiałem przecież napisać aż 39 podań, zanim wypuszczono mnie z Polski. Powiedziano mi jednak, że legitymacje wypędzonych są warunkiem otrzymania różnych świadczeń i ulg. W ten sposób ja, moja żona, która jest rdzenną Polką, i nasze dzieci zostaliśmy "wygnańcami". Są nimi też moi bracia ze swymi rodzinami, którzy wyjechali z Polski na takich samych zasadach jak my - opowiada Bogdan B., były mieszkaniec województwa bydgoskiego.
Suma przekazana przez rząd RFN na pomoc wypędzonym wyniosła do tej pory 138 mld DM. Legitymacje BdV otrzymały tysiące młodych emigrantów z Polski, także z ostatnich lat. Ponadto otrzymują je młodzi Niemcy urodzeni w RFN wiele lat po wojnie. Dzięki tak aranżowanej "masowości" BdV działacze związku mogą sugerować, że wypowiadają się w imieniu milionów obywateli, co pozwala im utrzymać się w świecie polityki. Przed upadkiem "żelaznej kurtyny" w Polsce straszono "rewizjonistami typu Czai i Hupki", by utrwalić więzy Warszawy z Moskwą.
Atmosfera, w jakiej zawarto polsko-niemiecki traktat graniczny, nie wpłynęła na zwiększenie zaufania do liderów ziomkostw. Podpisanie układu poprzedziła wielka mobilizacja BdV przeciw "największej amputacji Niemiec w ich dziejach". Po niepowodzeniu tej akcji Herbert Czaja, ówczesny przewodniczący związku, zapewniał wypędzonych, że "traktat graniczny nie jest ostateczny", i wysunął projekt utworzenia z zachodnich terenów Polski autonomicznego obszaru pod kontrolą instytucji europejskich. Tygodnik "Die
Zeit" skomentował jego wystąpienie jako "próżne prezentacje odosobnionych artystów w pustych namiotach cyrkowych". Boński dziennik "General Anzeiger" ostrzegł, że przywódcy BdV mogą "utrudnić porozumienie nie tylko między Polakami i Niemcami". W Bundestagu rozległy się głosy, by wstrzymać rządowe dotacje dla związku (ponad
45 mln DM rocznie). Freimut Duve, poseł SPD, stwierdził, że każda marka wypłacona BdV to "szyderstwo z polityki pojednania z Polską". Dotacji jednak nie cofnięto, a w prezydiach ziomkostw umocnili się "betonogłowi".
Na zjeździe Ślązaków w Norymberdze wśród wypędzonych rozwinięto transparenty i rozrzucono ulotki ekstremalnie prawicowej partii NPD. Gdy Michael Glos, poseł CSU w Bundes-
tagu, zaapelował o pojednanie z Polakami w duchu zawartych układów, jedna trzecia wypędzonych manifestacyjnie opuściła obrady. Herbert Hupka, przewodniczący ziomkostwa Ślązaków, domagał się, by rząd RFN wymusił na Polakach ustępstwa za cenę poparcia ich starań o przyjęcie do UE. Ustępstwa te miały dotyczyć m.in. przyznania wypędzonym prawa do powrotu, zwrotu ich majątków lub wypłacenia odszkodowań, przywrócenia niemieckojęzycznego nazewnictwa w Polsce oraz ustanowienia polsko-niemieckiej administracji w rejonie przygranicznym.
Głośnym echem odbiły się też odczyty i artykuły Paula Latusska, innego działacza wypędzonych, który nawet w opinii niektórych wysiedleńców "posuwa się za daleko". Niemieckie media zaczęły informować o "nowych obawach" przed Niemcami z powodu wysłania listów roszczeniowych do urzędów i osób prywatnych w Polsce i w Czechach. Jak napisał dziennik "Stuttgarter Zeitung", do wysłania tych listów nakłoniły nadawców organizacje wypędzonych. Szczerość niemieckich intencji pojednawczych podważają dodatkowo wypowiedzi niektórych polityków. Klaus Töpfer, chadecki minister budownictwa, zaapelował w Norymberdze do Ślązaków o cierpliwość: "Kto chce od razu wszystko wywalczyć, ten niczego nie osiągnie. Tę drogę musimy pokonywać stopniowo".
Proweniencja wypędzonych ujawniła się też w procesie zbliżenia niemiecko-czeskiego. Pawel Kohout, pisarz i jeden z sygnatariuszy Karty 77, przestrzegł Niemców przed "próbami wygrania przegranej wojny". Ziomkostwa sudeckie chcą unieważnienia wywłaszczeniowego dekretu Benesza, zwrotu majątków i prawa do powrotu. Czesi kategorycznie odrzucają te żądania; większość Niemców sudeckich należała do partii Konrada Henleina, która utorowała Hitlerowi drogę do Pragi. Także w Rosji działacze wypędzonych nie są darzeni zaufaniem. Gdy Fritz Wittmann, do niedawna przewodniczący BdV, chciał pojechać do Królewca, dowiedział się od rosyjskiego ambasadora w Bonn, że minister spraw zagranicznych Rosji uznaje go za osobę niepożądaną.
Po Herbercie Czai zmieniło się dwóch przewodniczących związku, lecz nie nastąpiła żadna zmiana politycznego oblicza BdV. Od dwóch miesięcy organizacji tej przewodzi posłanka CDU do Bundestagu Erika Steinbach, która także domaga się uzależnienia poparcia rządu RFN dla kandydatów do UE od spełnienia żądań wypędzonych: zwrotu byłych majątków, odszkodowań i przyspieszenia możliwości osiedlania się Niemców w "starej ojczyźnie". Dla wypędzonych jest to wyścig z czasem. Dziś jeszcze działka i budowa domu w Polsce jest kilkakrotnie tańsza niż w RFN. Niemcom wystarczy relatywnie niewielkie zadłużenie w banku, by stali się posiadaczami nieruchomości, na które we własnym kraju ich po prostu nie stać. Wypędzeni spodziewają się, że Polacy i Czesi przy wstępowaniu do UE wynegocjują bariery ochronne do czasu zrównania możliwości nabywczych swych obywateli z Niemcami.
Wykorzystując okres wyborczy, zawodowi wypędzeni starają się wymóc na politykach realizację ich celów, co nie pozostaje bez echa w kraju i za granicą. Ostrzeżenia "General Anzeiger" sprzed ośmiu lat nie straciły aktualności. BdV stawia warunki, gdyż wcześniej nikt nie zdobył się na postawienie warunków działaczom tego związku. Dopóki BdV nie zaakceptuje polityki rządu RFN, istniejących granic, zawartych układów międzypaństwowych i nie upora się z nurtami skrajnie prawicowymi w swych szeregach, dopóty będzie traktowany jako niewiarygodny partner, wywołujący ambiwalentne uczucia w procesie pojednania z Niemcami.

Więcej możesz przeczytać w 28/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0