SIŁA WOLI

SIŁA WOLI

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z DICKIEM TRAUMEM, pierwszym niepełnosprawnym, który pokonał trasę maratonu.

Małgorzata Kałuża: - W swojej książce "A Victory for Humanity" napisał pan, że tylko osoby mające odwagę przełamać obowiązujące normy pchają świat do przodu. Jaka siła popycha niepełnosprawnych do uprawiania sportu?
Dick Traum: - W 1976 r. maraton nowojorski, którego ojcem jest Fred Lebov, stawał się coraz popularniejszy. Startowało w nim kilka tysięcy osób zarażonych ideą biegania dla przyjemności. Ale ja zacząłem biegać ze strachu. Na zawał serca zmarł mój przyjaciel i szkolny kolega. To był szok - spowodował, że zacząłem robić rachunek życia. Miałem 35 lat, dużą nadwagę, pracowałem 20 godzin na dobę, by rozwijać mój komputerowy biznes. Niewiele chodziłem i to nie tylko dlatego, że miałem amputowaną nogę, lecz z braku czasu. Uświadomiłem sobie, że w ciągu sekundy może spotkać mnie taki sam los. Zacząłem ćwiczyć. Pierwsze miesiące biegania, a raczej spacerowania po Central Parku wspominam jako drogę przez mękę. Wtedy byłem w parku jedynym niepełnosprawnym facetem próbującym uprawiać sport. Poruszałem się o kulach bądź z przypiętą protezą i miałem coraz większe wątpliwości, czy ten wysiłek ma sens. Ludzie patrzyli na mnie z zaciekawieniem, a kiedy od przypadkowych biegaczy słyszałem: "You can do it!", nabierałem sił. Kiedy po raz pierwszy przebiegłem milę w ciągu 15 minut, poczułem, że urodziłem się po raz drugi. Wtedy powiedziałem sobie, że skoro pokonałem milę, mogę więcej. Po półtora roku treningów byłem w stanie przebiec 5 mil - dzięki temu zacząłem poważnie myśleć o maratonie. Wystartowałem po 7 godzinach i 24 minutach walki z samym sobą. Znalazłem się na ustach całej Ameryki. Wywiady, konferencje, prasa, radio, telewizja. Wszyscy pytali, co chciałem osiągnąć. Odpowiadałem, że chciałem przebiec. Nic więcej. Dopiero później dotarło do mnie, że mój bieg oznaczał nie tylko pokonanie 42 km. Tysiące niepełnosprawnych pisało, że dałem im nadzieję, uświadomiłem im, że mogą nie tylko uprawiać sport, lecz sprawdzać się także w innych dziedzinach.
- I wówczas powstał Achilles Truck Club?
- Tak. Do założenia klubu nie zainspirował mnie jednak mój wyczyn, lecz wiadomość, że młody chory na raka Kanadyjczyk Terry Fox stanął na starcie maratonu w Kanadzie. Nie udało mu się przebiec całej trasy, ale stał się bohaterem w swoim kraju. Z prasy dowiedziałem się, że oglądał mój bieg, leżąc w szpitalu po amputacji nogi, a to, czego dokonałem, pozwoliło mu uwierzyć, że ma szansę robić rzeczy, o których nawet nie marzył. Nigdy się nie spotkaliśmy, lecz kiedy Ted zmarł, pomyślałem, iż warto założyć klub niepełnosprawnych biegaczy.
- Jak zareagowali na to mieszkańcy Nowego Jorku?
- Patrzyli na nas jak na zjawisko, ale od początku z niezwykłą sympatią. Zaledwie kilku niepełnosprawnych trenowało wówczas w New York Road Runners Club. Mimo że występowałem w telewizji i pisała o nas nowojorska prasa, nie było łatwo zmobilizować do biegania następnych. Zaczęliśmy mówić, że nie chodzi nam tylko o przebiegnięcie 42 km, lecz o to, by także inni zaczęli próbować swoich sił. I to nie tylko w sporcie.
- Jakie warunki trzeba spełnić, by zostać przyjętym do klubu?
- Trzeba tylko do nas przyjść. Przychodzą sparaliżowani, niewidomi, z przeszczepionym sercem, chorzy na raka, cukrzycę. Wszyscy biegają, jeżdżą na wózkach inwalidzkich, uprawiają sport dodający im sił, by mogli być aktywni w innych dziedzinach życia.
Wielu z nich pokonuje trasy różnych maratonów na całym świecie. Jednym zajmuje to niewiele ponad 2 godziny, innym 20 godzin, ale dokonują wyczynów, o których nigdy nawet nie marzyli. Pamiętam, jak przyszła do nas cierpiąca na stwardnienie rozsiane Zoe Koplowitz. Chorym zalecano tylko lekkie, nie forsujące organizmu ćwiczenia. A Zoe o dwóch kulach przebiegła już pięć maratonów, a jej choroba postępuje znacznie wolniej niż wyrokowali lekarze. Dan Winchester z dziecięcym porażeniem mózgowym pojawił się w naszym klubie 20 lat temu. Był zestresowanym uczniem szkoły specjalnej, z trudem poruszającym się na wózku inwalidzkim. Po miesiącach intensywnych ćwiczeń nie tylko polubił sport, nie tylko potrafił przejechać 5 mil, ale przede wszystkim nabrał odwagi, by z rodzicami rozpocząć batalię o dalszą naukę w normalnym liceum. A kiedy po raz pierwszy pokonał trasę maratonu, powiedział: "Teraz wiem, że mogę studiować". Dzisiaj jest doktorem psychologii, nadal z nami ćwiczy, działa w dziesiątkach organizacji niosących pomoc niepełnosprawnym. 53-letni Donald Arthur jest jedną z trzech osób po transplantacji serca, które uczestniczą w maratonie. 82-letnia cierpiąca na artretyzm Luisa Schieffelin pokonuje trasę maratonu z synem i wnukiem, mimo że lekarze nie dawali jej szansy na chodzenie. Takich przykładów mogę podać bardzo wiele.
- Dziś klub ma swoje oddziały nie tylko w USA, lecz także w ponad 50 krajach na świecie.
- W naszej działalności w wielkim stopniu korzystamy z pomocy wolontariuszy. Są wśród nas przedstawiciele wszystkich zawodów, sportowcy, trenerzy. To dzięki nim niepełnosprawni mogą stawiać pierwsze kroki, trenować, brać udział w zawodach. Wielu wolontariuszy to młodzi ludzie. W USA jest 25 oddziałów klubu dla dorosłych i 45 oddziałów młodzieżowych. Należy do nich ponad 5 tys. osób. Na całym świecie mamy 125 filii.
- Skąd pochodzą pieniądze na taką działalność?
- Głównie od sponsorów. W radzie dyrektorów klubu zasiadają przedstawiciele znanych przedsiębiorstw i korporacji - to oni dbają o nasze finanse. Są wśród nich również znakomici lekarze. Dzięki nim możemy pomagać naszym członkom, szczególnie pochodzącym z biedniejszych krajów. Dostają od nas wózki inwalidzkie, protezy. Przyjeżdżają na specjalistyczne badania, operacje i przeszczepy. Takiej pomocy udzielaliśmy również polskim niepełnosprawnym biegaczom, a oddział Achilles Club działał w waszym kraju kiedyś bardzo prężnie. Wielokrotnie jeździłem do Polski, brałem udział w kaliskim supermaratonie na 100 km.
- W "Sport Illustrated" napisano że Achilles Track Club niesie ideę, dzięki której ludzie dokonują rzeczy nierealnych.
- Trzeba samemu przeżyć tragedię, by to zrozumieć. Musi przyjść jakiś moment, zdarzenie wyzwalające w człowieku energię, o której nie mają pojęcia najwybitniejsi naukowcy. Bo czy realną sprawą jest to, że sparaliżowany człowiek, skazany przez współczesną medycynę na wózek inwalidzki, po przejechaniu kilku maratonów zaczyna chodzić? A mamy takiego człowieka w naszym klubie. Czy leżąc w szpitalu po amputacji nogi, mogłem marzyć, że będę miał na swoim koncie jedenaście maratonów?

Więcej możesz przeczytać w 28/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0