Trzy razy drobiazg

Trzy razy drobiazg

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wizyty u lekarza w Warszawie matka chorej dziewczynki od lat załatwiała jednym telefonem. Teraz zaangażowani są w to lekarz rodzinny w ośrodku gminnym, RUM w Suwałkach i Podlaska Kasa Chorych
Ogólna paranoja przestaje już robić na mnie wrażenie. Widocznie jest jej zbyt dużo i przestaję na nią reagować, bo skala idiotyzmu mnie powala i obezwładnia. Ale gdy na przykład patrzę na trzynastoletnią Agnieszkę, to nagle rozumiem jej problem. Choć można powiedzieć, że jest to właściwie żaden problem.

Agnieszka jest zagrożona nowotworem kości. Jakieś zgrubienie, jakaś narośl i wszystko to wymaga stałej okresowej kontroli. Agnieszka mieszka na Suwalszczyźnie. Od 1 stycznia jest obywatelką województwa podlaskiego. Dotychczas kontrole w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie (być może placówka ta ma oficjalnie jakąś inną nazwę), otóż dotychczas kontrole uzgadniała matka Agnieszki z instytutem - telefonowała z budki telefonicznej w Suwałkach do Warszawy (w wiosce, gdzie Agnieszka mieszka, nie ma telefonu) i wszystko było załatwione. Teraz ujawniły się dobrodziejstwa reformy zdrowia i reformy administracji. Krótko mówiąc, Agnieszka musiała wraz z mamą pojechać do lekarza rodzinnego do ośrodka w gminie. Lekarz rodzinny nie był pewien, czy takie skierowanie może wypisać, ponieważ musiałby się przedtem upewnić, czy Podlaska Kasa Chorych ma podpisaną umowę z instytutem w Warszawie. Po trzech dniach okazało się, że jest taka umowa i matka Agnieszki mogła pojechać odebrać skierowanie. Z tym jednak, że teraz z książeczką rejestru usług medycznych musiała pojechać do Suwałk i tam w odpowiedniej placówce dokonać rejestracji. Otrzymała przy okazji kilka druków i ankiet do wypełnienia (W domu, oczywiście! Tak, tak, w domu!). Po wypełnieniu ankiet musiała znów przyjechać wraz z nimi do Suwałk, aby placówka z Suwałk mogła te wypełnione ankiety wraz z własnym pismem przewodnim posłać do Białegostoku - stolicy województwa podlaskiego. Podlaska Kasa Chorych w Białymstoku w stosownym terminie około dwóch tygodni uzgodni z Instytutem Matki i Dziecka w Warszawie, którego dnia Agnieszka ma do Warszawy przyjechać. Matka Agnieszki ma się dowiadywać o ten termin. - Ale Agnieszka ma pojechać z drużyną harcerską na wycieczkę do Krakowa i czy mogłabym prosić ... - zaczęła nieśmiało mama dziewczynki, ale szybko się dowiedziała, że chyba zdrowie dziecka jest ważniejsze od wycieczki do Krakowa. Oczywiście, że zdrowie dziewczynki jest ważniejsze. Przy okazji okazało się, że biurokracja, bezduszność i głupota są ważniejsze od praktycznych czynności, rozumienia i sensu. Wizyty Agnieszki w Warszawie matka od lat załatwiała jednym telefonem. Teraz zaangażowane są w to osoby i instytucje następujące: lekarz rodzinny w ośrodku gminnym, RUM w Suwałkach i Podlaska Kasa Chorych. Telefony, jazdy, wizyty, papiery, ankiety. Matka Agnieszki w tej sprawie w ostatnim tygodniu przejechała samochodem 240 km. Przejedzie jeszcze co najmniej 80 km, nie licząc jazdy pociągiem do Warszawy. Nie jest to opis interwencyjny. Ani ja, ani nikt z rodziny Agnieszki nie spodziewa się przecież, że po tym felietoniku będzie ona mogła mieć na przykład wpływ na termin swej kolejnej wizyty w Warszawie. Od tego są urzędnicy na Podlasiu, aby za nią zdecydować. Chcę tylko powiedzieć jedno - pogardę dla swej niezależności i pogardę dla możliwości współdecydowania o sobie samej dziewczynka czuje i rozumie. To jest pojedynczy wypadek, ale takie pojedyncze wypadki są decydujące i rozstrzygające. To są właśnie głosy wyborcze tracone codziennie przez koalicję rządową. Ktoś traci - ktoś zyskuje. Ministra popaprańca można zwolnić, ale szkodliwość jego decyzji pozostaje. Marian Krzaklewski przegra wybory prezydenckie między innymi dlatego, że minister zdrowia Wojciech Maksymowicz miał (i ma być może nadal) pogardliwy stosunek do pacjentów. Mariusz Kamiński, szef Ligi Republikańskiej, powiedział, że liga "rezerwuje sobie prawo demonstrowania swej opinii". Ostatnio to demonstrowanie skończyło się zranieniem człowieka. W lewicowy pochód pierwszomajowy petardę rzucił sympatyk Ligi Republikańskiej. Kamiński powiedział, że nadal będą rzucać jajkami w polityków SLD, bo "gdy widać, jak maszerują Miller i inni z SLD, gdy widać zaciętość na tych twarzach i rysuje się na nich nienawiść do tego, co przedstawia sobą Liga Republikańska...". Mówił to parlamentarzysta Mariusz Kamiński, a ja czułem, że oto mam przed sobą cienkiego chmyza. Piotr Ikonowicz i Leszek Miller nie są bohaterami mojego romansu, ale jeśli czynny polityk Mariusz Kamiński ocenia ich z wyglądu i z wyrazu twarzy i znajduje w tej ocenie powód do rzucania w nich jajami, kefirem i petardą, to niech się Kamiński dowie, że to, co się na jego twarzy maluje, to jest dopiero nieszczęście. Tęsknota za rozumem się maluje tak wielka, że nawet jajka szkoda. "Życie Warszawy" przeprowadziło kampanię prasową o działalności schroniska dla bezdomnych zwierząt na warszawskim Paluchu. Schronisko to położone jest na bagiennym terenie, a psy i koty umieszcza się w budach z eternitu (rakotwórczy azbest). To schronisko i warunki, w jakich przebywają tam zwierzęta, jest hańbą Warszawy i jej władz. "Troska" redaktorów "Życia Warszawy" zademonstrowała się jednak co najmniej dziwnie: dostało się tym, którzy w schronisku pracują i robią, co mogą. Między innymi za to, że zwierzęta są tam usypiane. A co można zrobić innego, jeśli co miesiąc przybywa 400 bezdomnych psów w stolicy? Redaktorzy "ŻW" oburzeni poprosili o komentarz Pawła Piskorskiego, prezydenta Warszawy. Powiedział: "Jestem wstrząśnięty, ponieważ bardzo lubię zwierzęta (...). Zgodnie z ustawą o ochronie zwierząt, usypianie czy męczenie w jakikolwiek sposób psów czy kotów jest przestępstwem". I zapowiedział sankcję prokuratorską. Panie prezydencie, regulamin schroniska podpisany przez prezydenta Warszawy mówi o kategorycznym "dostosowaniu liczby zwierząt do warunków, jakie stwarza im schronisko". Sam na siebie naśle pan prokuratora? Schronisk w Warszawie powinno być dwadzieścia dobrych, a nie jedno rozpaczliwe. Magistrat ma ustawowy obowiązek dbać o bezdomne psy i koty. A prywatnie można nawet "bardzo lubić zwierzęta".
Więcej możesz przeczytać w 20/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0