Epoka multimediów

Epoka multimediów

Dodano:   /  Zmieniono: 
Na zakończenie stulecia, w którym głównym nośnikiem kreacji artystycznej i powszechnej komunikacji była taśma filmowa, magnetofonowa i wideo, na zakończenie lat 90.
- czasu rozwoju mediów komputerowych i wypierania taśmy przez nowe cyfrowe nośniki, dziesięć lat po pierwszym festiwalu WRO, który w czasie, gdy wideo art był najbardziej artystycznie dojrzałą dziedziną nowych mediów, stał się pierwszą w Polsce wielką manifestacją możliwości sztuki i kultury elektronicznej, (...) tematem WRO ?99 jest - być może już po raz ostatni - taśma jako nośnik dzieła sztuki. WRO ?99 poświęcone jest swoistości taśmy jako artystycznego nośnika najbardziej charakterystycznego dla mediów audiowizualnych XX stulecia. (...) Siła, estetyka i historia taśmy - ciągle najbardziej rozpowszechnionego, a jednocześnie odchodzącego w technologiczną i estetyczną przeszłość - medium linii, fali..." - tak napisał w programie festiwalu jego dyrektor artystyczny Piotr Krajewski. Impreza odbywała się we Wrocławiu od 28 kwietnia do 2 maja. Teoretycy sztuki i kultury, a także niektórzy artyści i reprezentanci świata mediów coraz częściej mówią o zmierzchu trwającej od ponad stu lat epoki wszechpanowania w sztuce i w mediach taśmy - nawijanej na szpulę czy schowanej w kasecie długiej wstęgi, na której zapisany jest obraz, dźwięk lub jedno i drugie zarazem. To specyficzne narzędzie zapisu - optycznego (film) lub magnetycznego (dźwięk) - narzuciło kilku pokoleniom artystów szczególny sposób myślenia. Po pierwsze - poprzez swą linearność, czyli to, że zdarzenia są na taśmie rejestrowane kolejno, w utrwalonym porządku. Po drugie - poprzez podatność na różnego rodzaju manipulacje, na przykład montaż czy działania chemiczne. Dziś, w czasach lawinowego rozwoju mediów komputerowych, ci, co wieszczą bliski koniec czasów taśmy, zwracają uwagę przede wszystkim właśnie na całkowitą zmianę sposobu myślenia, związaną z nowymi mediami. Za sprawą komputerów, Internetu i działań interakcyjnych przestajemy myśleć linearnie (odtąd - dotąd) oraz mieć do czynienia z czymś skończonym i gotowym, sami współtworzymy nowe jakości. Można przewidywać, że w najbliższym czasie interakcyjność bardzo się rozwinie i zyska na znaczeniu, przestając być domeną wyłącznie rozrywkowych gier komputerowych. Postulowanie, że zastąpi ona zamknięte, skończone dzieła sztuki, byłoby jednak raczej przesadą. Podobnie - choć to może zbyt odległe porównanie - w latach 60. i 70. twórcy awangardowego teatru czy happeningów, próbując wciągać odbiorcę we współtworzenie wydarzenia artystycznego, myśleli, że taka właśnie będzie przyszłość sztuki. Problem polega na tym, że nie każdy odbiorca ma ochotę być współtwórcą - jedni potrzebują rozrywki czynnej, inni zaś biernej. Człowiek pragnie się bawić, ale chce być również zabawiany. Pragnie podziwiać piękno, obiekty, których sam nie umiałby stworzyć. Bez względu na to, jak rozwinie się sztuka interaktywna, nie wyrzucimy dzieł sztuki na śmietnik. Rzeczywistość wirtualna - owszem, ale obok prawdziwej. Techniki multimedialne doprowadziły już do powstania skończonych dzieł wysokiej jakości, na przykład ostatnich filmów Petera Greenawaya ("Księgi Prospera", "The Pillow Book"), w których dzięki użytym środkom śledzimy kilka myśli jednocześnie na różnych planach. Filmów tych nie można by zrealizować w tradycyjny sposób i widać, że nie zrodziły się z "myślenia taśmą", lecz właśnie nielinearnego, wieloprzestrzeniowego. Nie da się jednak ukryć, że są zapisane na... taśmie. Udoskonalona taśma pozostanie środkiem zapisu zapewne jeszcze długo, mimo że powstają kolejne techniki. WRO ?99 przypomniało "bohaterski okres" epoki taśmy, czasy, gdy to medium samo w sobie stawało się inspiracją dla artystów. Fascynujące były przygotowane przez prof. Williama Moritza (USA) pokazy tzw. kina absolutnego, powstałego w latach 20. jako analogia do tzw. muzyki absolutnej, czyli czysto abstrakcyjnej, nie zawierającej żadnego programu literackiego. Można było obejrzeć dzieła pionierów filmu awangardowego, czyli Oskara Fischingera czy Vikinga Eggelinga - w latach 30. rysowali abstrakcyjne, animowane figury bezpośrednio na taśmie. To samo robił kilka lat później genialny Szkot z Kanady Norman McLaren, który ponadto czasem rysował na taśmie ścieżkę dźwiękową. Podobne próby - abstrakcyjnej akcji poruszających się elementów graficznych - kontynuowane są do dziś, łącznie z użyciem grafiki komputerowej. Pokazano też klasyczne, wyrosłe z poetyki dadaizmu i surrealizmu filmy Mana Raya, René Claira czy Germaine Dulac, w których można zaobserwować inne techniki wynikające ze swoistości taśmy: montaż, przyspieszanie, spowalnianie oraz cofanie.


Taśma - po ponad stu latach panowania w sztuce i w mediach - odchodzi do historii

Jeden z pokazów poświęcono technice found footage - dziełom zmontowanym z fragmentów innych, gotowych filmów. Niektórzy z twórców takich eksperymentów traktują gotowe tworzywo jako ready made, zestawiając je, by w ten sposób ukazać jakiś problem. Na przykład w "Home Stories" Matthiasa Muellera efektowny montaż fragmentów hollywoodzkich romansów demonstruje, jak szablonowo traktuje się w nich określone węzły akcji. Z kolei Martin Arnold, biorąc 18 sekund z innej hollywodzkiej produkcji, tworzy z nich za pomocą szybkiego montażu, spowalniania, przyspieszania i cofania taśmy abstrakcyjny ruchomy obraz tak migotliwy i skomplikowany, jakby był stworzony z udziałem komputera (choć nie był). Taśmę można więc odtwarzać w różnych kierunkach, rysować na niej, ciąć ją, a także poddać działaniom chemicznym, jak zrobiła to na przykład Carolee Schneeman w filmie "Fuses", nie tylko ją malując, lecz także drapiąc i wystawiając na działanie wrzącej wody, dzięki czemu przebłyskujące spod barwnych plam odważne erotyczne zdjęcia tracą na dosłowności. Przypomniano też na festiwalu pewien polski epizod z początku lat 70. - działania studentów łódzkiej Filmówki w ramach Warsztatów Formy Filmowej. Obecnie może przecenia się to zjawisko, w którym mało było prawdziwych dokonań artystycznych (z wyjątkiem filmów Zbigniewa Rybczyńskiego, odnoszącego światowe sukcesy), ale były próby sformułowania filmowej "gramatyki", zainteresowanie prawami rządzącymi odbiorem - działania odświeżające w ówczesnej ciężkiej atmosferze realnego socjalizmu, panującej i na łódzkiej uczelni. Obok pokazów "historycznych" odbywał się w ramach biennale tradycyjny międzynarodowy konkurs krótkich filmów. Z nadesłanych z całego świata 811 prac komisja selekcyjna wybrała do konkursu 69. Różnorodność pokazanych dzieł była fascynująca. Można było obejrzeć filmy stworzone prostymi środkami wideo, ale i przykłady imponującej techniki animacji komputerowej, np. w fantastycznie bajkowym, choć przegadanym i nużącym filmie "Ich tank" Davida Larchera. Dużo było dowcipnej zabawy za pomocą środków formalnych. Jak się jednak okazało, takie filmy nie miały szans u jury, które nastawiło się ideologicznie: w końcowym oświadczeniu stwierdziło, że jest zaskoczone niewielką liczbą dzieł poruszających tematy polityczne czy dokumentów. Nagrodziło więc prace niekoniecznie najbardziej atrakcyjne, ale takie, w których "o coś chodziło". Zwyciężyła kilkunastominutowa refleksja nad Holocaustem, losem przodków i samym sobą autorstwa młodego Izraelczyka Yonatana Vinitskiego. Dalsze nagrodzone pozycje były szeroko kontestowane przez publiczność WRO. Ta zaś jest wspaniała - na pokazach pojawiają się tłumy młodzieży, która przebywa na sali do późnej nocy. Dużo było też gości zagranicznych. Organizowany przez grupkę zapaleńców i znajdujący się w nielekkiej kondycji finansowej festiwal wyrobił już sobie w świecie wysoką pozycję.
Więcej możesz przeczytać w 20/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0