Aktorzy wirtualni

Aktorzy wirtualni

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z GEORGE?EM LUCASEM, reżyserem filmu "The Phantom Menace"
Przemysław Garczarczyk: - Jak odbiera pan negatywne głosy prasy na temat "The Phantom Menace"? Todd McCarthy, recenzent "Variety", napisał, że "filmowi brakuje polotu, zaś postaciom neutralności", a David Ansen z tygodnika "Newsweek" mówił o "wielkim rozczarowaniu".
George Lucas: - Nigdy nie oczekiwałem poklasku krytyków, bo film nie został nakręcony dla nich, tylko dla dzieci i dorosłych, którzy lubią kinową rozrywkę. Zresztą podobnie było z pierwszą częścią "Gwiezdnych wojen". Krytykom film się nie podobał, widzom natomiast bardzo. Pamiętajmy, że to tylko film. Zrobiliśmy wszystko, by nie rozbudzać wielkich nadziei przed premierą. Już dzisiaj niektórzy tworzą sztuczną rywalizację pomiędzy "The Phantom Menace" i "Titanikiem". Wydaje mi się, że to nie ma sensu.
- Jak ważny jest dla pana "The Phantom Menace"?
- Poza milionami dolarów, które weń zainwestowałem, nie mam nic do stracenia. Jako reżyser nie muszę już chyba udowadniać swoich umiejętności. Nie zależy mi też na wyprzedzeniu innych produkcji, podobnie jak nie zależy mi na zdobyciu Oscara.


George Lucas (ur. w 1944 r.) - amerykański reżyser i producent filmowy. Zaczynał od kręcenia społeczno-obyczajowych dramatów o amerykańskiej młodzieży z lat 50. (m.in. "American Graffiti", 1973 r.) i filmów fantastyczno-naukowych ("THX 1138", 1971 r.). W 1977 r. stworzył "Gwiezdne wojny", nagrodzone sześcioma Oscarami, w 1979 r. - "Imperium kontratakuje", a dwa lata później - "Powrót Jedi". Jest właścicielem firm Lucasfilm i Industrial Light & Magic.

- "The Phantom Menace" to film oparty w dużej mierze na imponującej technice cyfrowej. Przed laty, gdy kręcił pan "Gwiezdne wojny", nie było takich możliwości. W jakim stopniu mógł pan teraz zrealizować swą wizję gwiezdnego świata?
- Żyjemy we wspaniałych czasach dla przemysłu filmowego. Wróciłem do filmu, ponieważ wreszcie doczekałem się dnia, kiedy mogę zrealizować swe wizje, nawet te najbardziej szalone. To, co widzowie zobaczyli w pierwszej części "Gwiezdnych wojen", stanowiło może 50 proc. tego, co chciałem im pokazać. W wypadku "The Phantom Menace" wskaźnik ten wynosi 90 proc.
- Przez szesnaście lat, czyli od czasu nakręcenia ostatniej części trylogii, nie brał pan udziału w produkcji żadnego filmu. Dlaczego?
- Zawsze miałem wiele zainteresowań. Sukces trylogii rzeczywiście na jakiś czas odciągnął mnie od reżyserowania. Nie miałem motywacji, by wrócić na plan. Poza tym jestem ojcem trójki dzieci. Nie chciałem, by znały mnie tylko ze zdjęć w gazetach. Nie byłem jednak oderwany od show-businessu. Moja firma Industrial Light and Magic robiła na przykład dinozaury do filmów Spielberga.
- Co sprawiło panu więcej kłopotów podczas realizacji najnowszego filmu: dociekliwość prasy czy praca z - jak pan ich nazywa - "wirtualnymi aktorami"?
- Zdecydowanie to drugie. 90 proc. "przecieków", o których można było przeczytać w prasie i usłyszeć w telewizji, nie było zgodnych z prawdą. Praca z cyfrowymi postaciami jest niezmiernie czasochłonna, ponieważ wszystko trzeba powtarzać dwukrotnie. Najpierw tradycyjnie, na planie z aktorami nagrywającymi głosy do poszczególnych ról, a następnie w małym pokoju wypełnionym monitorami komputerowymi. Nie sądzę jednak, byśmy doczekali czasów, kiedy wirtualni aktorzy mogliby zastąpić tych prawdziwych. Przynajmniej do momentu, gdy ktoś nie wymyśli mikroprocesorów potrafiących imitować Jacka Nicholsona.
Więcej możesz przeczytać w 22/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0