Transatlantyk Polska

Transatlantyk Polska

10 lat III RP: utracone dzieciństwo, pożarte dzieci
1. Dziesięć lat temu "półwolne" wybory w Polsce - niby klocek wyjęty z podstawy piramidy - przyniosły lawinowy rozpad komunizmu od Łaby po Władywostok. Jak było dalej - pamiętamy. U początku tych zmian wnikliwy, a jednocześnie pełen życzliwości obserwator naszych spraw, Thimothy Garton-Ash, pisał wtedy: "Polski statek odbił już od komunistycznego brzegu, ale droga jest daleka, morze burzliwe, noc ciemna, a załoga pijana". Dokąd dopłynął nasz pijany statek?

2. W stanie wojennym krzyczano na demonstracjach "Wiosna nasza!", ale podczas zwycięskiej wiosny 1989 r. nie było w Polsce wiele radości, a już na pewno nie było poczucia sukcesu. Triumf przeżywali tylko zdeklarowani opozycjoniści, twarde "solidaruchy", a iluż ich było? "W podziemiu nie było tłoku" - opowiadał wypuszczony wtedy z więzienia Bogdan Borusewicz. "Okrągły stół" nie był wynikiem oporu, nie został wywalczony na barykadach, w ulicznych demonstracjach ani nawet w podziemnych drukarniach. Strajki z maja i sierpnia 1988 r. były słabe i bezskuteczne, a komunistyczna bezpieka mogłaby wszystkich przywódców zamknąć w jednym średniej wielkości mamrze. Z perspektywy zwykłego Polaka nie było widać, że choć opór społeczeństwa słabnie, to tężeje opór wszelkiej materii, nade wszystko gospodarczej, że kremlowscy przywódcy już pojęli, że wojna w Afganistanie i wyścig technologiczny z Ameryką zakończyły się katastrofą. Z perspektywy zwykłego Polaka komuna niespodziewanie abdykowała jak stetryczały, chory i wymęczony monarcha, któremu w zamian za łaskawą rezygnację regent pozostawia dwór, skarbiec i nieco ulubionych zabawek. Nikt się do tego nie przyczynił. To tylko komuniści znaleźli sobie jakichś facetów, posadzili ich przy stole i dogadali się z nimi, jak to ma teraz być w Polsce. Nas nie pytali o zdanie. Co to więc jest ten "okrągły stół" - komunistyczny spisek czy może rzeczywiście będzie lepiej? A może tylko jedni z drugimi podzielili między siebie koryto? - tak myślano w Polsce owej wiosny.

3. Najtrafniej ujął to Vaclav Havel, nie pamiętam, czy chwilę przedtem, nim został prezydentem zjednoczonej jeszcze Czechosłowacji, czy chwilę później. Naród nie wywalczył wolności - tak mniej więcej brzmiała myśl prezydenta-eseis- ty - wolność została narodowi przyniesiona przez garstkę wytrwałych opozycjonistów przy współpracy światlejszej grupy spośród rządzących, bo tylko tacy ludzie rozumieli, jak szybko nabiera wody tonący okręt komunizmu. Dlatego zwykli ludzie bardzo szybko mieli skierować swoją złość przeciw elitom, obarczając je odpowiedzialnością za wszystkie niedogodności oraz rozczarowania niesione przez wolność i kapitalizm. Co więcej, opozycjonistów czekała niechęć szczególna, bo są lustrem, w którym przegląda się wieprzowatość codziennego życia narodu pod komunizmem. Kiedy oni nadstawiali karku i szli do więzienia, ogół przystosowywał się, kolaborował i jakoś wiązał koniec z końcem. Nikt nie lubi, gdy go widzą w chwili słabości. Dlatego - jeśli każda rewolucja pożera swoje dzieci - to wytrwali opozycjoniści z czasów komunizmu, ci, którzy naprawdę coś ryzykowali i naprawdę walczyli o wolność, będą pożarci najpierw i ze szczególnym okrucieństwem.

4. My, wczorajsi opozycjoniści, dziś nagle wpuszczeni na pokoje władzy, byliśmy nade wszystko dziecięco naiwni. Nawet nie dlatego, że już wkrótce mieliśmy zostać pożarci i odrzuceni. O tym wszystkim można było przeczytać w jakiejkolwiek książce o jakiejkolwiek rewolucji, a polska "refolucja" (zlepek słów "reforma" i "rewolucja") tymi samymi rządzi się prawami. Byliśmy dziecięco naiwni, kiedy ogół Polaków był już dojrzały i bardzo nieufnie przyglądał się temu, co im spadnie na głowy z "okrągłego stołu". Oni mieli jedno polityczne dzieciństwo - w czasach pamiętnych 16 miesięcy "pierwszej "Solidarności"", nim Jaruzelski wyprowadził czołgi na ulice. Nasze dzieciństwo, naiwna, dziecięca wiara w "Solidarność" i jej znak, przedłużyły się na cały okres podziemnego oporu, a zwykle jeszcze dłużej. Czasem aż tak długo, że niektórzy z "solidaruchów" przestawali rozumieć cokolwiek z realnego świata. Nic nam nie powiedział wynik przełomowych wyborów w czerwcu 1989 r., bo chociaż świeżo zalegalizowana "Solidarność" odniosła w nich zwycięstwo największe, jakie odnieść mogła, to wzięło w nich udział tylko 60 proc. uprawnionych do tego obywateli. Tylko tyle? W chwili tak historycznej, kiedy zmienia się ustrój i decyduje się kształt Polski na najbliższe wieki? Na dziesięciu uprawnionych aż czterech zostaje w domu, a z tych sześciu, co poszli, i tak większość głosuje nie tyle za "Solidarnością", ile na złość komunie. A w pierwszych wyborach prezydenckich szarlatan Tymiński - otoczony starymi ubekami - o mało nie pokonał wąsatego symbolu "Solidarności", otoczonego księżmi i szlachetnymi bojownikami o wolność. Tymczasem "sentymentalna panna S" - w której tak nieprzytomnie się kochaliśmy, za którą tak wielu z nas cierpiało - nie tylko szybko straciła cnotę, ale okazała się kłótliwym, starzejącym się babskiem, aż wreszcie wyszło na jaw, że oddaje się byle komu i byle jak; bez pożytku i bez przyjemności. W nikomu niepotrzebnym starciu Wałęsa-Mazowiecki Polska robotnicza skoczyła do gardła Polsce inteligenckiej, a jeszcze niedawno tak się obie kochały. Świat solidarny jest światem dziecka; trzeba doświadczyć niesolidarności, by wydorośleć.


Rewolucja 1989 pożarła własne dzieci. Za to kwitną ci z drugiego szeregu, którzy nie narażali się w trudnych czasach

5. Wtedy, przed dekadą, polska ulica złośliwie powiadała, że jeśli za komuny zostawało się posłem z łaski aparatu partyjnego, to teraz z łaski aparatu fotograficznego, którym wytypowanym kandydatom wykonano zdjęcie z Lechem Wałęsą. Dziś były, posiwiały prezydent ma największy chyba negatywny elektorat w Polsce i ze wszystkich badań opinii publicznej wynika, że sromotnie przegra z jakimkolwiek innym kandydatem. Oto wielka i straszna miara drogi, jaką przeszliśmy.

6. Zaczynaliśmy polską żeglugę w nieznane jako usiłujący się usamodzielnić wasal Rosji (wtedy jeszcze Sowietów). Teraz, po dziesięciu latach, jako członek NATO stoimy z bronią w ręku naprzeciw tejże Rosji, poróżnieni przez konflikt wokół Kosowa. Oto kolejna miara tej samej drogi. Neutralna "finlandyzacja" wydawała się szczytem tego, co moglibyśmy osiągnąć, wycofując się z nieszczęsnego i nieszczęśnie nazwanego Układu Warszawskiego. Tymczasem w ciągu tych dziesięciu lat znaleźliśmy się aż w NATO, a więc na Zachodzie. Czy mógł ktoś przypuszczać w najśmielszych marzeniach, że aż tak nam się powiedzie? No i właśnie, tuż po tym, jak osiągnęliśmy ten wymarzony Zachód i to długo wyczekiwane członkostwo w najpotężniejszym sojuszu obronnym świata, okazało się, że jesteśmy stroną w nie chcianej przez Polaków wojnie z Jugosławią. Tak - w naszej żegludze od "okrągłego stołu" do zachodniej ziemi obiecanej, osiągnąwszy kolejny wielki narodowy cel, w zamian tracimy dzieciństwo. Bo dziecinna była wiara w bogaty, mocarny i szczęśliwy Zachód, który zawsze stoi po stronie sprawiedliwości, a w potrzebie obroni nas NATO-wskim mieczem.

7. Nie wchodzę w ogóle w temat niedawno pasjonujący publicystów pisujących z okazji dziesięciolecia ustawienia w Pałacu Namiestnikowskim (dziś prezydenckim) stołu specjalnie skonstruowanego na upadek komunizmu. Czy warto było siadać, czy raczej czekać, aż mury same runą albo je rozwali rewolucyjny tłum? Czy był to spisek przypieczętowany tajną umową w Magdalence? Jeśli nawet był to spisek, to dawno wymknął się spod kontroli spiskowców, bo Polska wyszła na tym nieźle, a Rosja wpadła w poślizg raczej nie kontrolowany i to na łysych oponach. Była okazja poszerzenia pola wolności, to ją trzeba było brać i robić co się dało w okolicznościach roku 1989, a dokąd dożeglujemy, to czas pokaże. I pokazał! Byli światlejsi komuniści, zdający sobie sprawę z beznadziejnej nieefektywności sowieckiego systemu i rozglądający się wokół, jak tu zachować skórę i dopłynąć z workiem pieniędzy do kapitalizmu, to trzeba ich było wykorzystać. I chwała im za to, choć niejednego rażą pieniądze zdobyte przez partyjne wpływy, a pomnożone przez kapitalistyczny spryt byłych towarzyszy. A czy początki amerykańskiego kapitalizmu były eleganckie i moralne? Jedni wzbogacili się przez to, że mordowali farmerów i przejmowali ich grunty pod budowę linii kolejowej, inni ciągnęli przewoźne burdele za armiami wojny secesyjnej, jeszcze inni handlowali gorzałą w czasie prohibicji. Potem minęły dziesięciolecia, wzbogaceni nuworysze pobudowali pałace i założyli fundacje, gęby prostaków wyprzystojniały, śmierdząca forsa wywietrzała i nabrała szlachetnego poloru starości. Tak stanie się i u nas... Mnie interesuje coś innego. Gdzie są ci ludzie? Ludzie z "solidarnościowej" strony stołu, bo z rządowej wystarczy przypomnieć Aleksandra Kwaśniewskiego, wtedy ledwie ministra mało ważnego resortu, a dziś gospodarza rzeczonego pałacu i to ze wszystkimi widokami na drugą kadencję. A gdzie jest bohater tamtych dni Zbyszek Bujak? Właśnie awansował: na prezesa Głównego Urzędu Ceł. Śmiechu warte: postać, która miała być alternatywą dla Wałęsy, z łaski kolegów z firmy TKM (skrót powszechnie znany) mianowana obercelnikiem III RP. A inni bohaterowie polskiej "refolucji"? Władysław Frasyniuk - też w owym czasie i długo jeszcze później widziany przez wielu jako alternatywa dla Wałęsy - dziś mało ważny i z rzadka odzywający się poseł. Jerzy Turowicz, druga po Wałęsie postać przy "okrągłym stole", dziś już w lepszym niż nasz świecie, ale nim odszedł, wypił do dna kielich goryczy, jakim był spadek popularności i nakładu "Tygodnika Powszechnego", zdystansowanie się odeń zarówno Kościoła, jak i "Solidarności". A gdzie zapomniany już prawie, niefortunny kandydat na prezydenta Jacek Kuroń, gdzie zdetronizowany i nie słuchany nawet przez swoją partię Tadeusz Mazowiecki, gdzie Jan Rulewski, gdzie inni, których słuchała cała Polska, a z którymi dziś nikt się nie liczy? Rewolucja pożarła własne dzieci, tak jak inne rewolucje w dziejach. Za to kwitną ci z drugiego szeregu, którzy nie narażali się w trudnych czasach, więc też nie są postrzegani przez "Polaka-Szaraka" jako wyrzut sumienia przypominający o chwilach słabości i strachu. Oni mają dziś swój termidor (patrz: rewolucja francuska), oni rozdają karty i posady, oni robią interesy, są w TKM (skrót jak wyżej).

8. Gdzie dożeglował przez dziesięciolecie nasz pijany statek? Nie, nie jest już tak pijany jak wtedy, gdy ruszaliśmy w drogę. Od pięciu mniej więcej lat spożycie gorzały w Polsce drastycznie spada, rośnie spożycie piwa, wina, szlachetniejszych alkoholi. Gorzelnie - za komuny i czas jeszcze jakiś po jej upadku zasilające gigantycznymi wpływami budżet państwa - przestają być dobrym interesem. I to jest być może najbardziej optymistyczna wiadomość ostatnich czasów, tak jak widok wiejskich placyków przed kościółkiem, zastawionych w niedzielę samochodami nawet w tych wiochach, gdzie ludzie wierzą w Leppera, a na Balcerowicza poszliby z kosami na sztorc.

9. Mimo że strzela rakietami w obronie wypędzonych z Kosowa, demokracja na świecie ma się marnie. Siła demokracji - już od czasów demokracji ateńskiej - nie jest w mieczach lub dywizjach, ale w ludzkich duszach. W tym, czy ludzie gotowi są dobrowolnie wziąć na siebie odpowiedzialność za państwo i jego sprawy. Z tym jest, niestety, dużo gorzej w dzisiejszej demokracji telewizyjnej, niż niegdyś było w demokracji ateńskiej. Zarówno w Polsce, jak i Europie Zachodniej czy Ameryce. Dopóki Polska była zniewolona, istniały specyficzne i tylko w Polsce zrozumiałe pytania o polską przyszłość. Tylko w Polsce mógł szaleć Kordian i straszyć Chochoł; tylko Polska mogła wyhodować Konrada Wallenroda, Judyma, Siłaczkę, Ślimaka i Bartka Zwycięzcę. Dziś takich pytań nie ma. Pytania o przyszłość są takie same nad Wisłą jak za oceanem. Tylko że nie wszyscy Polacy jeszcze o tym wiedzą.

Okładka tygodnika WPROST: 23/1999
Więcej możesz przeczytać w 23/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0