Plac grozy

Plac grozy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Chiny: dziesięć lat po masakrze na Tiananmen
Rzeź demonstrantów na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie 4 czerwca 1989 r. potwierdziła, że komunistyczne władze chińskie nie są w stanie tolerować przejawów demokracji. Dokładnej liczby ofiar masakry nigdy nie ujawniono. Gąsienice czołgów na pewno jednak zmiażdżyły setki - mówi się nawet o dwóch tysiącach - uczestników tego pokojowego zgromadzenia.

Feralnego dnia zebrani na Tiananmen studenci domagali się wprowadzenia reguł demokratycznych. Nie chcąc drażnić komunistycznych mandarynów wygórowanymi żądaniami, wysuwali jedynie hasła pieriestrojki i otwartości życia publicznego. Podobało im się to, co w istniejącym jeszcze wtedy ZSRR robił Michaił Gorbaczow. Chińscy żacy mieli zresztą również rodzime wzorce. Faworytem zrewoltowanych tłumów był Hu Yaobang, szef Komunistycznej Partii Chin, wyrzucony przez towarzyszy w 1988 r. ze stanowiska za "zgniły" liberalizm. To jego zgon w kwietniu 1989 r. zapoczątkował łańcuch krwawych wypadków. Tysiące młodych zwolenników idei Hu Yaobanga przyszło na Tiananmen, pragnąc wymóc jego rehabilitację. Komuniści początkowo nie mieli nic przeciwko temu, by manifestanci pozostawali w centrum miasta. Dlatego niespodziewana decyzja ówczesnego premiera Li Penga o wprowadzeniu stanu wyjątkowego zdumiała studentów. Nie spowodowała jednak przerwania protestu. Dwa tygodnie później na plac Niebiańskiego Spokoju wkroczyły jednostki XXVII armii, topiąc we krwi wystąpienia młodych Chińczyków. Tamtej pamiętnej nocy publicysta Wojciech Giełżyński był na alei Changan, przylegającej do placu Niebiańskiego Spokoju. Znalazł się tam dwie godziny po szturmie czołgów, który nastąpił między drugą a czwartą rano. W wielu miejscach widział świeże, szeroko rozlane plamy krwi. Otoczono je zielonymi gałązkami. Ludzie maczali palce w posoce i na murach domów pisali nią teksty. "Nie odejdziemy stąd, dopóki Li Peng się nie powiesi" - brzmiał jeden z napisów skreślonych ręką zrozpaczonego manifestanta. - Byłem zaskoczony tym, co się działo - mówi Robert Góralczyk, dziennikarz telewizyjnych "Wiadomości", który w tym czasie studiował w Pekinie język chiński. Góralczyka zastanowiła skala młodzieżowej rebelii i sam fakt, że do niej w ogóle doszło. - Kiedy ogłoszono stan wyjątkowy, nastał nieopisany bałagan. Policja wycofała się z ulic. Nad miastem warczały helikoptery rozrzucające ulotki. Władze nakazywały ludziom, by się pokojowo rozeszli.To jednak nie poskutkowało. Widziałem agresję z obu stron. Wykonujące rozkazy wojsko i rzesze ludzi obrzucających żołnierzy kamieniami, palących wojskowe ciężarówki i bojowe wozy piechoty - wspomina. - Ludzie nie padli wtedy ofiarą konfliktu, rewolucji lub fanatyzmu religijnego czy innych podobnych opresji - uważa literat Jacek Bocheński, przewodniczący polskiego Pen Clubu. - Dziesięć lat temu w Chinach nie pozwolono im przemawiać i wydawać gazetek. Padli ofiarą cenzury, która w pewnym stadium użyła czołgów. Wielu z nas, pisarzy, zaangażowanych krótko przedtem w polski ruch wydawniczy tzw. drugiego obiegu poczuło się wówczas tak, jakby to po nas przejechały czołgi. - Tragedia sprzed dziesięciu lat była jednym z najważniejszych epizodów historii Chin XX w. - uważa prof. Krzysztof Gawlikowski z Instytutu Nauk Politycznych PAN. - Brutalna rozprawa z młodzieżą doprowadziła bowiem do wyraźnego osłabienia tradycyjnych, ścisłych związków inteligencji - dziedzica tradycji mandaryńskiej - z państwem. W Chinach przebiega proces demontażu systemu komunistycznego. W 1989 r. wkroczył on w fazę demokratyzacji wspieranej przez ówczesnego szefa partii Zhao Ziyanga. Młodzież pragnęła przyspieszyć demokratyczne przeobrażenia. Wydaje się, że twardogłowi w ówczesnym kierownictwie partyjnym uznali postulaty studentów za doskonałą okazję do zastraszenia społeczeństwa. Za jednym zamachem beton KPCh chciał się też pozbyć zbyt "miękkiego" przywódcy, za jakiego uchodził Zhao. Wojciech Giełżyński jest zdania, że jednym ze skutków krwawo stłumionego buntu było powstanie opozycji emigracyjnej. Ukształtowała się również grupa przywiązanej do ideałów demokracji inteligenckiej młodzieży w kraju. Na razie wpływ tych sił na sytuację polityczną jest znikomy. Zdaniem Roberta Góralczyka, ludzie nie wracają dziś do tragedii sprzed dziesięciu lat. Z przyczyn pragmatycznych przeszli do porządku dziennego nad tym, co zaszło na Tiananmen. Chińczycy są wychowani w kulcie mamony, zaś komunistyczne władze stworzyły wielu z nich możliwości zarobienia dużych pieniędzy i szybkiego wzbogacenia się. Młodzież ceni też sobie m.in. łatwość wyjazdu za granicę na studia. Góralczyk cytuje słowa słynnego dysydenta, Harry?ego Wu, twierdzącego, że otwartością i przyciąganiem obcych inwestycji komuniści kupili sobie elity i klasę średnią. Mimo to Amnesty International, organizacja dbająca o poszanowanie praw człowieka na świecie, krytycznie ocenia ich przestrzeganie w Chinach. Jej koordynator w Polsce, Bogusław Stanisławski, przypomina, że w minionych dziesięciu latach AI i rządy krajów demokratycznych wielokrotnie apelowały do chińskich komunistów o zmianę oficjalnej oceny masakry na Tiananmen. Do dziś pekiński reżim trwa przy wersji, że likwidując opór studentów, chciał jedynie przeciwdziałać "aktom kontrrewolucji zagrażającym bezpieczeństwu państwa". Tymczasem tylko w ubiegłym roku w kajdanki zakuto dwa tysiące osób, którym zarzucono przestępstwa o charakterze "kontrrewolucyjnym". Odwołując się do tych samych paragrafów kodeksu karnego, władze przetrzymują w zakładach karnych i osławionych laogai - obozach zagłady - tysiące więźniów politycznych, zaś nieliczni wychodzący na wolność długo jeszcze mają ograniczoną swobodę poruszania się. W 90 proc. wypadków o znalezieniu pracy mogą jedynie pomarzyć. W Państwie Środka nie zrezygnowano ze skompromitowanych, masowo stosowanych podczas rewolucji kulturalnej metod tzw. reedukacji przez pracę. Na porządku dziennym są egzekucje - wykonuje się tam 80 proc. wszystkich wyroków śmierci wymierzanych na świecie. Mimo i tak niezwykłej już surowości sądów, chiński jedynowładca Jiang Zemin nie waha się nawoływać do "zgniecenia w zarodku wszelkich przejawów działalności wywrotowej". Oficjele KPCh nie godzą się na zwolnienie osób osadzonych za przekonania polityczne. Wygląda też na to, że nieprędko doczeka się realizacji postulat wszczęcia dochodzenia w sprawie krwawych zajść z 1989 r. Działacze powołanej w kilku prowincjach Chińskiej Partii Demokracji pytają, kiedy ofiary represji i ich rodziny będą mogły liczyć na przywrócenie dobrego imienia i przyznanie finansowych rekompensat. ChPD do tej pory nie została zarejestrowana. Amnesty International formułuje pesymistyczne prognozy dotyczące dalszego rozwoju wydarzeń w Państwie Środka. Na razie bowiem nic nie uprawnia do optymizmu - prześladowania ludzi inaczej myślących nie ustają, szykanowani są Tybetańczycy i muzułmańscy Ujgurowie w Xinjiangu.
Więcej możesz przeczytać w 23/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0