Szczyt absurdu

Szczyt absurdu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Mount Everest dla każdego?
Na dachu świata rządzi pieniądz. Ostatnio stają tu nie tylko doświadczeni himalaiści, ale i amatorzy. Nie potrafią założyć na nogi raków, nie mają pojęcia o warunkach panujących na wysokości 8 tys. metrów n.p.m. Płacą agencji górskiej za organizację wyprawy, wręczają łapówki nepalskim urzędnikom i zdobywają najwyższą górę świata. Zanieczyszczoną przy tej okazji setkami ton puszek, butelek, opakowań.

- Przewodnik, który za pieniądze podejmuje się wprowadzić mało doświadczonego alpinistę czy wręcz zupełnego amatora na tak wysoką górę jak Mount Everest, ma do rozstrzygnięcia wielki problem moralny. Trzeba pamiętać, że on lepiej wie, co może się zdarzyć w czasie wspinaczki. Jeśli lojalnie ostrzeże kandydata, że podczas wyprawy może stracić palce u rąk czy nóg, w ogóle nie zdobyć szczytu, a w najgorszym wypadku zginąć, to postępuje właściwie - przekonuje Andrzej Zawada, znany polski himalaista. - Komercyjną wyprawę można ocenić dopiero po przeanalizowaniu umowy, jaką przewodnik zawarł z klientem. Z drugiej strony, o tym, czy warto ryzykować życie, by wejść na górę, każdy musi zadecydować sam. Wspinaczka w górach wymaga profesjonalnego przygotowania, o czym ludzie często zapominają, kierując się tylko wybujałą ambicją, która tłumi chłodną ocenę własnych możliwości. W zależności od wielkości grupy koszt uczestnictwa wynosi 40-60 tys. dolarów. Z tego 10 tys. dolarów trzeba przeznaczyć na opłacenie pozwolenia na wspinaczkę. Bez wręczenia nepalskim urzędnikom łapówek nie ma co marzyć o zdobyciu dachu świata. Wspinacze nie dysponujący większą gotówką mogą próbować wejść na Mount Everest od strony Tybetu. Jest zdecydowanie taniej (koszt wyprawy: 20-25 tys. dolarów od osoby), ale na szczyt prowadzi znacznie trudniejsza droga. Do tej pory na Mount Everest dotarło ponad 800 osób. Rekordowym dniem była czterdziesta rocznica zdobycia najwyższej góry świata - 10 maja 1993 r., kiedy weszło na nią 40 osób! Zdarza się, że baza pod szczytem, położona na wysokości 7200 metrów n.p.m., jest miasteczkiem namiotów, w których przebywa ponad 600 mieszkańców. - Wyprawy na Everest to wielkie ryzyko, ale są ludzie, którzy gotowi są je podjąć, by zaspokoić własne niepohamowane ambicje. Trudno się dziwić, mamy koniec wieku, niewiele pozostało do zdobycia, więc niektórzy w ten sposób udowadniają sobie własną wartość - twierdzi Krzysztof Wielicki, pierwszy zdobywca Mount Everestu zimą. "Niech nikt sobie nie czyni iluzji, że wejście na Mount Everest, nawet trasą z roku 1953, jest jakimś spacerem. Ręczę wam, że tak nie jest! Każde następne wejście jest niebezpieczne - wystarczy przypomnieć sobie liczbę ofiar, które pochłonął lodospad, Kocioł Zachodni czy ściana Lhotse. Jak tylko zacznie wiać silny wiatr, na szczytowych graniach nikt nie zdoła nawet drgnąć. I tak jest przez większą część roku" - ostrzegał amatorów rekordów John Hunt, kierownik pierwszej zwycięskiej wyprawy. Z najwyższej góry nie wróciło ponad 150 himalaistów. Przyczyną tragedii było nie tylko nagłe załamanie pogody, lecz równie często determinacja, by zdobyć szczyt za wszelką cenę. Jak twierdzi Guy Cotter, przewodnik z Nowej Zelandii, wyjątkowo trudno jest zawracać z drogi kogoś, kto jest bardzo wysoko. "Jeśli klient widzi bliski już szczyt i jest absolutnie zdeterminowany, żeby tam dotrzeć, roześmieje ci się w twarz i pójdzie dalej" - przekonuje Cotter. Amerykański przewodnik Petr Lev dodaje: "Myślimy, że ludzie płacą nam za to, żebyśmy podejmowali słuszne decyzje, ale tak naprawdę ludzie płacą nam za to, żeby się dostać na szczyt". Wielu amatorów, którzy za wszelką cenę chcą zdobyć Everest, nie zdaje sobie sprawy, że żadna agencja nie gwarantuje sukcesu. "Nie wspinamy się zamiast klienta. Nasza rola polega na jak najlepszym poinformowaniu uczestników wypraw o potencjalnych niebezpieczeństwach i dokładnym poznaniu ich umiejętności" - przestrzega Daniel Popp, szef francuskiej agencji Terre d?Adventure. Chęć wejścia na szczyt za wszelką cenę wciąż doprowadza do dramatów. Jednym z tragiczniejszych wydarzeń była śmierć doświadczonego przewodnika Roba Halla. Wszedł na Everest pięć razy, wprowadził na szczyt czterdziestu dwóch klientów. 10 maja 1996 r. pozostał ze swoim klientem, niezdolnym do samodzielnego zejścia. Świadomy beznadziejności położenia Hall poprosił o połączenie przez radiotelefon z żoną w Nowej Zelandii. Ich rozmowa trwała kilka godzin. Tego samego dnia trzech innych umierających wspinaczy minęli dwaj uczestnicy kolejnej wyprawy. Jak wyjaśnił jeden z nich: "Byliśmy zbyt zmęczeni, żeby ich ratować. Ta wysokość - ponad 8000 metrów - to nie miejsce, gdzie ludzie mogą sobie pozwolić na moralność". Szaleni, ale rozsądniejsi turyści, którzy wiedzą, jak trudne jest zdobycie najwyższej góry świata, lecz nie potrafią sobie odmówić przyjemności popatrzenia na nią z bliska, organizują wyprawy trekkingowe w Himalaje. Są znacznie tańsze (kilka tysięcy dolarów od osoby) i zapewniają nie mniejsze emocje. Agencje górskie i Szerpowie wprowadzają spragnionych wrażeń na wysokość 6-7 tys. metrów n.p.m. - Gdy pierwsi zdobywcy stanęli na Mount Evereście, świat fetował ich triumf, nie myśląc o ekologicznych skutkach wtargnięcia człowieka w górskie sanktuarium - mówi Andrzej Zawada. Ostatnie dwadzieścia lat zmieniło wygląd Himalajów bardziej niż poprzednie tysiąclecie. Na Przełęczy Południowej, przez którą wiedzie najłatwiejsza droga na szczyt, znajduje się już 17 ton odpadków! - Góry są zwierciadłem środowiska; mimo swej potęgi, są bezbronne. Bez pomocy ludzi nie są w stanie oczyścić się ze śmieci - twierdzi Wojciech Lewandowski znany ekolog i alpinista. - Chodzący w góry są uznawani za uprawiających czysty sport. Tymczasem prawda o nich wygląda inaczej. Im wyżej wchodzą, tym łatwiej zapominają o poszanowaniu środowiska naturalnego - przekonuje Pierre Royer, szef ekspedycji South Col Mission 8000. - Jesienią obozy wyglądają przerażająco. Wszędzie widać butelki, puszki, resztki lin i nylonowych namiotów - wspomina Jean-Pierre Rigel z Terre d?Adventure. W trosce o ochronę coraz bardziej zanieczyszczonego środowiska firmy organizujące wyprawy w Himalaje założyły Międzynarodową Organizację Przewodników 8000 (International Guiding Organisation). Opracowała ona kodeks etyczny dla firm organizujących wyprawy wysokogórskie (powyżej 8000 m). Jedną z zasad jest dbanie o czystość środowiska naturalnego. Naturalną konsekwencją stało się zatrudnianie Szerpów i tragarzy do znoszenia śmieci. W efekcie zarabiają oni dodatkowe pieniądze, zaś góry są czystsze. Nie bez znaczenia było też wprowadzenie w najwyższych górach kaucji za śmieci. Trzeba znieść na dół cały sprzęt i opakowania, w przeciwnym razie kaucja przepada. Także polskie wyprawy mają swój wkład w sprzątanie Himalajów. Czysta jest już od 1991 r. baza K-2, drugiego ośmiotysięcznika świata, skąd alpiniści znieśli m.in. 30 tys. puszek i 12 km lin! - Środowisko zanieczyszczają szczególnie uczestnicy komercyjnych wypraw. Zazwyczaj bierze w nich udział wiele osób, które mają do dyspozycji bardzo dużo sprzętu - mówi Krzysztof Wielicki. Dodatkowym problemem są zmiany środowiska związane z masową turystyką. Zaledwie 3 tys. mieszkańców Sagarmatha National Park co roku musi zapewnić noclegi i wyżywienie ponad 9 tys. turystów przybywających, by obejrzeć legendarny szczyt. Do budowy schronisk, gotowania, ogrzewania powszechnie używa się drewna. Jego roczne zużycie wynosi ok. 10 mln ton, podczas gdy naturalny przyrost lasów to tylko 2,5 mln ton rocznie. Trudne do przewidzenia są konsekwencje postępującej erozji ziem, wyczerpywania się licznych studni w wyniku intensywnego zużycia wody i wzrostu zagrożenia powodziowego w dolnych biegach himalajskich rzek. "Jesteś tutaj, by Nepal zmienił ciebie, a nie po to, by zmieniać Nepal" - głoszą ulotki w nepalskich parkach narodowych. Czy jednak uda się uchronić Himalaje przed postępującą komercjalizacją? 
Więcej możesz przeczytać w 23/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0