Przepustka do przyszłości

Przepustka do przyszłości

Dodano:   /  Zmieniono: 
Połowa polskich rolników nie ma żadnego wykształcenia lub ukończyła jedynie szkołę podstawową
Dla wszystkich jest jasne, że kwestie zatrudnienia w rolnictwie i przeludnienia agrarnego (ukryte bezrobocie) są dziś najpoważniejszym problemem. Jego rozwiązanie przesądzi o sukcesach moderni- zacji rolnictwa i zdolności do sprostania konkurencji w ramach jednolitego rynku europejskiego. Strukturalne problemy rolnictwa można rozwiązać tylko przez łagodzenie napięć na rynku pracy i ograniczanie bezrobocia. Oznacza to, że bez tworzenia etatów poza rolnictwem i właściwego przygotowania młodzieży poprawa struktury agrarnej będzie niemożliwa.

Ludność rolnicza nie jest przygotowana nawet do prowadzenia gospodarstwa rolnego. Poziom wykształcenia ludzi związanych z rolnictwem jest przerażająco niski. Jak wynika z powszechnego spisu rolnego (1996 r.), odsetek użytkowników gospodarstw rolnych z wykształceniem podstawowym lub bez jakiegokolwiek wykształcenia wynosi prawie 50 proc. (!), zaś z wykształceniem średnim - 16,1 proc., policealnym - 1 proc. i wyższym - 2,6 proc. Aż 58 proc. deklaruje, że nie ma żadnego wykształcenia rolniczego, a mniej niż 30 proc. ukończyło tylko kursy rolnicze. Z tego wynika, że prawie 88 proc. użytkujących gospodarstwa rolne to "amatorzy". Przytłaczająca większość z nich ma ponadto kłopoty z rozumieniem mechanizmów gospodarki rynkowej, sztuki zarządzania gospodarstwem rolnym, problemów konkurencji i konkurencyjności i istotą interwencji państwa.
W 1996 r. na wsi mieszkało ok. 15 mln osób, co stanowiło 38 proc. ludności kraju, a z gospodarstwami rolnymi związane było 7,5 mln ludzi. W rolnictwie pracuje 25 proc. zawodowo czynnych, z których cztery piąte będzie musiało w najbliższych dziesięcioleciach podjąć pracę poza rolnictwem i uzyskać do tego pełne ekonomiczne i zawodowe przygotowanie. Te liczby najlepiej obrazują skalę problemu. Zdecydowana większość mieszkańców wsi znalazła zatrudnienie w rolnictwie lub wykonuje proste zajęcia nierolnicze, najczęściej łączące się z rolnictwem. Jest to konsekwencją słabego uprzemysłowienia i urbanizacji. Dominuje model uniwersalnego chłopa-samouka, który dzięki intuicji i cudownym rękom potrafi wszystko sam zrobić.
Ta epoka odchodzi do przeszłości, gdyż gospodarka rynkowa zamienia tradycyjne "trwanie na ojcowiźnie" w biznes. Rynek stwarza przymus zdobywania kwalifikacji, przyuczania do zawodu, permanentnego kształcenia. "Szkoła bez przerwy" staje się dla ludności rolniczej nakazem chwili. Kształcenie, edukacja, oświata nie są - jak kiedyś - drogą "od gospodarstwa do miasta", a przeciwnie szansą na znalezienie drogi rozwoju i modernizacji gospodarstwa. Aby jednak szkoła stała się przepustką do lepszego życia, muszą być spełnione dwa warunki: muszą być chęci do kształcenia się i dobra szkoła.
Tymczasem, jak wynika z badań empirycznych (m.in. K. Duczkowskiej-Małysz z zespołem, B. Wawrzyniaka i S. Zawiszy, E. Mańkowskiej), wykształcenie nie znajduje się wśród najpilniejszych potrzeb socjalnych i bytowych rolników. Jest bowiem w wielu środowiskach wiejskich postrzegane jako odciągające młodzież od gospodarstwa rolnego do innego, bardziej atrakcyjnego zawodu, a dla rolnika liczy się przede wszystkim następca. Także badania wspomnianych autorów nad systemem wartości i inne badania (np. CBOS) dowodzą, że w rolniczej hierarchii wysoko lokuje się "miłość do ojcowizny", "gospodarność", "uczciwość", "poszanowanie pracy", ale wykształcenie znajduje się daleko za "poszanowaniem ziemi".
Wybór szkoły jest z reguły przypadkowy, najczęściej dziecko uczęszcza do placówki znajdującej się najbliżej miejsca zamieszkania (dojazd kosztuje). Decyzja ta jest sprawą wyłącznie rodziców i niewiele ma wspólnego z przyszłością zawodową dziecka, jego zdolnościami, zainteresowaniami, które nawet często nie są uświadomione i rozbudzone. Jeśli o wyborze szkoły decydują dzieci - kierują się głównie zdaniem koleżanek i kolegów. Prawie co drugi rolnik deklaruje, że nie interesuje go, w jakiej szkole będzie się uczyć jego dziecko. Ciągle więc u podstaw tkwi zasada "mój syn będzie rolnikiem, więc wszystko jedno, jaką szkołę skończy".
Jeśli z kolei przyjąć za B. Wawrzyniakiem, że tylko co siódmy rolnik jest zainteresowany wyborem szkoły przez swoje dziecko, i skorelować to z informacją, że jedynie 12,9 proc. gospodarstw indywidualnych (z 2 mln) sprzedaje rocznie produkcję rolną z gospodarstwa za więcej niż 15 tys. zł - to być może są to ci, którym nie jest obojętny - w sensie zawodowym - los ich następców.
Gospodarka rynkowa obnażyła słabości systemu edukacji, a zwłaszcza oświaty rolniczej. Z powodu niedostosowania profili nauczania do potrzeb rynku pracy szkoły rolnicze lokują się nadal w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o liczbę bezrobotnych absolwentów. Która firma zechce zatrudnić fachowca mającego na świadectwie dojrzałości zawód mechanizator rolnictwa?
Będąc ministrem rolnictwa i gospodarki żywnościowej, podjąłem próbę:
wdrażania szerokoprofilowego nauczania, dającego wiejskiemu dziecku start na rynku pracy
wprowadzania nowych programów nauczania, niosących nowe treści, wspartych nowymi podręcznikami dla młodzieży i materiałami dla nauczycieli z zakresu ekonomii rynku, zarządzania, finansów, przedsiębiorczości, marketin- gu - gdyż niezależnie od wykonywanego zajęcia - znalezienie się na rynku pracy wymaga wiedzy
racjonalizowania sieci szkół zgodnie z profilem rozwoju regionu, w tym także zwiększania liczby pełnych szkół średnich kosztem zawodowych
zmiany rangi praktycznej nauki zawodu - budowy centrów kształcenia praktycznego, wyposażania szkół w pomoce techniczne, w tym komputery, aby służyły dzieciom wiejskim i lokalnym środowiskom.
Ale barierą nie do pokonania okazała się wola jednej ze stron procesu edukacji - nauczycieli, którzy niepokoili się o swoją przyszłość, bali się utraty pracy i tego, że najpierw oni będą musieli się intensywnie uczyć, aby być przygotowanym do zmian. Równie tradycyjne w myśleniu okazały się niektóre środowiska, upatrujące w procesie restrukturyzacji szkół rolniczych ucieczkę od ich "isto- ty" - tzn. rolniczego charakteru. I choć na wszystkich spotkaniach dyrektorzy szkół, które wprowadziły nowe programy i treści nauczania (takich zespołów szkół było 60 proc.), deklarowali, że każda nowa propozycja programowa jest równoznaczna z podwojeniem lub potrojeniem liczby kandydatów na jedno miejsce - niechęć do rozumienia zmian okazała się głębsza niż potrzeba restrukturyzacji.
Dobrej szkole wiejskiej mogą więc stanąć na drodze nauczyciele. I choć wielu z nich to wspaniali ludzie i pedagodzy, nie znaczy to, że środowisko nauczycielskie jest przygotowane do zmian. Pamiętam, że na spotkaniach z nauczycielami szkół rolniczych tylko jedna lub dwie ręce podnosiły się do góry w odpowiedzi na pytanie: "Kto z państwa odpisze sobie w tym roku od podatku dochodowego kwotę z tytułu zakupu książek lub innej formy podnoszenia kwalifikacji zawodowych?".
Kolejną sprawą są nowe programy, podręczniki dla uczniów i nauczycieli. Nie dlatego, że ich nie ma. Problemy dzieci wiejskich z rozumieniem terminów, tekstów i przyswajaniem ich treści nie zaczynają się na etapie szkoły średniej, lecz przedszkola. To praca pedagoga, psychologa z cztero- i pięciolatkami nad rozwojem ich intelektu przesądzi, czy w przyszłości będą oni mogli skończyć szkołę średnią i podjąć studia wyższe. Wszelkie oficjalne raporty podkreślają trudności z rozumieniem treści przez samych nauczycieli. Podręczniki są trudne, programy przeładowane. W tej kwestii przypuszczalnie nieprędko coś się zmieni, gdyż zmiany wymagają uruchomienia wielu specjalistycznych programów z zakresu pracy z małym dzieckiem. Start wiejskiego dziecka będzie dalej zależał od niego samego.
Szkoła na wsi musi pełnić nieco inne funkcje niż w mieście: musi częściej niż w mieście zastąpić dom rodzinny w rozbudzaniu potrzeb kształcenia, odkrywaniu talentów, informowaniu, wychowywaniu, kształtowaniu systemu wartości. Musi także nauczać. Jeśli przyjąć, że potrzeby edukacyjne kształtowane są w znacznej mierze przez najbliższe środowisko, niski odsetek wykształconych rolników-rodziców nie wróży dobrze przyszłości kształcenia ich dzieci. Jeśli zgodzimy się, że odsetek rodzin patologicznych na wsi jest znaczny, a w wielu regionach, na przykład w dawnych PGR, patologia nałożyła się na strukturalne bezrobocie, to brak specjalnych pedagogicznych programów poprzedzających proces edukacji szkolnej u dzieci wiejskich oznacza, że dla setek z nich nowa szkoła nigdy tak na prawdę nie otworzy swoich drzwi.
Środowisko pedagogiczne na wsi nie jest do tej reformy dobrze przygotowane - zagubiono bowiem istotę reformy: przygotowanie po nowemu młodego człowieka do życia społecznego i zawodowego. Liczba klas, godzin programowych, liczba szkół w terenie, nowych programów i podręczników nie świadczy jeszcze o jakości reformy. Będziemy ją przeprowadzać w znacznej mierze z ludźmi pracującymi w szkole od lat i to oni przesądzą, czy ta reforma da przepustkę dziecku wiejskiemu do lepszego życia.

Więcej możesz przeczytać w 24/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0