Aparacik

Aparacik

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jeśli w waszym mieście kanarki zaczną pożerać befsztyki z waszych lodówek, to się nie przejmujcie. To tylko koledzy Davida Elliotta testują kolejne częstotliwości "gaydara"
David Elliott należy do londyńskiego Klubu Wynalazców, a jego specjalnością są pomysły z dziedziny elektroniki. W trosce o ludzi słabo słyszących wykoncypował dla nich aparacik, który zamiast dźwiękami miał ich ostrzegać i informować o różnych rzeczach wibracjami. Wkrótce jednak przyszło mu na myśl, że nie tylko przygłuchym obywatelom może zależeć na tym, by zostać dyskretnie i w porę o czymś uprzedzonym. Wyobraził sobie na przykład taką oto scenkę. Dróżką w parku stąpa homoseksualista i widzi młodzieńca jak marzenie. Włosy w lokach, rzęsy jak mgiełka nad plażami Polinezji, paznokietki jak perłowe łuski. Dalejże więc miłe słówka prawić, a pod rączkę podłapywać. A tu nagle jak to marzenie huknie pięścią w nos i poprawi pod żebro - znaczy się, trudna rada, prawdziwy mężczyzna. Wot, siurpriz.
Aby oszczędzić obywatelom takich niespodzianek, David Elliott postanowił dostosować swój aparat do ich potrzeb. Zamysł był taki, żeby homoseksualiści kupowali sobie takie aparaciki - nazwane na tę okoliczność "gaydar", co nie jest niewczesną aluzją pod adresem jednego z byłych premierów Rosji, tylko sugestią, iż chodzi o radar wykrywający gejów. To elektroniczne cudo ma działać w ten sposób, że kiedy jeden homoseksualista zbliża się do drugiego i obaj mają w kieszeni "gaydary", to te zmyślne instrumenty zaczynają delikatnie wibrować. Może to stanowić na początek przyjemność samą w sobie, ale to jeszcze nic w porównaniu z błogością poczucia, iż można ruszyć w zaloty bez ponoszenia ryzyka opisanego w przykładowej scence. A wszystko dzięki ultradźwiękom. To one tak kursują od kieszeni do kieszeni, wywołując porozumiewawcze wibracje - i od razu wszystko wiadomo. Postęp nie zna granic.
Nie zna do tego stopnia, że granice te zupełnie znikają i nie wiadomo potem, gdzie ich szukać. Ekspert do spraw elektroniki Graham Lees chętnie służy pomocą kolegom z Klubu Wynalazców w testowaniu sporządzonych przez nich urządzeń. Postanowił zatem przespacerować się z "gaydarem", by sprawdzić jego skuteczność. Okazała się ona piorunująca, choć niezupełnie w tym gronie, o które chodziło. Trudno też było mówić o gwarantowanej dyskrecji. Kiedy tylko Graham Lees zbliżał się do jakiegoś samochodu, natychmiast włączała się syrena alarmowa. Oczywiście, w ten sposób homoseksualista może wyraźnie dać znać o swojej obecności nawet tym kolegom, którzy nie wyposażyli się jeszcze w "gaydara", co wydatnie zwiększa - że się tak wyrażę - jego promień rażenia. Jednakże w tej sytuacji tańszym, a równie niezawodnym sposobem mogłoby być założenie sobie na brzuchu dużego plakatu z napisem "Jestem gejem i szukam drugiego geja".
Ekspert pospiesznie oddalił się z ulicy, by nie robić rwetesu i nie ściągać sobie na kark policji. I to był błąd. Policji nie trzeba się obawiać. Czasem lepiej poobcować ze znaną policją niż z nieznanym żywiołem. Ledwie pan Lees wszedł do parku, odetchnąwszy z ulgą z powodu panującej tam ciszy, okazało się, że wśród drzew i krzewów czekają go jeszcze mocniejsze przeżycia. Najpierw napadł na niego borsuk, zdradzając wobec gościa z "gaydarem" niedwuznacznie seksualne zamiary. Ekspert nie zdążył nawet zacząć wyprowadzać borsuka z błędu, kiedy opadło go całe stado niesłychanie pobudzonych erotycznie wiewiórek, gwałtownie żądających wywiązania się przezeń z obowiązku przedłużenia gatunku. Widok Grahama Leesa przypominał obrazki z filmu Disneya o Królewnie Śnieżce, gdy kroczy ona przez las, otoczona chmarą biegających i fruwających wokół niej zwierzątek. Film z Grahamem Leesem nie był jednak rysunkowy i to go trochę krępowało, gdyż akcja była przez to wyrazistsza, zachowanie zwierzątek pozbawione disneyowskiego wdzięku, a krasnoludki jakoś nie przybywały na odsiecz. Widocznie nie kupiły sobie jeszcze "gaydarów" i spały spokojnie bez żadnych alarmujących wibracji w kieszonkach.
Wiewiórki też ich sobie nie kupiły, ale nie musiały, bo to natura wyposażyła je w odbiorniki ultradźwięków akurat na tej częstotliwości, na której nadawał ekspert Klubu Wynalazców. Również natura zdecydowała, że to właśnie ta częstotliwość budzi w nich przekonanie, iż nadajnikiem okaże się z pewnością okazały wiewiór z tak puszystą kitą, że ho, ho, a może nawet ho, ho, ho.
Konstruktor "gaydara" wyjaśnił z przepraszającym uśmiechem, że cały problem wziął się z niedokładnego wyregulowania aparatu i wystarczy tę regulację zmodyfikować, a będzie działać jak trzeba. Jeśli więc w waszym mieście psy nagle wezmą się za kierowanie autobusami, wszystkie windy staną między piętrami, a kanarki zaczną pożerać befsztyki z waszych lodówek, to się nie przejmujcie. To naprawdę drobiazg. To tylko koledzy Davida Elliotta testują kolejne częstotliwości "gaydara". Postęp wprawdzie nie zna granic, ale natura zdaje się zna granice postępu.

Więcej możesz przeczytać w 24/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0