Mecenat z metryką

Mecenat z metryką

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z BEATĄ TYSZKIEWICZ
Wiesław Kot: - W Polsce za twórczość uznaje się na przykład pani działalność artystyczną; nie zadomowiło się jeszcze w naszym myśleniu pojęcie twórczości gospodarczej czy finansowej. Nagroda Fundacji Kultury dla Jerzego Giedroycia, ufundowana przez BIG Bank Gdański SA, jest próbą nawiązania współpracy między tymi dwiema sferami aktywności.
Beata Tyszkiewicz: - Jerzy Giedroyc jest postacią, która formatem i zasługami wykracza poza nasze krajowe życie polityczne i kulturalne, uhonorowanie go jest zatem więcej niż uzasadnione. Zaznaczyłam wyraźnie w rozmowie z panem Giedroyciem, że pożytki z przyznania takiej nagrody są dwustronne: BIG Bank Gdański poczytuje sobie za zaszczyt możliwość zostania fundatorem nagrody dla postaci tej klasy. Ważne jest jednak również to, że twórca "Kultury", ciągle zainteresowany naszą polityką wschodnią, zaproponował przyznanie funduszy Fundacji Pogranicze w Sejnach, prowadzonej przez Małgorzatę i Krzysztofa Czyżewskich. Doceniam rolę BIG Banku Gdańskiego SA nie tylko jako fundatora najwyższej nagrody w dziedzinie kultury za to, że z własnej inicjatywy zaproponował, iż dołoży 10 tys. zł, by laureat mógł uhonorować wartościowy jego zdaniem debiut.
- To pozwoliło państwu uniknąć impasu, w jaki popadło ostatnimi czasy wiele nagród premiujących życie kulturalne: wyróżniani są wiekowi i jak najbardziej zasłużeni laureaci, bo w latach PRL byli pomijani i szykanowani. A dla młodych i dobrze rokujących nie starcza już zainteresowania. Naj- bogatsi inwestują pieniądze w sprawdzone nazwiska.
- Od tej reguły są wyjątki. Poważnych inicjatyw wspierających kulturę można się spodziewać ze strony polskich filii wielkich światowych koncernów. Renault Polska sponsorowała niedawno przesłuchania uzdolnionej artystycznie młodzieży, ufundowała wysokie stypendia, a nawet umożliwiła im nagranie płyty. Doświadczenie pokazuje jednak, że pieniędzmi chętnie dzielą się firmy rodzime, które mają stosunkowo mało pieniędzy. Tyle że trzeba mieć pomysł gwarantujący, iż zainwestowane pieniądze "zrewanżują" się firmie.
- Dobre pieniądze za kulturalny "towar" wysokiej jakości. Czy nasze środowiska artystyczne mają świadomość, że sponsora trzeba sobą zainteresować? Czy trwają w nawyku stania z wyciągniętą ręką, bo tego nauczył je poprzedni państwowy mecenas?
- Środowisko filmowe, choć bardzo podzielone, sprawdza się raczej w akcjach charytatywnych, na przykład zbierając fundusze na Dom Aktora w Skolimowie. Gorzej wychodzi nam jednak tworzenie silnego lobby, które wiązałoby biznes z potrzebami kultury. Owszem, wielu kolegów uczestniczy między innymi w akcjach Jurka Owsiaka, zbierającego fundusze na aparaturę szpitalną dla chorych dzieci, ale - przy całym szacunku dla tego typu wysiłków - jest to wyręczanie państwa, które na ten cel pobiera od nas słone podatki. Następnie będziemy się pewnie składać na drabiny dla strażaków i autobusy miejskie. Tymczasem my swoją twarzą i nazwiskiem powinniśmy wspierać inicjatywy budujące kulturę, w tej chwili na przykład odbudowę Biblioteki Polskiej w Paryżu.
- Środowisko broni się zarówno przed spadkiem autorytetu, jak i utratą stabilizacji materialnej, którą na jako takim poziomie gwarantował poprzedni ustrój.
- Niewielu z nas potrafi utrzymać niezależność, czyli wyznaczyć sobie granicę, do której zajmuje się zarabianiem pieniędzy, a potem mówi "stop" i zaczyna uprawiać sztukę. Tyle że właśnie teraz nadszedł czas, kiedy uczymy się wypośrodkowywać między tymi dwiema formami aktywności. Jerzemu Hoffmanowi zbieranie pieniędzy na "Ogniem i mieczem" zajęło dziesięć lat pełnych stresów, ale potem okazało się, że całe przedsięwzięcie przyniosło zyski wszystkim zaangażowanym. Właśnie to uważam za bardzo zdrową sytuację.
- Tymczasem polski film zamiast pertraktować z bankami, a zatem dbać o produkcje na wysokim poziomie, gwarantujące zwrot wkładów, szuka pieniędzy na skróty, za pieniądze pakując w kadr tzw. grające rekwizyty. Jak pani ocenia ten proceder?
- Tu nie spieszyłabym się z krytyką. Jeśli ogląda pan amerykański film, nie robi na panu szczególnego wrażenia fakt, iż jego bohaterowie piją "Johny Walkera". Natomiast jeżeli bohater polskiego filmu nalewa sobie wódkę, a na butelce widać czytelną nalepkę, natychmiast podnosi się larum. Kiedy w telewizji prowadziłam program opowiadający o zawartości damskich torebek, nie pozwolono mi powiedzieć, jakiej marki szminkę miałam w środku ani kto jest producentem magnetofonu, który nosiłam z sobą. W Polsce wytworzył się fałszywy obraz tzw. krypto- reklamy. Wiele bogatych firm chętnie wyłożyłoby pieniądze na odnowę skrajnie zniszczonych zabytków, byle na czas remontu pozwolono im umieścić na elewacji własne logo. Również państwowy dysponent dóbr kultury chętnie wziąłby od firmy pieniądze, ale umieszczenie za tę cenę wizerunku kufla piwa z odnośną marką na folii, która chroni elewację podczas remontu, uważa za niegodne. Bardzo jesteśmy wymagający.

Więcej możesz przeczytać w 24/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0