Okolice podwórka

Okolice podwórka

Dodano:   /  Zmieniono: 
Film dokumentalny pokazany na krakowskich festiwalach - XXXVI Międzynarodowym i XXXII Ogólnopolskim Festiwalu Filmów Dokumentalnych i Krótkometrażowych - nie opuszcza utartych kolein
Do sekwencji więziennych, penetracji marginesu społecznego dołącza problematyka telewizji i supermarketu.

Jurorów najbardziej przekonały jednak obrazy drastycznej nędzy sfilmowane przez Pawła Łozińskiego (syn Marcela) na warszawskim Powiślu.Pan Wiesio, rencista mieszkający w małym pokoju i dorabiający zbieraniem odpadków wyrzucanych przez bogatych mieszkańców Powiśla, to bohater "Takiej historii", nagrodzonej na międzynarodowym festiwalu Srebrnym Smokiem. W tych wędrówkach i w życiu upływającym na podwórku towarzyszy mu z kamerą od wiosny do zimy tego samego roku realizator Paweł Łoziński. - Chciałem, żeby sfilmowane przeze mnie sytuacje były takie same jak w rzeczywistości i dlatego zrezygnowałem z ekipy filmowej i sam kręciłem wszystkie sceny - mówi Łoziński.
Wiesio jednocześnie śmieszy, wzrusza i skłania do refleksji, nawet o zakroju filozoficznym. Ma też swoją miłość - Anię. "Przejął" ją - jak to określił - po śmierci kolegi, który wypił za dużo "wynalazków". W tym świecie drastycznie ubogim w dobra materialne dla kontrastu kiełkuje wiele miłości. Ania opiekująca się Wiesiem troskliwie myje wybrańca, pomaga mu się ubierać. Reżyser towarzyszący parze często z ekranu zadaje pytania, głównie dyktowane okazją, rzucane od niechcenia. Kiedy przed świętami pada pytanie o rodzinę, Wiesio odpowiada schematycznie: "Wie pan, z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu". Po chwili jednak odkrywa swój żal, tęsknotę za rodziną i dziećmi. "Mają telefony i samochody, ale zapomnieli adresu i drogi" - ubolewa Wiesio. Dalsze podróże pary mają za cel "pewex" - tak nazywają lokalne śmietniska, skąd udaje się niekiedy przynieść do domu "całkiem jeszcze dobry dywan". Za pośrednictwem Wiesia poznajemy kolejnych sąsiadów Łozińskiego z kamienicy na Powiślu. Jednym z nich jest przedwojenny fryzjer Szymański. Postać z pozoru komiczna, żyjąca głównie wspomnieniami. Kiedy przycina włosy Wiesiowi, jego opowieści o czesaniu "ważnych", w tym "samej ĺwiklińskiej", wywołują śmiech na widowni. Wzruszająca jest jednak pamięć odsuniętego na margines bohatera o jego zmarłej żonie. Łoziński towarzyszy mu przy jej nagrobku. Wychodząc z cmentarza, Szymański żegna się z żoną, machając w kierunku jej grobu ręką: "Do widzenia, spotkamy się u Bozi". Śmiech na widowni milknie, kiedy fryzjer umiera, a Wiesio zaczyna się czuć tak źle, że w końcu trafia do szpitala. - Uważam, że im prościej da się coś pokazać, tym lepiej - twierdzi Paweł Łoziński.


Krótkie formy filmowe najczęściej koncentrują się na metaforycznym zapisie kluczowych momentów egzystencji

Podobna w klimacie jest też kilkuminutowa opowieść o siostrach mieszkających na parterze tej samej kamienicy. Akcja filmu rozgrywa się na podwórku, gdzie na ławeczce wypoczywają siostry. Zbliżenia pokazują głównie starość i brzydotę, czyli te cechy, które codzienny, "telewizyjny" ogląd świata skazuje na zapomnienie. - Moi bohaterowie wegetują w straszliwej samotności - podkreśla Paweł Łoziński. Mają jednak dystans, nie wstydzą się jej, choć nie demonstrują swego położenia z ostentacją, która pozwalałaby posądzać ich o domaganie się gestów litości. Bohaterowie "Takiej historii" obejrzeli gotowy film po montażu i nie zgłaszali do niego zastrzeżeń.
Inaczej było w wypadku filmu Siergieja Dworcewoja "Dzień chleba", który w konkursie międzynarodowym zdobył nagrodę Złotego Smoka. Jeden z jurorów festiwalu Thomas Stenderup odciął się od werdyktu i stwierdził, że reżyser przekroczył granice etyki. - Dworcewoj pokazał ludzi, którzy protestowali przeciw filmowaniu ich - twierdzi Thomas Stenderup i trudno nie przyznać mu racji, dwukrotnie bowiem w czasie filmu jeden z jego bohaterów żąda wyłączenia kamery. - O wsi koło Petersburga, gdzie chleb dostarczany jest raz w tygodniu specjalnym wagonem, dowiedziałem się przez przypadek, oglądając telewizję - mówi Siergiej Dworcewoj. - Była to dla mnie sytuacja niewiarygodna, ale i kusząca jako metafora życia.
W każdy wtorek do wsi położonej 80 km od Petersburga przyjeżdża wagon z chlebem. By dostarczyć go do sklepu, mieszkańcy wspólnymi siłami muszą jeszcze przepchnąć wagon na boczny tor. Holowanie go to właściwie jedyna czynność, przy której potrafią się skupić wokół jednej idei. Kiedy chleba brakuje, zaczynają się kłótnie i wyzwiska. Rażące widzów drastyczne sceny kłótni są we wsi powszechnie akceptowanym zwyczajem. Poza tym banał z udziałem zwierząt podwórkowych. - W ten sposób reżyser, zamiast opisywać, kreuje: rzeczywistość jest przez niego narzucona - komentuje Thomas Stenderup. - Ten film mówi o tajemnicach życia, jakich nie sposób do końca wytłumaczyć. Przecież nie chodziło tu o pokazanie biednej rosyjskiej wsi, bo każdy kraj ma taki swój wagon z chlebem, który trzeba pchać przez życie - tłumaczy Dworcewoj.
Wprawdzie krótkie formy najczęściej koncentrowały się na metaforycznym zapisie kluczowych momentów egzystencji (śmierć, cierpienie, miłość), ale można było też obejrzeć obrazy o charakterze interwencyjnym, w tym modne rozprawy z wszechwładzą telewizji i Internetu.
W kanadyjskiej produkcji Jennifer Kierans "Telewizja kablowa rodziny Rogersów" obejrzeliśmy familię, która dobrowolnie poddaje się telewizyjnej tyranii. Obserwacje dokumentalistów nie ominęły też rodzącej się na naszych oczach obyczajowości - "filozofii hipermarketów". Menedżerowie z Shopylandu w poszukiwaniu kolejnych możliwości zwiększenia sprzedaży wpadają na szalony pomysł promocyjny. Wybory Pary 1996 mają się zakończyć prawdziwym ślubem w hipermarkecie, w którym na czas ceremonii przygotowana zostaje specjalna scenografia imitująca kościół. To nie jest, niestety, wytwór wyobraźni reżysera, lecz autentyczne wydarzenie, odzwierciedlające rzeczywistość końca XX wieku. Autorka Jeanne Berthoud o pomyśle ślubu w hipermarkecie dowiedziała się z lokalnej gazety i uchwyciła w obiektywie prawdziwą historię, która nosi wszelkie znamiona tandetnej fikcji z kolorowego magazynu.
Jak co roku na festiwalu nie mogło zabraknąć tematyki więziennej, która filmowcom wydaje się szczególnie przydatna w ukazywaniu prawd ostatecznych. Poza tym kamera zapisywała anomalie. Dyplomem wyróżniono holenderski reportaż "Dwóch ojców" o parze homoseksualistów, którzy zaadoptowali kilkoro dzieci. Widzów zaskoczyło to, że na festiwalu pojawili się główni bohaterowie reportażu: "tata Aad" i "tata Ron". Towarzyszyły im zaadoptowane dzieci, które beztrosko biegały wśród uczestników festiwalu. Wygłoszono sporo krytycznych ocen pod adresem telewizji, która spycha film dokumentalny na porę najniższej oglądalności. Jurorzy zwracali też uwagę, że znacznie zwiększyła się standardowa długość filmu (teraz wynosi 55 minut). Prowadzi to do tolerowania dłużyzn i powtórek, które niepotrzebnie męczą widza. Taka długość filmu wynika też z zapotrzebowania telewizji. Jeżeli obraz trwa 50 minut, telewizja uzupełnia go pięciominutową serią reklamówek, uzyskując w ten sposób zapełnienie równej godziny czasu antenowego. - Czas nie jest taki ważny, najistotniejsze jest to, by film wciągał - twierdzi Ryszard Horowitz. Niestety, w wypadku wielu polskich produkcji widać było, że autorzy nie są w stanie zagospodarować tego czasu w sposób zajmujący. Zdarzały się filmy, gdzie przeciętny pomysł realizowany był w nudnych, zbyt długich ujęciach. Może jednak warto, tak jak uczynił to Paweł Łoziński, zacząć od własnego podwórka.

Więcej możesz przeczytać w 24/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0