Sztuka prowokacji

Sztuka prowokacji

Dodano:   /  Zmieniono: 
Prace Katarzyny Kozyry nawiązują dialog ze sztuką dawną, śledzą kulturowe toposy i obalają mity
Jeszcze nie umilkła dyskusja wokół plakatów z reprodukcją "Więzów krwi" Katarzyny Kozyry, umieszczonych przez poznańską Galerię Zewnętrzną AMS na kilkuset billboardach w największych miastach Polski (po dwóch dniach podsycanych przez media protestów ocenzurowano je, zaklejając częściowo arkuszami papieru), a już zbliża się kolejna burza. 12 czerwca otwarta zostanie dla publiczności jedna z najpoważniejszych międzynarodowych imprez poświęconych sztuce, czyli 48. Biennale di Venezia, na którym Polskę reprezentować będzie właśnie Katarzyna Kozyra. Artystka wykreowana na najbardziej kontrowersyjną postać naszej współczesnej sceny plastycznej pokaże swą najnowszą realizację zatytułowaną "Męska łaźnia".
Praca jest rozwinięciem "Łaźni" z 1997 r. - filmu wideo nakręconego w jednym ze słynnych budapeszteńskich kąpielisk; oko kamery podgląda toaletę nie świadomych tego kobiet. Tym razem publiczność polskiego pawilonu w Wenecji zobaczy na monitorach i telebimach męską część bywalców łaźni. Nowy projekt jest tylko z pozoru prostą kontynuacją poprzedniego. Chcąc umieścić w łaźni kamerę, artystka z pomocą zawodowej charakteryzatorki dokleiła sobie sztucznego penisa, wąsy oraz włosy na nogach i klatce piersiowej. Proces jej metamorfozy został sfilmowany i stał się częścią realizacji, będzie go można obejrzeć na jednym z monitorów. Trudno sobie wyobrazić, aby obeszło się bez skandalu. Dyskusja - jak zwykle - nawet nie dotknie artystycznych wartości pracy (a tych produkcjom Kozyry trudno odmówić). Zapewne nie padną poważne pytania o sens sztuki, miejsce artysty w społeczeństwie, jego prawo do obalania norm i przekraczania wyznaczonych przez kulturę granic. Należy się raczej spodziewać, że obrażone zostaną czyjeś uczucia i naruszone dobra osobiste. W atmosferze skandalu, wśród oskarżeń o prowokację nikt nie zwróci uwagi na istotę dzieła, nie zechce się zastanowić nad jego radykalnością.
Kozyra stała się znana jako autorka czterech realizacji. Kontrowersje wywołała jej praca dyplomowa, przygotowana w uchodzącej za "kuźnię talentów" pracowni prof. Grzegorza Kowalskiego i obroniona w warszawskiej ASP w 1993 r. "Piramida zwierząt" składała się ze spreparowanych konia, psa, kota i koguta, ustawionych jedno na drugim, jak w znanym pomniku "Muzykanci z Bremy". Powstał estetyczny obiekt odwołujący się do motywów zadomowionych w europejskiej kulturze, nawiązujący do znanej bajki braci Grimm. Charakterem rzeźba nie różni się znacząco od tego, co znamy z pracowni biologicznych i muzeów przyrodniczych. A jednak szokuje, oburza, obraża. Do galerii w Gdańsku, gdzie pokazywano pracę Kozyry, wkroczyła policja, ekolodzy zorganizowali pikietę, Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami zawiadomiło prokuraturę. Dlaczego więc nikt nie oskarża muzeów przyrodniczych, gdzie gromadzone są setki wypchanych eksponatów? Czyżby Kozyra poruszyła sumienia, którym każemy milczeć, by codzienność stała się bardziej znośna.
W 1995 r. w Zamku Ujazdowskim pokazano po raz pierwszy "Więzy krwi", które - o czym zapomniano w toku dyskusji o billboardach Galerii Zewnętrznej - powstały w 1993 r. i pierwotnie odnosiły się do wojny w Bośni. Rok później także w Zamku Ujazdowskim odbyła się pierwsza indywidualna wystawa prac Kozyry. Na wielkich kolorowych fotografiach autoportret artystki upozowany został na klasyczny akt kobiecy, tyle że wychudzone ciało modelki nosi znamiona nieuleczalnej choroby. Pierwsze zdjęcie wyraźnie nawiązuje do słynnego obrazu "Olimpia" Édouarda Maneta - łóżko zasłane luksusową pościelą, w jego nogach kot, obok kobieta z bukietem kwiatów. Na drugim sceneria odbiega od znanych ujęć tematu: artystka sfotografowała się na szpitalnej kozetce, w jej dłoń wkłuto igłę podłączoną do kroplówki, chorej asystuje pielęgniarka. Film wideo drobiazgowo dokumentuje zabiegi medyczne, którym poddawana jest młoda kobieta.
Podobnie jak "Piramida zwierząt" i "Olimpia", także "Łaźnia" nawiązuje dialog ze sztuką dawną, śledzi kulturowe toposy i obala mity. Wśród kadrów z Budapesztu, ukazujących kobiety o ciałach zmienionych wiekiem, chorobą, czasem po prostu przeciętnych, pojawia się na moment "Łaźnia turecka" (1862 r.) Ingresa, który jak setki jego poprzedników malował kobiety piękne, młode, pociągające, odpowiadające pewnemu ideałowi, dodajmy - ideałowi stworzonemu przez mężczyznę. Odaliski w tureckiej łaźni to klasyczne posągi o skórze gładkiej i napiętej, miłych kształtach, przybierające zmysłowe, nienaturalne pozy, pielęgnujące swą urodę dla męskiej przyjemności. Modelki Kozyry są prawdziwe, nie starają się podobać, w naturalny sposób traktują swoje ciała. Autorkę oskarżano o naigrawanie się z węgierskich kobiet i naruszenie dóbr osobistych bohaterek filmu. Nie mogło być inaczej!
Historia sztuki naszego kręgu kulturowego to ciągła walka tendencji idealistycznych i realizmu. Kierunki klasyczne - od greckiego antyku poczynając - stawiały przed artystką zadanie docere, permovere, delectare (uczyć, wzruszać i sprawiać przyjemność), warunkiem osiągnięcia tego ostatniego była oczywiście idealizacja rzeczywistości. Sztuka miała pokazywać świat nie takim, jakim jest, lecz taki, jak być powinien: uporządkowany, moralny, piękny. Zdarzało się jednak, że artyści buntowali się przeciw zasadom, zazwyczaj narzucanym zresztą przez teoretyków, by w imię prawdy mówić o świecie pełnym chaosu, gdzie zło miesza się z dobrem, a cierpienie, starość i śmierć są wpisane w ludzki los. Kozyra staje po stronie realistów. Jej prace muszą być więc odrzucane, bo to, o czym mówią - okrucieństwo religijnych konfliktów i naszego stosunku do zwierząt, choroba i śmierć, starzenie się ciała, fałsz dawnej sztuki i reklamowych spotów wykorzystujących kult wiecznie młodego ciała - to sprawy, o których wolimy nie pamiętać. Forma jej prac - bezpośrednia, dlatego odbierana jako drastyczna - nie ułatwia przełknięcia gorzkich treści.
Już wcześniejsze prace Kozyry, zwłaszcza "Olimpia" i "Łaźnia", burzyły pewien porządek, polemizując ze sztuką, której twórcami i odbiorcami byli mężczyźni. Artystka rzuciła wyzwanie męskiej wizji kobiecości, ujawniając publicznie prawdę, niszcząc piedestał, wlewając życie w ciało naznaczone śmiercią. Teraz posuwa się dalej, odwraca role. Kobieta wkracza do świata mężczyzn, podgląda ich obiektywem swojej kamery, czyni przedmiotem swych dociekań. Czy nie zostanie to odebrane jak zamach na kulturę, której obowiązujące dziś normy etyczne i estetyczne stworzyli mężczyźni. Prawdziwa drastyczność tej pracy tkwi jednak w tym, na co odważyła się artystka, by osiągnąć swój cel. Tu chyba została przekroczona pewna granica, naruszono tabu - nie to związane z podglądaniem innej płci, lecz z zabiegiem dokonanym na własnym ciele.
Gdy wielki prowokator Marcel Duchamp umieścił na wystawie pisuar, nadając mu tytuł "Fontanna", zdawało się, że to koniec sztuki. Bo o ile wolność jest jej warunkiem, o tyle wolność absolutna oznaczać będzie jej koniec. Obalanie zastanego porządku, lekceważenie narzuconych reguł, przekraczanie granic - także tzw. dobrego smaku - wpisane jest jednak w dzieje sztuki bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie. Sztuka nie ma nic wspólnego z dobrymi manierami, jest czymś znacznie poważniejszym i tak też należy ją traktować. Niekiedy artyści za ciekawość tego, co skrywane i zakazane, za swobodę eksperymentowania, prawo do głośnego mówienia o tym, o czym inni milczą, płacą wysoką cenę odrzucenia, izolacji, niezrozumienia, usunięcia poza nawias społeczeństwa. Sztuka Kozyry nie jest hermetyczna, odwołuje się do zbiorowych emocji, jest bliska życia.
O ile reakcje publiczności na prace Kozyry i innych równie radykalnych w swych poczynaniach artystów są całkowicie naturalne i zrozumiałe, o tyle dziwi i niepokoi postawa mediów niezdolnych do rzeczowej dyskusji o sztuce, lecz z lubością moralizujących, schlebiających popularnym gustom i szukających sensacyjnych tematów. Wzbudzany przez nie szum informacyjny prowadzi do uproszczeń, uogólnień, zafałszowań. A mogłoby się wydawać, że prasa czy telewizja i artystyczny realizm, rozumiany szeroko nie jako maniera bezpośredniego odwzorowywania rzeczywistości, ale postawa podejmowania istotnych jej problemów, powinny mieć z sobą wiele wspólnego. W pewnym sensie zresztą to media właśnie, zwłaszcza film i telewizja, której bodaj najbardziej pożądanym tematem jest śmierć relacjonowana na żywo, są odpowiedzialne za brutalizację języka sztuki, wymuszają wzmacnianie środków przekazu. Otwarte pozostaje pytanie - dlaczego wizja współczesności relacjonowana językiem "Wiadomości" czy "Panoramy" jest całkowicie społecznie akceptowana, podczas gdy te same prawdy opowiadane językiem sztuki gorszą i oburzają? Dlatego telewizyjnych programów informacyjnych nikt nie określa mianem prowokacji i nie widzi w nich zamachu na rudymenta europejskiej kultury. Od postawy mediów, odwołującej się do stereotypowych wyobrażeń o sztuce i zainteresowania nią jedynie w aurze skandalu, gorsza byłaby tylko ich obojętność. Czekajmy więc cierpliwie na dalsze komentarze.

Więcej możesz przeczytać w 24/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0