Kodeks internetowy

Kodeks internetowy

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Niewykluczone, że podłączone do Internetu komputery wkrótce będą musiały mieć swoje "tablice rejestracyjne"
Internet tworzy społeczeństwo nowego wymiaru - społeczeństwo wirtualne. Funkcjonuje ono w świecie bez granic i regulacji prawnych, w którym - co najważniejsze - większość obywateli jest (i czuje się) anonimowa. Ten stan stwarza idealne warunki do rozwoju niczym nie zmąconej demokracji oraz poczucia wolności i bezkarności. Ale po 50 latach od uchwalenia Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, gwarantującej m.in. możliwość swobodnego wyrażania poglądów, nie wszystkim owa wolność odpowiada.

Dowodzą tego wydarzenia w Chinach i Singapurze. Także kraje z imponującymi tradycjami demokracji, takie jak USA czy państwa wspólnej Europy, w celu powstrzymania ekspansji rasizmu i pornografii rozważają możliwość ograniczenia swobodnej wymiany informacji w Internecie. Za wprowadzeniem pewnych form kontroli informacji w sieci opowiada się ponad 90 proc. jej twórców i użytkowników. Takie próby już są podejmowane. Pół roku temu turecki nastolatek powędrował do więzienia za krytykowanie w Internecie policji. Także w Malezji trzech młodych ludzi, oskarżonych o "niepoprawne" wykorzystanie sieci, pożegnało się z wolnością. Władze Kanady rozważają objęcie Internetu istniejącym już zakazem upowszechniania nienawistnych wypowiedzi. Również w Unii Europejskiej pracuje się nad regulacjami nakładającymi na dostarczycieli Internetu obowiązek eliminowania z udostępnianych informacji "szkodliwych wypowiedzi", dotyczących na przykład promocji rasizmu.
Doraźnym i nieco chyba kontrowersyjnym rozwiązaniem jest też propozycja z Teksasu. Od połowy stycznia tamtejsi internauci mają dostęp do strony, na której mogą sprawdzić, czy w ich sąsiedztwie mieszka osoba skazana za przestępstwa na tle seksualnym. Wystarczy zapłacić równowartość ciastka i kawy (3,11 USD), a potem wpisać takie dane, jak kod pocztowy, nazwisko, płeć, rasa i data urodzenia. Stronę uruchomiła i utrzymuje MicroAssist ze stolicy Teksasu. Obecnie zawiera ona informacje prawie o 30 tys. przestępców seksualnych, przekazane m.in. przez policję i biuro szeryfa.
Podstawą do rozpowszechniania takich danych jest obowiązujące od 1994 r. prawo Morgana. Dzięki niemu przedstawiciele lokalnych władz mogą informować mieszkańców danego regionu o tym, czy w ich sąsiedztwie mieszkał skazany za przestępstwa na tle seksualnym. Powstanie tych przepisów wiąże się z tragedią siedmioletniej Megan Kanka, zgwałconej i zamordowanej przed pięcioma laty przez mężczyznę wielokrotnie karanego za przestępstwa na tle seksualnym (mieszkał naprzeciw domu dziewczynki). Recydywista trafił do więzienia, a jego dane upubliczniono w Internecie, co wywołało burzę sprzeciwów. Dwa lata później sąd orzekł, że w tym wypadku (publikacja w sieci danych personalnych kryminalistów) nie doszło do podwójnego ukarania za to samo przestępstwo.
Internet staje się nadzwyczaj oryginalnym narzędziem walki z przestępstwami seksualnymi - paradoksalnie również poprzez ułatwienie pedofilom wymiany nielegalnych materiałów. Umożliwia on bowiem identyfikację tego typu ludzi i przyczynia się do stawiania ich przed sądem. Co ciekawsze, dzięki Internetowi aresztowania obejmują zazwyczaj duże grupy pedofilów, którzy kontaktują się z sobą za pośrednictwem sieci. W ten sposób zdołano na przykład wpaść na trop pewnego mieszkańca Auckland w Nowej Zelandii, rozpowszechniającego dziecięcą pornografię. Policji udało się też zidentyfikować jego "znajomych" z odległych krańców świata: Anglii, Holandii, Francji, Niemiec, Kanady i państw Bliskiego Wschodu, a to dzięki kontroli elektronicznej korespondencji Nowozelandczyka.
Za początek przełomu w walce z dziecięcą pornografią można by uznać rok 1998. Usankcjonowano wówczas przepisy związane z tego typu przestępczością. W październiku Kongres USA zatwierdził Children?s Online Privacy Protection Act ("Akt ochrony przed dziecięcą pornografią online"), który uregulował zasady internetowych działań marketingowych adresowanych do dzieci. Prawo żąda od operatorów komercyjnych stron w sieci, by zamieszczali przejrzyste dane na temat udostępnianych informacji oraz by posiadali zgodę rodziców na gromadzenie informacji o ich dzieciach poniżej trzynastego roku życia. Osobom, które nie podporządkują się tym przepisom, miałaby grozić kara do sześciu miesięcy więzienia lub grzywna w wysokości 50 tys. USD. Los tych przepisów nie jest jeszcze przesądzony. Z formalnym sprzeciwem wobec ich wprowadzenia w życie wystąpiło bowiem siedemnaście grup biznesowych.
O wzroście zainteresowania prawem w Internecie świadczy m.in. wzrost liczby stron poświęconych tej tematyce - o ile dwa lata temu było ich zaledwie 75, o tyle teraz jest ich niemal 400. Ważnym wydarzeniem w zakresie prawa w sieci było podpisanie Digital Millenium Copyright Act. Dokument ten może jednak - zdaniem ekspertów - przynieść więcej kłopotów niż korzyści. Umożliwia on bowiem właścicielom praw autorskich elektroniczne blokowanie objętego nimi materiału, nawet jeśli jest on rozpowszechniany zgodnie z prawem.
Na Starym Kontynencie godna wyróżnienia jest natomiast dyrektywa Unii Europejskiej w zakresie ochrony danych osobowych. Co ważne, zabrania ona członkom wspólnoty udostępniania lub transferowania takich danych do państw, w których wymagania UE w tym zakresie nie są w pełni przestrzegane. Na "czarnej liście" znalazły się m.in. USA.
Właściciele pierwszych samochodów byli oburzeni, gdy zmuszono ich do rejestracji pojazdów. Zapewne traktowali ten obowiązek jako zamach na swą prywatność. Było to jednak konieczne przede wszystkim ze względu na bezpieczeństwo drogowe. Za pomocą tablic rejestracyjnych można bez problemów ustalić dane właściciela pojazdu. Dzięki temu w znacznym stopniu ograniczona została anonimowość i zwiększona odpowiedzialność uczestników ruchu drogowego. Być może wkrótce podobna zasada będzie obowiązywała internautów. Stanie się to pewnie podstawą do wprowadzenia regulacji prawnych, a w konsekwencji - ograniczenia przestępstw w sieci. Rozpoznanie użytkownika sieci miałyby umożliwiać identyfikatory internautów lub ich komputerów (na wzór tablic rejestracyjnych samochodów). Wydaje się, że pewną formą rozwiązania tego problemu jest pomysł Intela. Firma ta wprowadziła do każdego wyprodukowanego przez nią procesora Pentium III unikatowy (jak linie papilarne) numer identyfikacyjny. Może on być odczytany (przez Internet) bez zgody właściciela procesora. Owo jednoznaczne oznaczanie komputerów ma służyć doskonaleniu systemów zabezpieczeń elektronicznych transakcji i walce z piractwem komputerowym. Po kilku dniach od ogłoszenia pomysłu obrońcy prywatności w sieci rozpętali wokół Intela burzę sprzeciwów. Wydaje się, że mimo skali i form owych protestów (na przykład nawoływanie do bojkotu produktów Intela), "tablice rejestracyjne" w ruchu internetowym posłużą już wkrótce za podstawę do budowania prawa w sieci.

Więcej możesz przeczytać w 24/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 1