"Więcej niż Bóg"

"Więcej niż Bóg"

Dodano:   /  Zmieniono: 
W Sejmie klaskano 31 razy, wielokrotnie przerywając papieżowi po przecinku. W pewnym momencie zaczął się swego rodzaju wyścig - klaskać zaczyna ten, który pierwszy zrozumiał i najbardziej docenił
Nasi politycy znowu mnie zawstydzili. Gdy papież w swoim sejmowym wystąpieniu powiedział: "Hominum causa omne ius constitutum est", zacząłem panicznie grzebać w pamięci w poszukiwaniu reguł prawniczych, których uczono mnie na łacinie. Ale zanim się dogrzebałem, na sali rozległ się huragan braw. Klaskali wszyscy, od lewa do prawa i od wejścia do loży prasowej po lożę prezydencką, a przecież w Sejmie było tylko kilku profesorów prawa. Moje upokorzenie było jeszcze większe, gdy papież pochwalił zebranych za znajomość łaciny. Jeśli zniosłem ten cios, to chyba wyłącznie dlatego, że przez kilka poprzednich dni przyjąłem ich całkiem dużo od Bogusława Lindy, który każdego ranka kilka razy kierował w moją stronę palec i mówił (słusznie), że nic nie wiem o emeryturze.

W piątek rano w radiowym wywiadzie premier Buzek powiedział, że parlamentarzyści są nastawieni na słuchanie Ojca Świętego. Na pewno też. Też, bo można było odnieść wrażenie, że wielu było nastawionych głównie na klaskanie. Klaskano 31 razy, wielokrotnie przerywając papieżowi po przecinku. W pewnym momencie zaczął się swego rodzaju wyścig - klaskać zaczyna ten, który pierwszy zrozumiał i najbardziej docenił. Właściwie odbywały się dwa wyścigi w dwóch częściach sali, solidarnościowej i postkomunistycznej, bo wszyscy są u nas wprawdzie za społeczną i nie tylko społeczną nauką Kościoła, lecz w tej nauce prawie każdemu jedne akapity podobają się bardziej, a inne mniej. Czepiam się, rzecz jasna, bo cała uroczystość oczywiście dzięki Ojcu Świętemu, a także dzięki czującym doniosłość chwili politykom, była nie tylko wyjątkowa, ale i wzruszająca. I nie zepsuła tego wrażenia ani pewna posłanka, której ulubionym rekwizytem kiedyś była torebka, a teraz ostentacyjnie żuta guma, ani pewien koordynator, który po swojej odzieżowej demonstracji powinien przymusowo chodzić nie w swetrze, lecz we włosiennicy. Po wystąpieniu papieża politycy ochoczo interpretowali jego słowa. Mieli prawo. W końcu oni byli adresatami. Choć w zeszłym tygodniu najbardziej zaimponował mi profesor Geremek, który inteligentnie przymuszany przez Krzysztofa Skowrońskiego do komentowania słów Jana Pawła II, bronił się, mówiąc, że boi się zbanalizować jego przesłanie. Mniej strachliwy był, niestety, pewien minister, który w interpretacyjnym rozmachu mówił, że "wystąpienia trzech panów" (to znaczy papieża, prymasa i prezydenta) były komplementarne (tak powiedział). Nic nie pomogły jego przeprosiny za kolokwializm. Pewien minister (inny) towarzyszący w zeszłym tygodniu wizytującej Berlin szalenie ważnej osobistości, mówił mi, że goście - mimo kindersztuby - komentując wizytę papieża w Polsce, pozwalali sobie na złośliwości, że z tą demonstracyjną religijnością, przypominającą im trochę talibów, Polacy chyba przesadzają. My wiemy, że uwielbienie dla papieża jest absolutnie autentyczne, czy jednak sami do końca rozumiemy jego przyczyny? Jasne, że głowa Kościoła, że następca Świętego Piotra, że wielki autorytet moralny, sławny Polak, ktoś, kto pomógł obalić komunizm, kto jest dobry i kto nas kocha. Ale czy tylko? Pewna starsza pani wypowiadająca się w telewizji w uniesieniu powiedziała odrobinę świętokradczo, że papież to dla niej "więcej niż Bóg". A może tajemnica leży w słowach, które ludzie wypisują na transparentach: Ojcze, Tato, Tatusiu, zostań z nami. Ojciec kocha wszystkie dzieci, ale czy wszystkie jednakowo lubi? A może jednych lubi, a drugich... lubi jeszcze bardziej. Nie ma co się zastanawiać, czy rację mają Marco Politi i agencja AFP, gdy piszą, że Jan Paweł II nie lubi prezydenta Kwaśniewskiego, którego uważa za komunistycznego aparatczyka. Lepiej się zastanowić nad tymi, których papież lubi jeszcze bardziej. Może konkretnym wskazaniem, co papież ma na myśli, gdy mówi o potrzebie pojednania i szukania tego, co łączy, jest wręcz czułość, z jaką przywitał się z Tadeuszem Mazowieckim, i serdeczność, jaką okazał Wiesławowi Chrzanowskiemu. To było chyba coś więcej niż radość ze spotkania ze starymi znajomymi. Uważamy papieża za ojca, ale nie wynika z tego, że powinniśmy być traktowani jak dzieci, tym bardziej że on sam traktuje nas jak dorosłych. Prohibicja w miejscach, które odwiedza Jan Paweł II, od razu wydawała mi się idiotyzmem, a praktyka udowodniła, że w istocie jest idiotyczna. W wielu sklepach przez głośniki informowano o prohibicji, traktując to - i słusznie - jako reklamę, bo tłumy od razu ustawiały się w kolejce po wódkę. Nie będą sprzedawać, znaczy trzeba kupić na zapas. Czy prohibicja wymierzona jest przeciwko normalnym ludziom, którym jedno piwo nic złego nie robi, czy przeciwko wałęsaniu się po mieście pijaczków, którzy nawet w stanie nieważkości znajdą drogę do najbliższej meliny? Oczywiście, że przeciw tym pierwszym. Tak to przebojem tygodnia stało się w pubach piwo "Pilsner" o zawartości alkoholu 4,4 proc. Można wypić dziesięć takich pilznerów i stracić kontakt z rzeczywistością, w najmniejszym stopniu nie wchodząc w kolizję z chwilowym zakazem. Z tą prohibicją jest trochę jak z demonstracyjnymi oklaskami. Nic strasznego, ot zbędna gorliwość. A że warto nie pić, a wystąpienie w Sejmie zasługiwało na oklaski i nie tylko, to już zupełnie inna sprawa.
Więcej możesz przeczytać w 25/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0