Perły do lamusa

Perły do lamusa

Telewizja przemieszcza się na nowe miejsce wśród środków masowego komunikowania: przestała być najbardziej zaskakującym medium Sentymentalna stara telewizja
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, film "Miasteczko Pleasantville" opowiada o telewizji w tonie sentymentalnym, choć w zamierzeniu miał być satyrą...
Zygmunt Kałużyński: - Ta satyra ma jednak znaczenie, bo film jest krytyką minionego stylu telewizyjnego i pod tym względem to nowość. Kino oczywiście nie cierpi, nienawidzi telewizji i szydzi z niej. Mieliśmy już pozycje pod tym względem bardzo silne, np. "Sieć", gdzie telewizja doprowadzała nieomal do zbrodni, albo "Truman Show", gdzie obserwowaliśmy, jak telewizja stwarza oszustwo łamiące życie ludzkie.
TR: - Tymczasem w "Miasteczku Pleasantville" telewizja jawi się jako kraina na poły baśniowa; trochę dziwaczna, ale w gruncie rzeczy nieszkodliwa. Bohaterom filmu nie przysparza większych kłopotów. Odwrotnie - dzięki niej przeżywają przygodę. Założenie trochę przypomina "Purpurową różę z Kairu" Woody?ego Allena, gdzie postać z filmu przechodziła do rzeczywistości. Tymczasem bohaterowie "Miasteczka", dwoje młodych ludzi, zostają przeniesieni do świata telenoweli z lat 50. Kojarzy mi się to także z "Powrotem do przyszłości", tyle że tam chodziło o przeniesienie w czasie do życia realnego, a tu trafiamy do życia fikcyjnego.
ZK: - Tylko że brakiem intelektualnym "Purpurowej róży z Kairu" było to, iż bohater - amant filmowy - nie mógł się odnaleźć w życiu współczesnym, co było doraźną, powierzchowną i jednostronną krytyką starego kina, w dodatku z takim wnioskiem, że mimo całej swojej sztuczności, podnosił on na duchu ową dziewczynę, która marzyła o kontakcie z nim. Tymczasem tu mamy sytuację odwrotną: współcześni, którzy wtargnęli do serialu z lat 50., kompromitują go, wywracają do góry nogami, ze współczesnego punktu widzenia ośmieszają minioną epokę telewizyjną.
TR: - Mam jednak wątpliwość, czy na pewno słusznie wiążemy owo naśmiewanie się z telenoweli z czasem i minioną epoką. Odnoszę wrażenie, że dzisiejsze telenowele i seriale familijne niewiele się różnią od tych z lat 50., poza techniką wykorzystywaną do ich produkcji. Zresztą telenowela to specyficzny gatunek telewizyjny, który rządzi się żelaznymi zasadami i w nim wiele się zmienić nie może. Ten film, moim zdaniem, nie tyle naśmiewa się z minionej epoki w historii telewizji, ile z pewnej cechy telewizji, która jest stała. Natomiast to, że czyni to na przykładzie z historii, świadczy o czymś zupełnie innym. Wydaje mi się, że zaczynamy już patrzeć na telewizję jak na coś historycznego, na coś, co było, a nie jest. Być może w ten sposób twórcy filmu - świadomie czy podświadomie - wyrażają swoje przeświadczenie, że czas telewizji dobiega końca.
ZK: - Otóż, panie Tomaszu, dla mnie najbardziej oryginalne jest to, co pan przed chwilą określił jako rozrachunek przeszłości telewizyjnej w ramach samej telewizji. Czyli, że sam gatunek może się nie zmienił, telewizja stale ma podobny profil - nazwijmy go w uproszczeniu sentymentalnym - choć zdarzają się pewne odmiany obyczajowe. Na przykład nasi bohaterowie wprowadzają poprawkę, jeśli idzie o swobodę seksualną, której wówczas nie było, dlatego że tam młodzi ludzie wyłącznie patrzyli sobie w oczy, a dziewczyna z naszych czasów bierze się do aktywnego pieszczenia młodego koszykarza.
TR: - Ale w sumie są to zmiany raczej powierzchowne.
ZK: - Właśnie. To jest rewizja, lecz ciągle w ramach gatunku. Wie pan, że mnie, wychowanego jeszcze w starym trybie odbierania kultury, uderza pewna równoległość: moja edukacja polegała na tym, że myśmy musieli przetrawić przeszłość i odnieść się do niej. Nawet było takie powiedzenie, że trzeba nabrać kultury, a kultura to jest to, co nam zostaje, gdyśmy wszystko zapomnieli z tego, czegośmy się uczyli. Tylko że tego wszystkiego najpierw trzeba się było nauczyć. Każda z dziedzin, które dla nas miały wagę, miała przeszłość, do jakiej odnosiliśmy się z dzisiejszego punktu widzenia. Otóż dla mnie telewizja jest gatunkiem absolutnie nowoczesnym, zaskakującym, a tymczasem dowiaduję się, że ona też ma już przeszłość!
TR: - Owszem, istnieją rozmaite style telewizyjne, definicje, doświadczenia, no i skala porównawcza.
ZK: - Właśnie o to chodzi. Nagle się okazuje, że telewizja już ma swoje epoki i nawet swoje średniowiecze, do którego odnosimy się coraz bardziej krytycznie. Sztuka mająca zaledwie pół wieku przechodzi taką samą ewolucję jak wielkie kultury cywilizacji, liczące po dwa tysiące lat.
TR: - Tyle że robi to w przyspieszonym tempie, bo w ciągu 60 lat telewizja przeszła od epoki kamienia łupanego przez swoje średniowiecze, renesans i barok (przypadał on na lata 70.), aż po fin de siŻcle, który mamy teraz. Pojawiła się także świadomość tego, że telewizja z wolna przemieszcza się na nowe miejsce wśród środków masowego komunikowania: przestała być najmłodszym i najbardziej zaskakującym medium, tracąc tę pozycję na rzecz tzw. multimediów, czyli środków przekazu opierających się na komputerach (np. Internet). Są one szybsze, wszechstronniejsze i... zmieniają nasz stosunek do telewizji. Dobrotliwie wykpiona w "Miasteczku Pleasantville" telewizja prezentowała uproszczony, sztuczny, trochę śmieszny świat. Proponowała go widzom, a oni go akceptowali i przeżywali. Dziś taka postawa jest już anachroniczna, bo teraz trzeba być aktywnym, tak jak to pokazują bohaterowie naszego filmu. Nie są oni biernymi odbiorcami, lecz sami kształtują oglądaną przez siebie historię. To konsekwencja nawyków nabytych w świecie komputerów.
ZK: - Czyli ewolucja w kulturze polega na tym, że odbiorca ma coraz bardziej aktywną rolę. Za moich czasów decyzja, żeby samemu włączyć się w kulturę, polegała na tym, że się wybierało książkę do czytania. A teraz komputery! Okazuje się przy tym, że artyści pop-artu byli tu pionierami i prorokami nadchodzących czasów, co zresztą sztuki plastyczne zawsze wykonywały. Otóż pop-artowcy występujący w latach 50. i 60. byli bardzo źle przyjęci, ponieważ pokazywali na przykład kawałek reklamy, która i tak była na ulicy, albo wycinek z gazety, którą i tak każdy mógł mieć. Kiedy się ich czepiano, wymyślano im i pytano, co to ma znaczyć, mówili tak: nadszedł czas, kiedy każdy może z byle czego robić sztukę. Czyli oni już wtedy przewidywali ten proces, który dzisiaj dzięki komputerowi stał się powszechny!
Okładka tygodnika WPROST: 25/1999
Więcej możesz przeczytać w 25/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0