Targowisko próżności

Targowisko próżności

Dodano:   /  Zmieniono: 
Nie tylko u nas władza woli dołożyć biednemu i słabemu, a dla mocnych jest grzeczna
Migawki z bitwy robotników z Łucznika z policją przed Ministerstwem Obrony Narodowej. Młody chłopak chodzi sobie jakby nigdy nic. Nie ma już oka, ale jeszcze o tym nie wie. Krew obficie sączy się na koszulę. Dychawiczne armatki wodne siusiają, jakby miały podlać trawnik. Gdyby działały jak należy, niepotrzebne byłyby gumowe kule. Nie udała się ta akcja policji.

Zastanawiam się, od czego zależy sprawność i skuteczność policyjnych interwencji w zdarzeniach zbiorowych. Są przykłady dobre i złe. O pierwszych mówi się mało, drugie zaś powodują skutki, które - dzięki mediom - pozostają w społecznej pamięci przez dłuższy czas. Czy nasza policja musi używać przedpotopowych armatek wodnych, które za PRL jeszcze jakoś działały, ale teraz odmawiają posłuszeństwa i w porze letniej sprawiają demonstrantom tylko miły, chłodzący prysznic? Nie jestem fachowcem od tych spraw, ale wydaje mi się, że zachodnie armatki wodne działają lepiej. To przecież oczywiste, że strumień wody musi być na tyle silny, aby rozproszyć tłum i odebrać ludziom ochotę do ataku. A to, co widać było pod MON, mogło protestujących tylko rozjuszyć. Ogromny stalowy słoń sikał jak Maneken Pis. Żałosne to i niebezpieczne, bo w końcu trzeba było strzelać. Skutki widzieliśmy wszyscy.
Zostawmy jednak tę nieudaną akcję, bo dzisiaj właściwie miało być o skutecznym i wręcz popisowym działaniu sił porządku, niestety, równie żałosnym jak opisana wyżej fuszerka. Chodzi o przekazaną dość obszernie przez niektóre stacje telewizyjne akcję pod kryptonimem "Pobyt" na targowisku we Wrocławiu. Połączone siły policji, straży miejskiej i granicznej znienacka zaatakowały handlarzy. W sposób wysoce profesjonalny: wczesnym rankiem cichutko podjeżdżają pojazdy, poważne siły zbrojne otaczają targowisko. Nikt już się nie wymknie z zastawionej pułapki i można przystąpić do dzieła. A dzieło nie było zbyt szlachetne. Po prostu biednym ludziom zaczęto odbierać to, co chcieli sprzedać, a nasi dzielni rycerze wykazywali szczególną bezwzględność wobec przybyszów zza wschodniej granicy. Jakaś babina błaga po rosyjsku młodego funkcjonariusza, aby dał jej spokój. Żegna się co chwila prawosławnym znakiem krzyża, coś tłumaczy. Rycerz pozostaje nieugięty. Smutny młody człowiek mówi do kamery: "Mieszkamy 370 kilometrów za Moskwą, przyjechaliśmy tutaj, aby sprzedać pościel. U nas straszna bieda, nie ma z czego żyć. Dzisiaj widzimy, że niepotrzebnie tu jechaliśmy. Nie tak wyobrażaliśmy sobie Polskę". Zdobywcy targowiska z dumą pokazują kamerom telewizyjnym swoje trofea. Trochę kartonów papierosów, butelki z alkoholem, niektóre dziwne, plastikowe, jakby to była woda mineralna. Migają jeszcze twarze zrozpaczonych biedaków, będące tłem do butnego komentarza, że niektórzy z nich otrzymują zakaz wjazdu do Polski przez najbliższe pięć lat. Popierają to nasi rodzimi handlarze, przy okazji skarżąc się na wysokie podatki i inne koszty ponoszone z tytułu prowadzonej działalności.
Obserwując to wszystko, przypomniałem sobie, że jeszcze nie tak dawno w podobny sposób Niemcy wyrzucali Polaków z Berlina. Oczywiście, broniąc interesu niemieckiego państwa i miejscowych kupców. Nie wiem, czy do dzisiaj tak jest, bo w Berlinie byłem ze dwa lata temu i tylko przez kilka godzin. Zapamiętałem jednak charakterystyczną scenkę: tłum samochodów przed lotniskiem, wszyscy szukają miejsca do legalnego parkowania, masa policji i jeden samochód - czarny mercedes 600 albo 500 - zaparkowany bezczelnie w niedozwolonym miejscu. Opuszczają go dwie młode dziewczyny wyglądające na damy lekkich obyczajów i spokojnie idą na dworzec, rozmawiając głośno po rosyjsku. Zapewne przyjechały po kogoś - męża lub przyjaciela. Nikt z dzielnych niemieckich policjantów nie zwrócił im uwagi. Z wielką pilnością wypatrywali jakiegoś klienta w nędznym samochodzie, który szuka miejsca do parkowania. Niech no tylko na chwilę stanie tam, gdzie nie wolno! Zaraz będzie miał z nimi do czynienia!
Widać, że nie tylko u nas władza woli dołożyć biednemu i słabemu, a dla mocnych jest grzeczna. A jeśli chodzi o handlarzy - to zapomniał wół, jak cielęciem buł (był).
Więcej możesz przeczytać w 28/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0