Na tureckim kazaniu

Na tureckim kazaniu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Turcy mają się czego bać i nawet jeśli nie podoba się nam ich reakcja na własne lęki, można zrozumieć ich strach przed śmiercią demokracji - takiej, na jaką ich stać
Większość z Państwa dopiero pakuje walizki lub przymierza się do urlopu, a ja już jestem po, i to nie przez przypadek. Postanowiłem złapać oddech i rozprostować kości (o tyle, o ile można je rozprostować na desce windsurfingowej), jeszcze zanim nadejdzie lipiec, miesiąc, który w historii świata może być - według Michela Nostradamusa - miesiącem ostatnim. Mający lekką obsesję na punkcie Nostradamusa słynny projektant mody Paco Rabbane konkretyzuje jego przepowiednie i przewiduje, że już za kilka tygodni ważąca 40 ton stacja orbitalna Mir spadnie na Paryż, niszcząc go doszczętnie. Przed Mirem uciekłem do Turcji, gdzie - jak się okazało - wylądowały wielkie tłumy Rosjan. Ich przyjazd nie był aż takim zaskoczeniem jak pojawienie się rosyjskich wojsk na lotnisku w Pris?tinie, ale i tu - tak jak tam - Rosjanie przybyli w celach zupełnie pokojowych, czyli - jakkolwiek na to patrzeć - MIR. Na marginesie mała uwaga: oprócz królujących od jakiegoś czasu nad Morzem Śródziemnym uwłaszczonych kołchoźników, wyposażonych w złote zęby, nylonowe dresy, saszetki i telefony komórkowe, pojawiły się też liczne zastępy nimf północy - prawdziwych rosyjskich piękności, rozbudzających namiętności panów i wściekłość ich żon.
Przyznaję, że wybór miejsca na wakacje nie był szczęśliwy, zwłaszcza jeśli chciało się uciec od przewidywanych przez Nostradamusa kłopotów. Na naszym turnusie królowały Rosjanki, ale w całej Turcji mówiło się nie o kobietach, lecz o mężczyznach, konkretnie o jednym - przywódcy Kurdów Abdullahu Öcalanie. Gdy zgodnie z przewidywaniami skazano go w końcu na śmierć, gazety nie ukrywały entuzjazmu. "Sprawiedliwość", "Kat wysłany do kata" - to pierwsze z brzegu tytuły. Przez dwa tygodnie pracowicie przeprowadzałem wśród poznanych Turków wywiad środowiskowy w sprawie Öcalana i Kurdów. Wszyscy - od sprzedawcy dywanów po nauczyciela pływania na katamaranie - byli zgodni. Nie ma problemu Kurdów, jest jedynie problem ubóstwa ludności zamieszkującej południowo-wschodnią część kraju. Sprawa Öcalana zaś to z kolei "wyłącznie kwestia nieuchronnej kary, na którą zasłużył ktoś mordujący niewinnych ludzi i dążący do oderwania od Turcji jej kawałka". Toż to moralno-polityczna jedność narodu, o której na próżno marzyli nasi propagandziści w latach 70. - pomyślałem. Przeciętni ludzie w rozmowach przy barze mówią o polityce w kategoriach interesu państwa. Nawet jeśli się nie zgadzałem, słuchałem z podziwem, bo - umówmy się - nie jest to ta kategoria, którą posługujemy się w Polsce najczęściej. Większość Turków ma połączony z odrobiną lęku wielki szacunek dla państwa i przekonanie, że co jest dobre dla państwa, jest także dobre dla obywateli. Öcalan podniósł na to państwo rękę, w związku z czym - tu Turcy idą dalej niż kiedyś Cyrankiewicz - musi stracić głowę. Charakterystyczne jest to, że sam oskarżony w swoim pierwszym wystąpieniu w sądzie kilkadziesiąt razy użył słowa devlet (po turecku "państwo") i sugerował, że chce pomóc tureckiemu państwu - Türk devleti. Nieistotne, że linia obrony była do przejścia, istotne, iż przyjęto właśnie taką.
Öcalan nie jest jedynym ukaranym ostatnio zamachowcem na świeckie tureckie państwo. Wybranej do parlamentu niejakiej Merve Karvaci odmówiono złożenia przysięgi, bo chciała to uczynić w zasłaniającym część twarzy czadorze. Większość Turków wcale nie uznała tego, co jej uczyniono, za zamach na prawa człowieka. Odwrotnie - to, co zrobiła, uznano za zamach na świeckość państwa i próbę uczynienia z Turcji republiki islamskiej na kształt Iranu. Ze swojego punktu widzenia Turcy mają rację, choć nam może się wydawać, że przesadzają. Przecież u nas nikt by się za bardzo nie przejął, gdyby posłanka Nowina-Konopczyna składała przysięgę w czadorze.
Obywatelskie prawo pani Karvaci zostało złamane, podobnie jak łamane są prawa Kurdów, którzy w szkołach i w mediach nie mogą używać swego języka, często są aresztowani bez powodu, a nawet bez podania pretekstu. Czy łamanie praw człowieka w imię idei państwa jest choćby odrobinę mniej naganne niż w imię jakiejkolwiek innej racji? Nie, ale zbyt proste byłoby stawianie znaku równości między Jugosławią a Turcją i sugerowanie, że NATO powinno zrobić w Turcji to, co w Kosowie. Dlaczego? Oczywiście nie tylko dlatego, że Turcja należy do NATO (to też). Także nie dlatego, że Turcja jest jednak demokratycznym państwem, bo przecież demokracja potrafi być krwiożercza. Różnica polega na tym, że Partia Pracujących Kurdystanu terroryzuje zwykłych ludzi, a wśród 37 tys. zamordowanych przez nią w Turcji osób funkcjonariusze państwa nie stanowią wcale większości. A także na tym, że ograniczony sens ma porównywanie funkcjonującej w demokratycznej Europie Jugosławii do Turcji, której sąsiadami są: śmiertelny wróg - Grecja, trzymane za twarz przez dyktatorów Syria i Irak oraz rządzony przez islamistów Iran. Turcy mają się czego bać i nawet jeśli nie podoba się nam ich reakcja na własne lęki, można zrozumieć ich strach przed śmiercią demokracji - takiej, na jaką ich stać, w takim miejscu na ziemi, w jakim są. A że to wstrętny polityczny relatywizm - to prawda. W każdym razie turecki problem jest o wiele poważniejszy niż problemy Paryża z Nostradamusem, naszego turnusu z tłumem przybyszów ze stacji Mir, a nawet problemy żon z pięknymi Rosjankami.
Więcej możesz przeczytać w 28/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0