Poczta

Poczta

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kamień obrazy
Ktoś wpuszcza w Internet ohydne dowcipy o Żydach, ale czy to powód, by pisać artykuł ("Kamień obrazy", nr 25) na dwie strony i poruszać aż groby polskich żołnierzy pod Monte Cassino? A może tylko o to chodziło, by kij w mrowisko wsadzić? Te dowcipy to przecież anonim, na który mądry człowiek nie powinien zwracać uwagi. Walka z anonimami to walka z wiatrakami. Zadrażnienia i uprzedzenia wzajemne Żydów i Polaków są jednak faktem i o nich trzeba pisać bez przekłamań i wyolbrzymień, mówić całą prawdę od szkoły podstawowej poczynając, by nasza wiedza o sobie nawzajem i o nas na świecie nie kształtowała się na podstawie obrzydliwych dowcipów i wiadomości z drugiej ręki. Tylko stawianie spraw zgodnie z prawdą i bez podtekstów (szukania kija na siebie nawzajem) może rozładować napięcia i wyjaśnić, jak naprawdę było. To się należy również opinii światowej, która Polskę ciągle kojarzy z hitlerowskimi obozami zagłady i kominami krematoryjnymi.

ROMAN GRABOWSKI
Gdańsk
Gdańsk


Aleksander Klugman z Tel Awiwu doniósł o istnieniu w Internecie antyżydowskich dowcipów, po polsku pisanych i uwłaczających pamięci ofiar Holocaustu ("Kamień obrazy", nr 25). Autor dał wyraz swemu szlachetnemu oburzeniu, że majestat polskiego prawa zaniedbuje obowiązek ścigania dowcipnisiów internetowych, nie próbując ustalić ich danych i ociąga się z namierzeniem prywatnych adresów redaktorów serwerów celem pozwania złoczyńców przed oblicze Temidy. Zapoznanie się z wywodami Klugmana pozostawia, niestety, uczucie niesmaku, równie przykre, co uporczywe. Wymienię po temu trzy powody. Internet, największe i nadal niedoceniane osiągnięcie XX w., oprócz wielorakich zalet światopoznawczych i światopoglądowych jest także łatwo dostępny, na dobre i na złe, lecz w odróżnieniu od innych światowych środków przekazu działa poza cenzurą polityczną, moralną i obyczajową. Od początku jego istnienia zagnieździli się w nim zboczeńcy wszelkiej maści, wielbiciele twardej pornografii, pedofilii i obskuranctwa. Ośrodki światowego terroru pouczają za pośrednictwem Internetu, jak domowym sposobem skonstruować bombę, wykorzystując ogólnodostępne środki chemiczne. Złodzieje samochodowi dowiadują się z sieci, jak wyprowadzić w pole system alarmowy Boscha, zainstalowany w mercedesie 430. Jednym słowem, każdy posiadacz PC może się doszukać w Internecie tematu, na jakim mu najbardziej zależy, dzięki czemu nie zdumiewa to, że Klugman znalazł tam głupawe, antyżydowskie dowcipy, zwinął "Wprost" w tubę i zadął na trwogę. Zaskakuje jedynie naiwność redakcji, która nie wyczuła w tekście przysłanym z Tel Awiwu delikatnego zapachu Klugmanowej hipokryzji. Autor nie domaga się na przykład od Departamentu Stanu USA i FBI wytropienia i posadzenia za kratkami autorów antysemickich i nazistowskich serwerów, okazujących radość ze spalenia w ubiegłym tygodniu trzech synagog w kalifornijskiej miejscowości Sacramento. Aleksander Klugman zlekceważył redakcję i czytelników tygodnika "Wprost", zatajając małe i pouczające "co nieco" w tekście oskarżającym polskie władze (rząd? Ministerstwo Kultury? Ministerstwo Łączności? Prokuraturę Generalną? Policję? Sejm? Kościół katolicki?) o tolerowanie bolesnej antyżydowskiej propagandy w polskich serwerach Internetu. Klugman przemilczał, że ciało pedagogiczne zacnego te- lawiwskiego gimnazjum tłumaczy z języka polskiego na hebrajski antysemickie dowcipy, bądź z Internetu, bądź z broszur wydawanych swego czasu przez Leszka Bubla. Antysemickie fabułki, z ofiarami Holocaustu w roli głównej, zostają w znanym Klugmanowi telawiwskim gimnazjum rozpisane na skecze sceniczne i wystawiane przez izraelską młodzież z okazji corocznych obchodów Dnia Bohaterstwa i Zagłady. Wie o tym Izraelskie Ministerstwo Oświaty w Jerozolimie, które bezkrytycznie przyjęło wyjaśnienie kierownictwa gimnazjum, że mowa o specyficznej terapii: "Uczniowie w ramach zajęć szkolnych i podczas lekcji dramatu wykorzystują antysemickie szmoncesy, szukając ucieczki psychicznej przed depresjami genetycznymi, powodowanymi Epoką Pieców. Przedstawienia cieszą się dużym zainteresowaniem widowni i mają wpływ na poszerzanie horyzontów myślowych młodzieży". Można jedynie dodać, że mowa o tych samych dowcipach, które z odrazą cytował Klugman na łamach tygodnika "Wprost", tudzież kilku innych, które przeoczył. Osobliwa "terapia" stosowana w telawiwskim gimnazjum ma wstydliwe korzenie historyczne, warte uwagi. Izraelska społeczność, wśród której żyje, wspomina Zagładę i prosperuje Klugman, uczona była przez długie lata sztuki i filozofii pogardzania ofiarami Holocaustu. Wizjonerzy, założyciele i ideolodzy żydowskiego państwa uporczywie wzdragali się przed przyjęciem niedobitków Zagłady, mogących wywrzeć - jak pisano w latach 50. i 60. - "zły wpływ na zdrowe izraelskie społeczeństwo". Coś z tej atmosfery pozostało do dziś, dzięki czemu nie ma w Izraelu dobrze znanej Polakom i polskim Żydom instytucji kombatanta, bezpłatnego leczenia ofiar Zagłady, ulg podatkowych, sanatoriów, klinik pomocy psychicznej i domów starców dla ludzi, którzy przeżyli Holocaust. Mógł sobie Klugman darować pojękiwanie i pouczanie Polaków, wyrwane z miejscowego, telawiwskiego kontekstu.


EDWARD ETLER
Tel Awiw
Więcej możesz przeczytać w 28/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0