Staruszki wyzwolone

Staruszki wyzwolone

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kobiety już się jako tako wyzwoliły, choć dzisiejsze feministki w pocie czoła nadal działają dla szczęścia płci pięknej, ale nie zawsze docenianej
Wciąż jednak pozostaje nie rozwiązany trudny, wręcz beznadziejny problem: jak wyzwolić staruszki?! Można walczyć o "pogodną jesień", "łagodną zimę" dla nich, o miłe wakacje dla dobrze ubezpieczonych. Są to jednak chwilowe ulgi, rzeczywistość zaś jest taka, że "starość to piekło kobiet", utrata uroku i zdrowia, osamotnienie, poczucie zbędności i odchodzenia. Niektóre jeszcze walczą, usiłują być potrzebne, biegają na uniwersytety trzeciego wieku, ale przychodzi nieunikniony czas choroby, niesprawności, fizycznego bólu i psychicznego cierpienia. Jak wyzwolić staruszki od takich katuszy?
Małgorzata Saramonowicz w książce "Lustra" stawia to drastyczne pytanie i opowiada o drastycznym wyzwoleniu: trzeba staruszki zabić w sposób dyskretny, sprawny i szybki! Ach, proszę nie czytać tej powieści jako poradnika dla domorosłych zwolenników eutanazji. Proszę w ogóle nie czytać tej książki wyłącznie serio. Jest ona pełna czarnego humoru. Od pierwszej do ostatniej strony odbierałam ją jako utwór kabaretowy. Wyzwolone staruszki wiele zawdzięczają tu młodej dziewczynie, która z fantazją i zawodową wiedzą farmaceutyczną posyła je na tamten świat, gdy ten okazuje się nie do wytrzymania.
Trzeba jeszcze dodać, że narratorem całej opowieści jest... lustro. "Jestem lustrem" - przedstawia się na pierwszej stronie ostentacyjnie. Lustrem wiszącym na ścianie, a nie Stendhalowskim zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu. Odbija wnętrza i twarze, fragmenty czynności, jest przy tym stare, zamglone. Poszukiwacze filozoficznych i psychologicznych głębi doszukują się - oczywiście - interesujących ich interpretacji: "Lustro - to milczący stróż naszego "ja", świadek naszej prawdy i naszych póz. (...) Pisać o lustrach to wnikać w sekret tożsamości" (Jan Gondowicz).
Ja zaś nie widzę tu lustra jako genialnego psychoanalityka. Stwarza ono raczej okazję do przekornej gry, przenikania się różnych odbić, zatarcia granicy między powagą i dowcipem. Sądzę, że Małgorzata Saramonowicz bawi się rzeczywistością, nawet straszną. Oswaja w ten sposób grozę, jak to robiło wielu autorów najświetniejszych kryminałów. Wyzwolone od cierpień staruszki znikają i uśmiechamy się, zamiast rozpaczać.
Autorka celowo miesza różne wątki: groteskowy, martyrologiczny, kryminalny, historyczny. Książkę otwiera motto z poezji Pierre?a de Ronsarda i jest to wiersz patetyczno-elegijny, wzywający Śmierć jako wybawicielkę: "Na próżno świt przyzywam i bła- gam cię, Śmierci, /Ześlij mi siebie w darze w owe dni zamglone". Najinteligentniejsza i najodważniejsza ze staruszek, czyli profesor Zofia, sama próbuje zdecydować o swojej śmierci, ale jej próba samobójcza nie udaje się i mamy scenę tragikomiczną, gdy spada świecznik, na którym chciała się powiesić i sufitowy gruz przysypuje ją efektownie. Wszystkie próby poradzenia sobie z chorobą i bólem nie udają się także innym: Irmie (zaledwie sześćdziesięcioletniej) i Gabrieli (kokietce morfinistce). Ich opiekunka, dziarska harcerka niosąca pomoc bliźnim, nie żałuje sił ani czasu, żeby posprzątać, nakarmić, umyć, pocieszać, wyjść na spacer. Sama miała ciężkie dzieciństwo, wcześnie została sierotą, którą wychowywał wujek aptekarz, uczony znawca zarówno leków, jak i zawartych w nich (w stosownych proporcjach) trucizn. Wuj Stefan wraz ze swoimi przyjaciółmi - doktorem Butkiewiczem i medycznym biegłym sądowym Wiktorem Lewitą - pasjonują się tajemniczymi zabójstwami, dyskutują namiętnie o prawie do eutanazji. Apteczne laboratorium coraz bardziej interesuje Ewę, studentkę psychologii. Po pewnym czasie nie może ona już znieść widoku starości i cierpienia, nienawidzi chorych ciał i udręczonych dusz. Postanawia więc z prostej litości wyzwolić swoje biedne staruszki, przyrządzając dla nich bardzo wymyślne i skuteczne trucizny, które wysyłają je na tamten świat, nie rzucając najmniejszych podejrzeń na tkliwą opiekunkę. Wyłącznie jej literacka wyobraźnia, nakazująca pisać listy do ofiar z filozoficznymi cytatami o wyzwoleniu przez śmierć, okazuje się niebezpieczna.
Czy współczucie i obrzydzenie, litość i okrucieństwo mogą razem istnieć? Czy Ewa jest samarytanką, czy potworem? Czy kochała wujka Stefana, który zaraz po wybuchu drugiej wojny światowej zginął w czasie bombardowania pod gruzami swojej apteki? A może kochała Wiktora, którego zamordowano na Wschodzie? A jeśli nie kochała nikogo? Saramonowicz bardzo dyskretnie stawia te pytania i nie daje żadnych pewnych odpowiedzi. Może było tak, a może zupełnie inaczej - powieść pełna jest przypuszczeń i niejasnych przeczuć, nie zaś oczywistych stwierdzeń.
Nie wszystko jednak zostaje zawieszone w mglistych przypuszczeniach. Fabuła jest tak skomponowana, żeby czytelnik od razu wiedział, do czego zdolna jest główna bohaterka Ewa. Najpierw czytamy część nazwaną "aktem drugim", rozgrywającą się w roku 1998. To Ewa jest w nim staruszką nienawidzącą starości, siebie oraz swojej młodej, uprzejmej opiekunki Joanny. Dziko zazdrości jej młodego ciała, zainteresowania mężczyzn, otwartej przyszłości. Najchętniej by ją zamordowała, jeszcze nie wiemy, że ma wprawę, gdyż "akt pierwszy" (koniec lat 30.) pojawia się w tej książce po "akcie drugim". Wykonuje swój zamiar precyzyjnie, niemal elegancko, a potem spokojnie zgłasza to na policję. Wielki hit kryminalny do gazety na wydanie weekendowe! Na policji nikt niczego nie rozumie. Nobliwa emerytka, wieloletnia pracownica PZU, zaprzyjaźniona ze swoją młodą opiekunką-współlokatorką! "Po mojemu sprawa jest jasna. Babcia trafi do czubków" - konkluduje jeden z policjantów.
A co z lustrem, głównym narratorem powieści? Lustro zniknęło z mieszkania Ewy. Na policyjnych zdjęciach widać "wyraźnie odciśnięty na ścianie ślad po czymś, co musiało wisieć przez lata". Już nie ma co odbijać. Życie bohaterki zatoczyło wielkie koło, znienawidzona starość dopadła ją i wszystko zniszczyła.
Można się zastanawiać, dlaczego w powieści młodej autorki starość jest demonem nad demonami, wampirem, najgorszym nieszczęściem. Zapewne dlatego, że taki właśnie jest pomysł na książkę. Może również dlatego, że młodość nic o starości nie wie, a jedynie się jej boi, a strach - jak wiadomo - ma wielkie oczy. W końcu nie jest to jednak psychologiczne studium starości, lecz powieść groteskowo-kryminalna, pełna humoru i fantastyki. Więc nie czepiajmy się, że coś nie zgadza się z potoczną rzeczywistością. W literaturze nie musi się zgadzać. 

Więcej możesz przeczytać w 28/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0