Konserwatorzy zabytków

Konserwatorzy zabytków

Dodano: 
Albo prawa wolnego rynku, albo prawo ulicy
Demonstracje organizują pracownicy tych sektorów, w których zachowały się przedsiębiorstwa państwowe. Takie zakłady są zapleczem części partii. Nie było więc woli, by je prywatyzować - uważa doc. Jan Macieja, kierownik Zakładu Funkcjonowania Gospodarki w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN. - Brak prywatyzacji upolitycznia problemy w przedsiębiorstwach państwowych. Ich pracownicy nie rozmawiają z dyrekcją, tylko idą, często za cichą namową szefów przedsiębiorstw, na skróty - prosto do Warszawy. Żądają spotkań z premierem i ministrami - dodaje Janusz Lewandowski, były minister przekształceń własnościowych. Jego zdaniem, protesty odzwierciedlają mapę problemów nie rozwiązanych, takich jak rolnictwo i górnictwo, czy źle rozwiązanych, jak służba zdrowia.

Na ulicach stolicy wśród demonstrujących nie można znaleźć pracowników firm prywatnych, coraz rzadziej spotyka się też robotników ze stołecznych przedsiębiorstw. Po sprywatyzowaniu Huty Warszawy, podjęciu restrukturyzacji Ursusa oraz wpuszczeniu kapitału zagranicznego do państwowych molochów miasto stało się miejscem protestów przyjezdnych. W samej Warszawie w zasadzie nie ma już bezrobocia, pensje należą do najwyższych w kraju. - Mazowiecka "Solidarność" nie odgrywa takiej roli jak dawniej, a Maciej Jankowski związkową koszulę zamienił na garnitur polityka - podsumowuje Jan Macieja. Ryszard Bugaj, były lider UP, zwraca jednak uwagę, że części gospodarki nie poddano mechanizmom rynkowym, a restrukturyzację górnictwa węglowego zablokowano z przyczyn politycznych. - Działacze związkowi na Śląsku zbijają na tym kapitał polityczny - uważa doc. Macieja.
- Na dłuższą metę receptą na poprawę sytuacji jest prywatyzacja - twierdzi prof. Cezary Józefiak z Centrum im. Adama Smitha. - Proces będzie jednak trwał znacznie dłużej niż nasza wytrzymałość na demonstracje - przestrzega. Nie wszystko też da się sprywatyzować, opłacane z budżetu państwa będą służba zdrowia czy szkolnictwo. Tyle że państwo po zrzuceniu balastu, jakim są kopalnie, huty, zbrojeniówka czy rolnictwo, będzie mogło poświęcić więcej sił na rozwiązywanie problemów nauczycieli czy lekarzy. Bez ograniczenia roli państwa w gospodarce nie nastąpi jego wzmocnienie, a kolejne rządy będą działać pod presją demonstrantów.
Zdaniem Lewandowskiego, problemem jest to, że przede wszystkim prywatyzowane są prosperujące firmy, takie jak banki bądź telekomunikacja. Ministrowie rozliczani są z wpływów do budżetu, a ten cel można najszybciej osiągnąć, sprzedając dobre przedsiębiorstwo. Działy gospodarki, w których od lat występują problemy (zbrojeniówka, cukrownictwo), odkładane są na półkę. - Rządy SLD-PSL przespały najlepszy czas na prywatyzację tych sektorów - podkreśla. Przestrzega też, że wkrótce mogą dać znać o sobie mizeria chemii ciężkiej, armatorów czy rybołówstwa dalekomorskiego. - Wybór jest jeden: prywatyzacja albo bankructwo. Teraz opozycja stymuluje niektóre konflikty. W strategii SLD-PSL wraca hasło "im gorzej, tym lepiej". Opozycja nie przeprowadziła reform, obawiając się spadku notowań opinii publicznej, po to, by teraz wykorzystywać niezadowolenie ludzi - uważa Lewandowski.


W gospodarce rynkowej wysokość dochodów pracownika powinna wyznaczać wydajność pracy,
a nie ustalenia natury politycznej


Ale jak przyspieszyć prywatyzację, skoro boją się jej nie tylko politycy i pracownicy, lecz nawet dyrekcje państwowych molochów? Jan Macieja tłumaczy, że dyrektorzy nie sprywatyzowanych firm są często namaszczani przez związki zawodowe, a nawet współorganizują wyjazdy na demonstracje do Warszawy. Z góry wiadomo, czyich interesów będą bronić. W radomskim Łuczniku nikomu nie zależało na restrukturyzacji zakładu. W ostatnich latach zatrudniono tam 1400 nowych osób. Za główny obowiązek wielu dyrektorów poczytuje sobie utrzymanie, a nawet zwiększanie zatrudnienia - w myśl zasady, że im większa (niezadowolona z warunków pracy i płacy) załoga, tym łatwiej i skuteczniej szachować władzę. To właśnie sporą część dyrektorów postsocjalistycznych molochów można uznać za naczelnych hamulcowych reform i swego rodzaju konserwatorów zabytków. Do czasu sprywatyzowania państwowych przedsiębiorstw poszczególni ministrowie mają wybór: albo się godzić na ciche wsparcie manifestujących przez kierownictwa zakładów, albo zmieniać kierownictwa, co nie jest łatwe.
Państwowe zakłady są największym ciężarem dla gospodarki. Zalegają z podatkami, składkami dla ZUS. Za to ktoś musi zapłacić - płacą obywatele. Obarczane ponad miarę podatkami prywatne firmy drepczą w miejscu. - Powtarzane przez Leszka Balcerowicza hasło: wszystko zależy od wzrostu gospodarczego - jest jak najbardziej prawdziwe - zauważa doc. Macieja. Ekonomiści twierdzą, że należy zaprzestać spełniania żądań od ręki, co zachęca do kolejnych protestów, a w dodatku okazuje się często nieefektywne; wbrew pierwotnym zapewnieniom Agencja Rozwoju Przemysłu nie może kupić karabinków Beryl z radomskiego Łucznika. Trzeba też wykształcić nowy mechanizm negocjacji. - Komisja Trójstronna od początku nie była efektywna. Jej ustalenia nigdy nie były respektowane. Skoro to jest martwe ciało, trzeba szukać innych rozwiązań - uważa prof. Józefiak. - Nad komisją ciąży dziedzictwo socjalizmu i pracodawcy wciąż nie są równoprawnym partnerem - podkreśla Lewandowski. - W gospodarce rynkowej wysokość dochodów pracownika powinna wyznaczać wydajność pracy, a nie ustalenia natury politycznej - twierdzi doc. Macieja. Komisje, w których negocjują rząd, pracodawcy i związki zawodowe, działają z powodzeniem w Niemczech, czy w Holandii, ale do stabilizacji gospodarczej tych państw jeszcze Polsce daleko.
- Prawo do demonstrowania jest częścią demokracji, w dodatku żądania demonstrujących są subiektywnie często uzasadnione, zwłaszcza gdy bezpieczeństwo socjalne tych ludzi jest zagrożone - zaznacza prof. Józefiak. - Ogromna grupa społeczeństwa, jak rolnicy, robotnicy czy urzędnicy państwowi, na przemianach gospodarczych nie wyszła najlepiej. Niektórych dotyka nawet syndrom rosyjski: za pracę nie otrzymują wynagrodzeń - podkreśla Bugaj. - Władza nie powinna sobie jednak pozwalać na narzucanie roli strony w konflikcie i przeciwnika środowisk pracowniczych, lecz wpływać na przykład na kasy chorych i dyrekcje szpitali, by przekazały strajkującym pielęgniarkom należne im pieniądze na podwyżki płac. Pokrzywdzeni muszą odczuwać przychylny stosunek państwa - uważa prof. Józefiak. - Pracownicy firm prywatnych, które prosperują, nie są czuli na hasła lewicowe, nie ma tam związków zawodowych, są za to wyższe płace. Również bezrobotni nie reagują na te hasła, bo rządy się zmieniają, a ich pozycja - nie. Najbardziej podatni na demagogię lewicy są pracownicy zakładów, które przed upadkiem muszą się bronić m.in. zwolnieniami - ocenia Jan Macieja. Rządzący muszą dokonać dość drastycznego wyboru: albo zacząć twardo egzekwować prawa wolnego rynku wobec wszystkich podmiotów gospodarki, albo przystać na prawo ulicy. Trzeciego wyjścia nie ma.

Okładka tygodnika WPROST: 28/1999
Więcej możesz przeczytać w 28/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0