Europejska solidarność

Europejska solidarność

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z EMMĄ BONINO, komisarzem europejskim, kandydatką na stanowisko szefa ONZ-owskiej Agencji ds. Odbudowy Kosowa
Jacek Pałasiński: - Wybory z 13 czerwca przyniosły wielki sukces radykałom. Staliście się czwartą siłą polityczną Włoch, języczkiem u wagi przyszłych układów politycznych. Co jest źródłem tego sukcesu?
Emma Bonino: - Z jednej strony, zmęczenie wyborców i odrzucenie tradycyjnych polityków, którzy izolują się od innych ludzi. Z drugiej strony, myślę, że wyborcy kierowali się sympatią do mnie, a raczej do tego, co udało mi się zrobić w ciągu pięciu lat mojej pracy w Komisji Europejskiej.


Emma Bonino (ur. w 1949 r.) angażowała się w działalność polityczną już w czasie studiów na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie. W 1976 r. została deputowaną do parlamentu włoskiego z ramienia Partii Radykalnej i jest nią do dziś. W 1979 r. po raz pierwszy została posłanką do Parlamentu Europejskiego. W latach 80. działała na rzecz wprowadzenia swobód demokratycznych w Europie Wschodniej. W 1995 r. z rekomendacji rządu Silvio Berlusconiego została członkinią Komisji Europejskiej ds. społecznych i humanitarnych. Organizowała pomoc dla ofiar wojen domowych w Afryce i na Bałkanach. Ośmieliła się rzucić wyzwanie afgańskiemu reżimowi talibów i po aresztowaniu w Kabulu o mało nie przypłaciła tego życiem.

- W imieniu Partii Radykalnej proponuje pani przeprowadzenie serii referendów, które powinny zmienić oblicze Włoch. Jak wyobraża sobie pani Italię przyszłości?
- Powitamy z radością wszystko to, co może poprowadzić Włochy w kierunku "rewolucji liberalnej". Strukturę państwa chcemy uczynić "lżejszą", od nowa ustanowić wszystkie stosunki pomiędzy państwem a obywatelem, by uwolnić go od wszystkich zbędnych uwarunkowań i uczynić wyłącznie odpowiedzialnym za własny los. Chcemy odebrać państwu narzędzia opresji, narzędzia przeszkadzające w swobodnym życiu i pracy obywateli. To są Włochy, jakich pragniemy. Chcemy, by Włochy coraz bardziej przypominały inne państwa europejskie.
- W życiorysie rozprowadzanym przez pani współpracowników czytamy, że była pani aresztowana w kilku krajach, m.in. w Polsce. Jakie były okoliczności aresztowania pani w naszym kraju?
- Jaruzelski wybierał się do Włoch z wizytą. Ówczesny premier Bettino Craxi miał zamiar rozmawiać z nim o otwarciu w Polsce nowej fabryki Fiata. Nie mieliśmy nic przeciwko temu, ale poprosiliśmy rząd, by przy tej okazji spróbował się upomnieć o wolność związkową w Polsce. Rząd chciał udzielić pomocy ekonomicznej Fiatowi, a my - "Solidarności". Nasze prośby pozostawały bez odpowiedzi, więc pomyśleliśmy, że w celu uwypuklenia całej tej sprawy pojedziemy do Warszawy. Wyruszyliśmy w czwórkę. W Warszawie było minus 20 stopni; mróz niesamowity. Na zdjęciu, jakie wtedy zrobiliśmy, jestem nie do poznania: wyglądam jak foka. Powiedzieli nam, że skoro to niedziela, powinniśmy stanąć przed katedrą św. Jana, bo tam będzie największy tłum, ale z powodu zimna nie było na dobrą sprawę żywej duszy. Staliśmy z podniesionymi transparentami w obronie "Solidarności" i z radiomagnetofonem, z którego płynęły antyreżimowe proklamacje po polsku, i modliliśmy się, żeby nas wreszcie aresztowali. Przejechał jeden radiowóz milicyjny i nic. Potem drugi - i znów nic. Byliśmy cali zdrętwiali z zimna i kiedy wreszcie nadjechał trzeci radiowóz i zatrzymał się koło nas, z radością wskoczyliśmy do tego zakratowanego furgonika. Zawieźli nas do więzienia czy aresztu i spędziliśmy tam noc w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Następnego dnia nas wypuścili, bo Craxi powiedział Jaruzelskiemu, że brakuje mu kilku deputowanych.
- Co myśli pani o oskarżeniach pod adresem kolegów z Komisji Europejskiej? O Edith Cresson, która zatrudniała na stanowisku konsultanta ds. AIDS swojego dentystę?
- Myślę, że mieliśmy do czynienia z wielkim jarmarkiem obłudy. Ja też wolę widzieć dentystów w gabinetach dentystycznych, a nie w komisji, ale zdaję sobie sprawę, że gdyby stosować te kryteria, nie ostałby się żaden rząd na świecie.
- Cieszy się pani z wyboru Romano Prodiego na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej?
- Zawsze uważałam, że Włochy są niedostatecznie reprezentowane w organizacjach i instytucjach międzynarodowych. Z tego punktu widzenia jest to krok naprzód. Myślę, że pod włoskim przewodnictwem polityka śródziemnomorska Europy nabierze większego znaczenia. Mam też nadzieję, że zostanie przyspieszony proces rozszerzenia Europy na wschód. Ponadto Europa nie ma jednolitej polityki wobec Bałkanów i całej południowo-wschodniej Europy, która jako południowa granica kontynentu nieustannie narażona jest na niestabilność. Z tego punktu widzenia jestem zadowolona z wyboru Prodiego.
- Marco Panella, lider partii, do której pani należy, zażądał, by Prodi podał się do dymisji. Zapowiedział, że radykałowie będą głosować przeciwko udzieleniu mu wotum zaufania.
- Mamy do czynienia z problemem politycznym: Prodi został wyłoniony przez parlament z przewagą socjaldemokratów, a po ostatnich wyborach przewagę zdobyli ludowcy. Teren działalności Prodiego staje się więc "zaminowany". Dochodzi do wielu napięć. Trwają konsultacje, by je zlikwidować, ale ich rezultat jest jeszcze niepewny. I to jest fakt, niezależnie od polemik mojego przyjaciela Panelli.
- Wygląda na to, że rząd premiera D?Alemy nie zamierza ponownie zgłosić pani kandydatury na stanowisko komisarza europejskiego, a popiera pani kandydaturę na szefa ONZ-owskiej Agencji ds. Odbudowy Kosowa.
- Są to dwie osobne kwestie i procedury. Ja nie mam preferencji. Na razie nie otrzymałam oficjalnie żadnej propozycji od jedynej osoby uprawnionej do jej złożenia, tj. od sekretarza generalnego ONZ Kofi Annana. Na razie wszystko, co napisano w tej sprawie w gazetach, pozostaje w sferze spekulacji. W każdym razie czuję się zaszczycona, że bierze się pod uwagę moje nazwisko.
- Jak ocenia pani sposób zakończenia wojny w Kosowie?


Powinniśmy zacząć się przejmować prawami mniejszości serbskiej w Kosowie
z taką samą determinacją, z jaką broniliśmy praw Albańczyków


- Od dziesięciu lat wzywałam do użycia siły, by uniemożliwić rządzącej Serbią grupie nacjonalistów realizację ich kryminalnych projektów czystki etnicznej. Poparłam więc bombardowania NATO. Oskarżenie Milo?sevicia o zbrodnie przeciwko ludzkości - co tylko słabe umysły mogą uważać za polityczny manewr Zachodu - dowodzi, że miałam rację. Fakt, że po raz pierwszy wspólnota międzynarodowa przerwała zbrodnię przeciwko ludzkości w trakcie jej trwania, stanowi punkt zwrotny i wskazanie na przyszłość.
- Czy Zachód nie przesadził w reakcji na działania Milo?sevicia?
- O nie! Przekonałam się o tym w nocy 31 marca tego roku, kiedy o północy na granicy między Jugosławią a Macedonią pojawiło się pierwsze 6 tys. uciekinierów z Kosowa. Opowiedzieli, w jaki sposób zostali deportowani. Zrozumiałam, że nie mamy do czynienia z uchodźcami, lecz ze zorganizowaną kampanią systematycznej deportacji. Już w sierpniu 1998 r. liczba uchodźców wynosiła 400 tys., tyle że wtedy Milo?seviciowi nie zależało na wyrzuceniu ich z Kosowa. Jestem przekonana, że celem Milo?sevicia było opróżnienie Kosowa i destabilizacja regionu przy użyciu "bomby ludzkiej". Serbskiemu dyktatorowi nie udało się osiągnąć tego celu, ponieważ cztery sąsiednie państwa wytrzymały - choć z trudem - napór uchodźców.
- Czy wspólnota międzynarodowa była przygotowana na stawienie czoła tak wielkiemu kryzysowi humanitarnemu?
- Byliśmy przygotowani znacznie wcześniej. W miesiącach poprzedzających wybuch wojny pomogliśmy 100 tys. wysiedlonych, którymi nikt się zbytnio nie przejmował. W sierpniu ubiegłego roku byłam w Kosowie i zwracałam opinii publicznej uwagę na 400 tys. uchodźców, ale nikt się tym nie zainteresował. Może dlatego, że były wakacje. Byliśmy przygotowani, ale liczba uciekinierów okazała się zbyt wielka. Żadna organizacja na świecie nie byłaby w stanie stawić czoła zagrożeniu humanitarnemu takich rozmiarów, z jakimi mieliśmy do czynienia w Kosowie. Powiem jednak rzecz może niepopularną: sytuacja uchodźców z Kosowa zawsze była pod kontrolą. Nie wybuchła epidemia, nie zapanował masowy głód. Oczywiście, ludzie oddzieleni od rodzin byli zdesperowani, były ofiary, ale temu nie mogła zaradzić pomoc humanitarna. To wszystko są problemy, z którymi my borykaliśmy się co najmniej przez dwa pokolenia po II wojnie światowej. Ponieważ to Europa, wszyscy chcielibyśmy, by standard był europejski, o czym nie mógłby marzyć nikt w Ameryce Środkowej, Azji czy Afryce. Jest wielka różnica między obozami w Albanii a obozami w rejonie Wielkich Jezior. Ponieważ jesteśmy eurocentrystami, czujemy potrzebę wyższego standardu dla naszych uchodźców. Oczywiście, nie wszystko było doskonałe: zawsze można coś poprawić. Tak naprawdę to większość deportowanych mieszkała u albańskich rodzin. Dały one całemu światu wielką lekcję solidarności.
- Teraz uchodźcy stanęli przed problemem powrotu.
- Jednym z ważniejszych zadań międzynarodowych organizacji pomocy jest procedura identyfikacji. Mamy już doświadczenia z Bośni i wiemy, że jeśli nie zrekonstruuje się w jak najkrótszym czasie rejestru ludności, to uporządkowany powrót będzie niemożliwy. Jest to jeden z mniej znanych aspektów pomocy humanitarnej. Uważa się, że dajemy namiot, jedzenie, wodę, opiekę zdrowotną i na tym koniec. Ale my już wiemy, że rejestracja i identyfikacja jest warunkiem sine qua non powrotu uchodźców do domów. Wiemy, jak wiele problemów powstało w Bośni, gdzie mieszkają różne grupy etniczne i często musieliśmy wysiedlać fałszywych właścicieli.
- Nie obawia się pani, że z Kosowa mogą teraz zniknąć ostatni Serbowie, którzy już od dziesięciu lat opuszczali ten region pod naporem Albańczyków?
- Tak jak w Ruandzie broniłam nawet praw ludobójców, tak będę broniła Serbów, ilekroć ich prawa będą łamane. Już od dzisiaj powinniśmy zacząć się przejmować prawami mniejszości serbskiej w Kosowie z taką samą determinacją, z jaką broniliśmy praw Albańczyków.
- Nie wydaje się pani, że wszystkim umknął jakiś istotny szczegół sytuacji na Bałkanach, zważywszy, że od początku konfliktu to właśnie Serbia jest jedynym krajem byłej Jugosławii, który utracił terytoria - Slawonię, Krainę, a teraz Kosowo - i jedynym, który boryka się z problemem setek tysięcy wygnanych z tych ziem.
- Właśnie ja zajmowałam się pomocą dla Serbów z Krainy i jestem jednym z nielicznych polityków, którzy nieustannie przypominają, że i tam łamane są prawa człowieka. Ale nie mam wątpliwości, że również za tragedię tamtych ludzi odpowiada przede wszystkim Slobodan Milo?sević.
- Czy podczas ewentualnej konferencji pokojowej na temat Bałkanów trzeba będzie rewidować granice, oddać Serbii jakieś terytoria?
- Zbyt wcześnie na takie rozważania. Myślę, że dużo będzie zależeć od tego, kto będzie rozmówcą wspólnoty międzynarodowej w Belgradzie, to znaczy - czy Serbii uda się wyłonić nową elitę rządzącą.

Więcej możesz przeczytać w 28/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0