Reprezentacja Polski

Reprezentacja Polski

Dodano:   /  Zmieniono: 
Nie powiodła się próba obsadzenia stanowiska sekretarza generalnego Rady Europy przez minister sprawiedliwości Hannę Suchocką
Fiaskiem zakończyła się także próba objęcia stanowiska sekretarza generalnego OBWE przez Jerzego Marię Nowaka, byłego ambasadora RP przy tej organizacji. Jego wyborowi sprzeciwili się Rosjanie - nie kwestionując jego kompetencji, podkreślali, że przeszkadza im obecność Polski w NATO. Czy Polacy mają szanse, by piastować wysokie funkcje w organizacjach międzynarodowych? Kto nas już teraz reprezentuje?

Wybór, który wciąż ma dla Polski najistotniejsze znaczenie, to decyzja konklawe z jesieni 1978 r. Jan Paweł II - jak żaden inny Polak - cieszy się szacunkiem i uznaniem na świecie. Nie tylko jego autorytet moralny, ale i wpływy polityczne wykraczają daleko poza świat chrześcijański. Pozycja polskiego papieża jest jednak zjawiskiem wyjątkowym - do zupełnie innej kategorii należą posady obsadzane w drodze wyboru w organizacjach ponadnarodowych.
Najwyższe stanowisko urzędnicze międzynarodowej rangi obejmie wkrótce ambasador Eugeniusz Wyzner, obecny stały przedstawiciel Rzeczypospolitej Polskiej w ONZ. Na początku czerwca został wybrany na wiceprzewodniczącego Międzynarodowej Komisji Służby Cywilnej. Zajmuje się ona określaniem głównych zasad zatrudniania i pracy personelu "biurokratycznego molocha" nad East River w Nowym Jorku i licznych placówek regionalnych ONZ oraz ustala skalę płac i inne świadczenia, jakie otrzymują pracownicy tej międzynarodowej organizacji. Wcześniej, w latach 1982-1992, kiedy politykę personalną w ONZ określała rywalizacja bloków politycznych Wschód-Zachód, Eugeniusz Wyzner był zastępcą sekretarza generalnego ds. konferencji i zadań specjalnych, a później zastępcą sekretarza generalnego ds. informacji publicznej. 68-letni Wyzner rozpoczynał karierę dyplomatyczną jeszcze w roku 1956, jednak jego rozległe kontakty, znajomość meandrów bizantyjskiej biurokracji ONZ i zawodowa fachowość stały się przydatne także w służbie III Rzeczypospolitej.
Znaczącą pozycję wicedyrektora Europejskiej Komisji Gospodarczej w Genewie zajmuje prof. Danuta Hübner. Naszym przedstawicielem w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju jest natomiast były premier RP Jan Krzysztof Bielecki. Przewodniczącym amerykańsko-irańskiej komisji rozjemczej w Hadze jest prof. Krzysztof Skubiszewski. Z kolei prof. Jerzy Makarczyk już drugą kadencję pełni swe obowiązki w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu, a prof. Roman Wieruszewski zasiada w Komitecie Praw Człowieka ONZ w Genewie. Okazją do zademonstrowania międzynarodowej aktywności Polski było pełnienie w 1998 r. rotacyjnej funkcji przewodniczącego OBWE przez ministra spraw zagranicznych Bronisława Geremka.
Od lutego ubiegłego roku członkiem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, decydującego m.in. o tym, kto będzie organizatorem igrzysk letnich i zimowych, jest Irena Szewińska. Utytułowana lekkoatletka piastuje również funkcję wiceprezesa Światowego Stowarzyszenia Olimpijczyków, co przydaje jej dodatkowego prestiżu w ekskluzywnym klubie MKOl. Poprzednio przez 35 lat zasiadał w nim Włodzimierz Reczek. Zasłużonemu, lubianemu w sferach olimpijskich Reczkowi pozostał dziś tytuł honorowego członka MKOl. "Nasi" obsadzają też stanowiska w Stowarzyszeniu Europejskich Komitetów Olimpijskich (EOC). Aleksander Ronikier, Janusz Tatera i Andrzej Wach wzbudzają uznanie dzięki inicjatywie i sercu do pracy.
Zdaniem Marcina Nawrota, radcy Polskiej Misji przy ONZ, Polacy są dobrze reprezentowani wśród personelu ONZ i to zarówno w grupie pracowników zatrudnionych z tzw. rozdzielnika regionalnego, jak i z "wolnego naboru", tj. wśród profesjonalistów, których "kontyngenty regionalne" nie obejmują. Jednak obecność Polaków na listach płac ONZ rzadko prowadzi do lepszej promocji interesów Polski w ONZ. - Reprezentacja Polski w międzynarodowych instytucjach tylko wtedy ma sens, jeśli wykładamy więcej pieniędzy na ich działalność. Osobista obecność w tych instytucjach pana X, Y czy Z nie ma aż takiego znaczenia - twierdzi Marcin Nawrot. - Należy zmienić sposób myślenia: nasza obecność w międzynarodowych instytucjach nie jest niczym innym jak promocją interesów Polski. Jeśli dajemy pieniądze, jesteśmy w stanie kształtować politykę tych instytucji, w tym politykę kadrową.
Taką zasadą kierują się Amerykanie. Dowodem może być fakt, że dopiero w tym miesiącu Senat amerykańskiego Kongresu przyjął ustawę pozwalającą na spłatę przez Stany Zjednoczone zaległych składek członkowskich i innych zobowiązań na rzecz ONZ. Spłatę amerykańskich długów uzależniono jednak od reformy biurokracji ONZ i jej odchudzenia, czyli od spełnienia warunków, którym ONZ nie była w stanie sprostać w przeszłości. Amerykanie mogą sobie pozwolić na polityczną arogancję: Stany Zjednoczone mogą żyć bez ONZ, natomiast ONZ bez USA - nie.
"Argument portfela" jest stosowany przez USA nie tylko w ONZ, ale także w Banku Światowym, MFW i instytucjach finansowych, w których Stany Zjednoczone są podstawowym udziałowcem i żadna decyzja o przyznaniu kredytów nie może zapaść bez ich zgody. Często postanowienia Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego są po prostu podporządkowane realizacji celów amerykańskiej polityki zagranicznej (jak w wypadku kredytów dla Rosji). Ta nie dość subtelna metoda stosowana jest również w NATO, gdzie od początku na podstawie niepisanej umowy struktury militarne są zdominowane przez oficerów amerykańskich.
Z ogólnym mechanizmem "kto płaci, ten wymaga" powiązany jest często stosowany przez Amerykanów i inne narodowości (rzadki natomiast wśród Polaków) mechanizm networking, czyli tworzenia sieci wspólnych znajomych, opartej na wzajemnej wymianie przysług i informacji.
W końcu pozostaje argument terytorium: ONZ, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy, nie mówiąc o dziesiątkach innych międzynarodowych czy też ponadnarodowych instytucji, mają swoje siedziby na terytorium Stanów Zjednoczonych. Tymczasem Polska, jeśli chodzi o zdolność "przyciągania" międzynarodowych instytucji, nie jest nawet w stanie podołać konkurencji sąsiednich, o wiele mniejszych Czech.
- Uważam, że jesteśmy niedoreprezentowani w organizacjach międzynarodowych w stosunku do naszego potencjału ludnościowego i aktywności na arenie światowej - mówi Longin Pastusiak, wiceprzewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu. Dotyczy to zarówno stanowisk wynikających z polskich nominacji, jak i personelu służby cywilnej. W latach powojennych limity posad dla Polaków były bardzo niskie. Często były one przejmowane przez rodaków zamieszkałych za granicą, pochodzących ze środowisk emigracyjnych. Przy kadrowej rotacji ludzie ci byli zastępowani przez przedstawicieli innych państw. Odbywało się to kosztem "polskiej" puli.
Za czasów PRL władze nie starały się umieszczać Polaków w międzynarodowych organizacjach. Praca w nich nie była traktowana jako działalność w interesie państwa, a niekiedy nawet uchodziła za "niepatriotyczną". Dziś brakuje niekiedy lojalności w stosunkach między samymi Polakami. Niewystarczający jest również lobbing ze strony rządu, nie wykorzystuje się wszystkich instrumentów dyplomatycznych służących promowaniu rodaków. Długo przed wyborami przewodniczącego Rady Europy rząd brytyjski promował swojego kandydata, a w decydującym momencie do Strasburga udał się minister spraw zagranicznych Robin Cook. Hanna Suchocka nie czuła za sobą aż tak jednoznacznego poparcia. Co więcej - grupa polskich posłów lewicowych głosowała przeciw jej kandydaturze. Mieli oczywiście do tego prawo, jednak demonstracyjne upublicznienie tego faktu może budzić mieszane uczucia.
Dla Francuzów najważniejsze zdają się być kluczowe stanowiska w międzynarodowych bankach i instytucjach finansowych. W każdym razie właśnie w tym sektorze odnoszą największe sukcesy. Dyrektorem generalnym Międzynarodowego Funduszu Walutowego od 1987 r. jest Michael Camdessus, który objął tę funkcję po innym Francuzie, Jacques?u de Larosiere (ten ostatni pełnił ją w latach 1978-1986). Podobne starania o prezesurę nowo utworzonego Europejskiego Banku Centralnego zakończyły się wprawdzie tylko połowicznym sukcesem, ale po raz pierwszy ukazały francuskie zdecydowanie i sprawność negocjacyjną w tej dziedzinie. Niemcy i kraje północnej Europy zaczęły forsować kandydaturę Holendra Wima Duisenberga, który zyskał tak znaczące poparcie, że Francuzi musieli walczyć o swojego kandydata - Jean-Claude?a Tricheta - nieomal sami przeciw wszystkim. W końcu uzgodniono dziwny kompromis: pierwsza połowa kadencji ma przypaść Duisenbergowi, a druga - Trichetowi.


Daleko nam do Hiszpanów, mistrzów negocjacji w walce o stanowiska w strukturach
międzynarodowych


Jednym z największych sukcesów Francji było umieszczenie Jacques?a Delorsa na czele Komisji Europejskiej w okresie przygotowywania zasadniczych zmian w EWG. Decydującą rolę w zaakceptowaniu jego kandydatury odegrał prezydent Mitterrand, który w takich negocjacjach odznaczał się niezwykłą zręcznością i przebiegłością. Francuzi często zwracają uwagę na to, by kandydaci na ważne stanowiska mówili po francusku. Między innymi dlatego ich poparciem cieszył się Butros Butros Ghali jako sekretarz generalny ONZ, a ostatnio Romano Prodi w staraniach o szefostwo Komisji Europejskiej.
Nie gorzej wpisani w instytucje międzynarodowe są Niemcy. Nieżyjący już Manfred Woerner był pierwszym Niemcem, który stał na czele NATO. Do niedawna szefem Komisji Wojskowej NATO był gen. Klaus Naumann. W Mostarze urzędował Hans Koschnik, pełnomocnik UE ds. Bośni. Niemcy mają silną reprezentację w europejskich instytucjach finansowych: prof. Bernhard Friedmann jest prezydentem Izby Obrachunkowej UE w Luksemburgu, Horst Köhler kieruje Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju w Londynie, a Wolfgang Roth - Europejskim Bankiem Inwestycyjnym.
Obecnie Berlin wystawia Bodo Hombacha, szefa Urzędu Kanclerskiego, na stanowisko pełnomocnika UE ds. Kosowa. Niemcy, traktowane jako "lokomotywa" wspólnoty, obsadziły wiele stanowisk w strukturach UE. Niektóre z nich podlegają rotacji, a więc nie są rezultatem lobbingu i przypadają RFN automatycznie. Niemcy są chętnie zatrudniani na średnich szczeblach euroinstytucji, bo cieszą się opinią sumiennych urzędników. Gdy ubiegają się o kluczowe stanowiska, partnerzy z unii stawiają niemal monolityczny opór, a to z ciągłej obawy przed niemiecką dominacją.
Zasada mówiąca, że "politykę uprawia się poprzez ludzi", sprawdza się w stu procentach w Brukseli i nic w tym dziwnego, bo atrakcyjnych i znakomicie płatnych stanowisk "do wzięcia" jest tu najwięcej. Rzecz jasna, że nie chodzi tu tylko o rezydencje, limuzyny czy nie opodatkowane, sięgające setek tysięcy dolarów zarobki. Celem są wpływy polityczne, dające możliwość podejmowania na korzyść swojego kraju takich decyzji, które często nie dają się przełożyć na pieniądze, ale mają ogromne znaczenie cywilizacyjne. W Brukseli gra się o stawki najwyższe, o możliwość wpływu na losy Europy, a często i świata. W tej dziedzinie nasze polityczne zacofanie jest widoczne najbardziej. Problem polega na tym, że w tej rywalizacji nie ma żadnych reguł, do których można by się dostosować tak jak w wypadku europejskiego prawodawstwa.
W tym sezonie w Brukseli do obsadzenia jest jedna z najważniejszych ról - stanowisko sekretarza generalnego NATO. Państwa Unii Europejskiej namawiają pełniącego obecnie tę funkcję Javiera Solanę do jak najszybszego objęcia stanowiska pierwszego przedstawiciela ds. zagranicznych UE, które na skutek zabiegów dyplomacji hiszpańskiej powierzono mu podczas szczytu w Kolonii. Tymczasem wciąż nie wiadomo, kto mógłby zastąpić Hiszpana w sojuszu. Reguły gry są jasne - Amerykanie pozostawiają stanowisko sekretarza generalnego Europejczykom, gdyż sami przejmują kluczowe pozycje wojskowe w pakcie. Wiadomo, że sekretarzem generalnym nie może być Francuz, gdyż kraj ten nie należy do struktur wojskowych NATO. Wykluczeni są też kandydaci z południa Europy, którzy niedawno obsadzili najważniejsze stanowiska w innych organizacjach euroatlantyckich. Szefem NATO nie może być także Grek i Turek ze względu na antagonizm obu krajów. Początkowo na politycznej "giełdzie" pojawiło się nazwisko ministra obrony Niemiec Rudolfa Scharpinga. Poważniejszym kandydatem jest jednak szef duńskiego resortu obrony Hans Haekkerup. O stanowisko sekretarza generalnego postanowili powalczyć także Belgowie, którzy z pomocą mediów od kilkunastu dni lansują kandydaturę Jean-Luca Deahane. Po łapowniczym skandalu i dymisji Willy?ego Claesa Waszyngton nie przewiduje wszak na razie stworzenia kolejnej szansy belgijskiemu kandydatowi. Na placu boju pozostają więc dwaj Brytyjczycy: Michael Portillo, były minister obrony w rządzie Johna Majora, czołowy polityk prawego skrzydła Partii Konserwatywnej, i Malcolm Rifkind, były minister spraw zagranicznych. Polska nie uczestniczy jeszcze w grze o najważniejsze stanowiska w sojuszu. Warto się jednak przyjrzeć, jak obsadzane są niższe stanowiska, zwłaszcza że staramy się umieścić w kwaterach dowódczych sojuszu ok. 300 żołnierzy.
Za mistrzów negocjacji w walce o stanowiska uchodzą Hiszpanie. - Kiedy przegrywają rywalizację o jakieś stanowisko, komunikują od razu: "W porządku, ustępujemy, ale warunek jest jeden - następny człowiek na tym stanowisku jest nasz!" - mówi jeden z polskich dyplomatów w Kwaterze Głównej. Władysław Klaczyński, polski ambasador w Madrycie, uważa, że kariery, jakie zrobili Hiszpanie w strukturach międzynarodowych, są głównie zasługą Felipe Gonzaleza. Długoletni premier Hiszpanii zabiegał o to, aby jego rodacy byli faworyzowani podczas wyborów na eksponowane stanowiska, lecz zawsze dbał, by wysuwano kandydatury osób o niekwestionowanych kwalifikacjach.
Andres Alaez Feal z hiszpańskiego MSZ jest zdania, że Polska doczeka się swych "pięciu minut" w organizacjach międzynarodowych. Ważny jest czynnik czasu. Nasz kraj zbyt długo bowiem odgrodzony był żelazną kurtyną od głównego nurtu polityki światowej. Teraz jego znaczenie będzie rosło, będzie się więc zwiększać zapotrzebowanie na wysokich urzędników rodem z III RP. Polacy są sprawni, inteligentni, obdarzeni zdolnościami przywódczymi. Feal tłumaczy, by się nie przejmować ich chwilowym brakiem na prestiżowych posadach.
Dla Włochów największym sukcesem w tym roku był wybór byłego premiera Romano Prodiego na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej. Zawdzięczają to jednak bardziej konsensusowi wśród państw członkowskich niż własnemu lobbingowi. Skończył się okres wysyłania na synekury do Brukseli emerytowanych polityków - zapowiedział nowy przewodniczący. Walka o obsadę miejsc w Komisji Europejskiej rozpoczęła się jednak, kiedy Francuzi zgłosili chęć przejęcia stanowiska komisarza ds. konkurencji. Polacy w tej walce jeszcze nie uczestniczą, ale warto uważnie obserwować, czy Prodi dokona zmian na stanowiskach dyrektorów generalnych komisji, a nawet na niższych szczeblach. Dla państw ubiegających się o członkostwo szczególne znaczenie ma obsada stanowisk komisarzy odpowiedzialnych za rozszerzenie unii i zarządzanie funduszami pomocy. Wiele emocji wzbudziło mianowanie negocjatorów odpowiedzialnych za rozmowy z poszczególnymi krajami. Ostatecznie po sporze między Paryżem a Bonn stanowisko negocjatora w rokowaniach z Polską przypadło Francuzce Francoise Gaudenzi-Aubier, która ma gwarantować, że Warszawa nie otrzyma podczas rozmów "taryfy ulgowej".

Więcej możesz przeczytać w 28/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0