Międzynarodówka awanturników

Międzynarodówka awanturników

Dodano:   /  Zmieniono: 
Najemnicy wiele razy wpływali na przebieg lokalnych konfliktów w Afryce,w Azji czy na Bałkanach
Profesja najemnika jest stara jak świat. Dla autorów sensacyjnych powieści i filmów to odważni i twardzi wojownicy, przeżywający mnóstwo ekscytujących przygód. Dla przeciwników, z którymi walczą w "zapomnianych wojnach", są sprzedajnymi, bezwzględnymi mordercami, gotowymi dla pieniędzy walczyć choćby z własnym bratem. Zwykle unikają rozgłosu, choć często schlebia im zła sława legendarnych awanturników.

O najbardziej znanym francuskim "psie wojny" mówi się w jego otoczeniu rozmaicie: Stary, Pułkownik albo po prostu Bob. Sam Bob Denard woli jednak przydomek Korsarz Republiki. Jest w nim i powiew awanturnictwa, i urok męskiej siły, i apologia działania wbrew prawu, choć - w mniemaniu Korsarza - zgodnie z interesami swojego państwa. Denard mówi o sobie tak: "Służyłem wszędzie tam, gdzie szefowie państw bloku zachodniego i ich sojusznicy nie mogli otwarcie użyć swoich sił, żeby przeciwstawić się podbojom Wschodu". Wyruszał więc z bronią w ręce w rozmaite zakątki świata. Początkowo służył w regularnym wojsku i walczył w Indochinach. Później próbował rozmaitych zajęć - był na przykład oficerem policji walczącej z terroryzmem w Maroku, nawiązał też bliskie znajomości z wpływowymi osobistościami z otoczenia generała de Gaulle?a. Kontakty i doświadczenia z tamtych lat procentowały przez cały późniejszy okres. Do wyruszenia na pierwszą wyprawę w roli "psa wojny" Boba Denarda skłoniło dość anegdotyczne wydarzenie. We wrześniu 1960 r. znalazł w kawiarnianej ubikacji dziennik "L?Aurore", w którym przeczytał artykuł o Katandze i o francuskim najemniku Antoinie de Saint-Paul. Kiedy wyszedł z toalety, był już innym człowiekiem: podjął decyzję o wyjeździe do Katangi. Denard walczył m.in. w Jemenie, Kongu, Biafrze, Gabonie, Libii, Kurdystanie, Beninie, ale terenem najbliższym jego sercu stały się Komory. Do tego stopnia, że przyjął ich obywatelstwo, przeszedł na islam i ożenił się z mieszkanką tego archipelagu. Lekko megalomańskie i mitomańskie cechy jego charakteru szybko doprowadziły go do przekonania, że jest mężem opatrznościowym Komorów, upoważnionym do decydowania, kto i jak będzie tam pełnić władzę. Jego ulubionym zajęciem stały się właśnie zamachy stanu na Komorach. Tam też wszedł w konflikt z francuskim wymiarem sprawiedliwości. W maju zakończył się w Paryżu proces, w którym Denard i dwaj inni najemnicy byli oskarżeni o zamordowanie w listopadzie 1989 r. ówczesnego prezydenta Komorów Ahmeda Abdallaha, którego zresztą właśnie Denard wyniósł na urząd, następnie obalił, a potem znów przywrócił do władzy. Prokurator zażądał dla Korsarza Republiki od dwunastu do piętnastu lat więzienia, ale nie był w stanie przedstawić żadnych bezspornych dowodów winy ani świadków wydarzeń. Zapadł więc wyrok uniewinniający. 70-letniemu dziś Denardowi grozi jeszcze jeden proces - za zorganizowanie ostatniej, tym razem nieudanej, próby zamachu stanu na Komorach, której celem było obalenie w 1995 r. następcy Abdallaha, prezydenta Dżohara. Denard musiał się wtedy poddać francuskim komandosom i został aresztowany. Na razie jednak sędzia śledczy nie przeprowadził nawet przesłuchania w tej sprawie. Stosunki Denarda z władzami ojczystego kraju były zawsze dość zawikłane i nie do końca jasne. Niewątpliwie korzystano z jego usług. Mógł liczyć na "krycie" polityczne, zwłaszcza dzięki wpływowym gaullistom. W wywiadzie dla "Le Figaro Magazine" sam Denard opisał swoją sytuację tak: "Nigdy nie byłem agentem tajnych służb, ale często i przez długi czas dla nich pracowałem". Posunął się tam nawet do podania nazwisk niektórych swoich oficerów prowadzących. Problem polegał jednak na tym, że zdarzało mu się często działać także z własnej inicjatywy i na własne konto, a niektórzy twierdzą, że interesy finansowe, jakie Bob Denard rozwinął na Komorach, są bardzo poważne. Recepta Denarda na relacje ze zleceniodawcami, kontrahentami oraz dostarczycielami sprzętu, pieniędzy i broni jest prosta: trzeba działać "bez prawdziwego zielonego światła, równocześnie uważając, by światło nie zmieniło się na czerwone". Zawód najemnika jest stary jak świat. Niezależnie od romantycznej legendy najemnych "żołnierzy fortuny" wabił zawsze zapach pieniędzy i perspektywa udziału w łupach wojennych. Dzisiaj udział najemników w konfliktach międzynarodowych jest zabroniony międzynarodową konwencją sprzed dziesięciu lat. Do tej pory porozumienie to ratyfikowało tylko 21 państw, co potwierdza przekonanie, że tak naprawdę nikogo nie obchodzi, kto walczy w różnych "małych, brudnych wojnach". Najemnicy wiele razy wpływali na przebieg lokalnych konfliktów w Afryce, w Azji czy na Zakaukaziu. Byli też na frontach wojny na Bałkanach. Niedawno w oddziałach serbskich pacyfikujących Kosowo wykryto rosyjskich ochotników. Obok Denarda najbardziej znaną postacią zamkniętego światka międzynarodowych awanturników jest Irlandczyk Michael Hoare, były komandos brytyjskich sił zbrojnych. Duet Denard i Hoare oraz ich połączone kontyngenty często wspólnie występowały na różnych polach bitewnych, zwłaszcza w Afryce. Irlandzki kondotier na początku lat 60. utworzył grupę 5. Komando. Jej obozy szkoleniowe znajdowały się w RPA i Rodezji. Liczebność 5. Komanda nigdy nie przekraczała 200 osób, które rekrutowano spośród weteranów specjalnych formacji Wielkiej Brytanii i RPA. "Psy wojny" Hoare?a wspomagały reżimy i opozycyjne ugrupowania partyzanckie w Angoli, na Madagaskarze, w Mozambiku, Namibii, Rodezji, na Seszelach, w Ugandzie i Kongu-Zairze. Słynny najemnik w końcu wpadł - rząd w Pretorii oskarżył go o nielegalne organizowanie najemnych wojsk. Hoare trafił do więzienia w RPA. Siedzi w nim do tej pory. Zanim znalazł się za kratkami, zdążył napisać trzy bestsellery, opisujące osiągnięcia jego "chłopców". Swego czasu o płatne zlecenia zagranicznych patronów konkurował z utytułowanymi "żołnierzami fortuny" Eeben Barlow. W 1989 r. ten były oficer elitarnego 32. batalionu RPA założył własną organizację, ochrzczoną Executive Outcomes. Aż do swego (nakazanego prawem RPA) oficjalnego rozwiązania w 1997 r. EO uchodziła za najliczniejszą armię najemną na świecie. Licząca 2 tys. ludzi EO była profesjonalną armią, dysponującą nawet własną eskadrą powietrzną. W 1991 r. szerokim echem odbiła się operacja ugrupowania Barlowa w Angoli. Jego podkomendni wyzwolili wtedy z rąk antyrządowej partyzantki UNITA sporą część angolańskiego terytorium, gdzie działały firmy naftowe Gulf Chevron i Sonangol. W 1997 r. Jonasowi Savimbiemu, przywódcy ruchu UNITA, podobno udało się przeciągnąć EO na swoją stronę. Mógł to uczynić tym łatwiej, że ma czym płacić, kontrolując liczne kopalnie diamentów. Wojna domowa wybuchła na nowo, niwecząc szanse odbudowy kraju. Żołnierze Barlowa wspomagali także reżim Mobutu Sese Seko w Zairze, dopóki jego oferty nie przebił w 1997 r. wróg Mobutu, Laurent Kabila. Podobno EO kazała sobie płacić nawet 100 mln dolarów za udane akcje. Do grona prominentnych najemników zalicza się również Brytyjczyk Timothy Spicer, bohater wojny o Falklandy. Przed paroma laty zarejestrował on na Bahamach firmę Sandline International. O Spicerze zrobiło się głośno w 1997 r. SI podpisała wtedy umowę z rządem Papui-Nowej Gwinei. Przewidywała ona pomoc najemników w stłumieniu powstania secesjonistów na wyspie Bougainville. Kiedy jednak szczegóły tej transakcji wyszły na jaw, na ulice miast Papui-Nowej Gwinei wyległy tłumy demonstrantów. Chcąc zatrzeć złe wrażenie, rząd Papui aresztował Spicera. Władze zrazu nie skalkulowały konsekwencji swej pochopnej - jak się okazało - decyzji. Przed sądem Brytyjczyk wytargował od nich 36 mln dolarów odszkodowania.

Więcej możesz przeczytać w 29/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0