Scenariusz barceloński

Scenariusz barceloński

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy w XXI wieku Hiszpania stanie się "Stanami Zjednoczonymi Europy"?
"Katalonia to nie Hiszpania" - stwierdziła Marta Ferrusola, żona prezydenta Jordiego Pujola, uzasadniając decyzję wystąpienia do MKOl z żądaniem dopuszczenia reprezentacji Katalonii do rozgrywek międzynarodowych. Natomiast jej małżonek najpierw wytoczył wojnę Hollywood, bo produkowane tam filmy nie są dubbingowane na kataloński, potem zażądał, by król Juan Carlos I podczas wizyt w Barcelonie przemawiał wyłącznie w tym języku, a ostatnio domaga się wręcz nadania Katalonii statusu państwa.

Barcelona stała się jednym z najpiękniejszych, a z pewnością najbardziej kolorowym miastem Europy. Jej puls bije szybciej niż puls Paryża; daje się porównać wyłącznie z rytmem Nowego Jorku. Wszędzie coś się dzieje: przedstawienia, koncerty, sympozja. Dźwigi pracują jak oszalałe, by nadążyć za potrzebami rosnącego jak na drożdżach miasta, a banki ledwie nadążają z obsługą burzliwie rozwijającej się gospodarki. Już siedemnastowieczni podróżnicy zauważyli pracowitość Katalończyków i mówili o nich, że są "Holendrami Hiszpanii". To oni zbudowali pierwsze hiszpańskie fabryki, a w 1848 r. pierwszą hiszpańską kolej, ale również to oni ogłosili w 1855 r. pierwszy strajk generalny i wprowadzili w życie idee Bakunina, organizując w 1936 r. pierwsze państwo anarchistyczne.
W swojej historii Katalonia zaznała wzlotów i upadków: panowała nad Korsyką, Sycylią i Atenami, by później przez stulecia cierpieć w uścisku Kastylii, która odebrała jej nawet prawo handlowania z Nowym Światem. Już w XIII w. wyposażyła się w Corts, czyli "dwory", rodzaj parlamentu wspierającego królów w podejmowaniu decyzji, najpierw podatkowych, a potem politycznych. Corts przekształciły się później w Diputació General, zwaną Generalitat, prawdziwy symbol niezależności państwowej, odtworzony początkowo w okresie republikańskim (1931 r.), a następnie po upadku frankizmu w 1977 r.
W znacznym stopniu sprawcą dzisiejszych sukcesów Katalonii jest jej prezydent, 69-letni lekarz Jordi Pujol i Soley. Kiedy po upadku frankizmu nowa konstytucja hiszpańska przyznała "czerwonej" Katalonii szeroką autonomię, wszyscy byli przekonani, że w pierwszych demokratycznych wyborach w roku 1980 wygrają komuniści. "Barcelona jest dzisiaj czerwieńsza od Bolonii, jest bastionem europejskiej lewicy" - pisał wtedy "Le Monde". Tymczasem wybory wygrała centroprawicowa, liberalno-chadecka koalicja Convergencia i Unió (Zbieżność i Jedność). W jej skład wchodziły i wchodzą do dziś Convergencia Democratica de Catalunya i Unió Democratica de Catalunya. CiU wygrała od tego czasu pięć kolejnych wyborów i za kilka miesięcy chciałaby zwyciężyć w szóstych. Koalicja CiU nie tylko doprowadziła do bezprecedensowego rozwoju Katalonii, ale odcisnęła silne piętno na całej polityce hiszpańskiej. Ani socjaliści z PSOE, którzy rządzili demokratyczną Hiszpanią przez szesnaście lat, ani obecnie liberalni chadecy z Partii Ludowej nie dysponowali w Kortezach samodzielną większością i musieli zapewniać sobie poparcie Katalończyków.
Prezydent Pujol z dumą przypomina, że to on spowodował przesunięcie ku środkowi sceny politycznej najpierw skrajnie lewicowych socjalistów, a następnie mocno prawicowych ludowców. Złośliwi opowiadają, że nie uczynił tego za darmo i że za każde poparcie rządzącej partii w Kortezach kazał sobie słono płacić. Kiedy na przykład pod koniec kwietnia tego roku na skutek chaosu na hiszpańskich lotniskach zadrżał fotel pod ministrem robót publicznych Rafaelem Ariasem-Salgado, partia Jordiego Pujola uratowała go swoimi głosami i jeszcze tego samego dnia otrzymała od rządu "prezent" w postaci prawa własności do budynków o wartości 1,127 mld peset, które przeszły spod administracji centralnej na własność Generalitat.
Ten swoisty "handel polityczny" przestał jednak ostatnio prezydentowi wystarczać. W ciągu ostatnich miesięcy wystąpił on z drastyczną eskalacją żądań "niepodległościowych". Zaczęło się od podania o dopuszczenie do rozgrywek międzynarodowych reprezentacji Katalonii. Ma ono pewne szanse powodzenia, bo Madryt zasadniczo się nie sprzeciwia, a chciałby jedynie "sprzedać" Pujolowi swoją zgodę za odpowiednio wysoką cenę. Katalonia mogłaby też liczyć na poparcie rodowitego syna swej ziemi, prezesa MKOl Juana Antonio Samarancha, ale jego pozycja w ruchu olimpijskim po niedawnej aferze korupcyjnej znacznie osłabła.
Na początku kwietnia Jordi Pujol przedstawił projekt nowego "paktu fiskalnego" z Hiszpanią. Chodziło mu przede wszystkim o to, aby sumy, które Katalonia wpłaca do kasy centralnej, zrównać z tymi, które z niej otrzymuje. Barcelona czuje się znużona utrzymywaniem mniej rozwiniętych regionów hiszpańskich, a ponieważ rząd był głuchy na jej postulaty, wyprodukowała dość niesmaczny spot telewizyjny, w którym jedno dziecko bez przerwy daje swoje zabawki dwóm innym, a one mu ich nie zwracają. Po fali krytyk Generalitat wycofała niefortunną reklamę, ale nie postulaty.
Prawdziwą rewoltę wywołał dopiero przedstawiony kilkanaście dni temu projekt nowego "paktu państwowego" z Madrytem. Pujol domaga się rewizji konstytucji i statutu autonomii oraz przyznania Katalonii statusu państwa. Żąda, by w Katalonii on był najważniejszą osobą - po królu, ale przed premierem Hiszpanii - i by decydował o przeznaczeniu wszystkich zebranych w jego państwie podatków. Formalnie nie domaga się, by Katalonia stała się szesnastym państwem Unii Europejskiej, ale chce, by jej przedstawiciel uczestniczył w zebraniach organów unijnych. Hiszpańskie ugrupowania polityczne z oburzeniem zareagowały na projekt "paktu państwowego", nazywając go w najlepszym wypadku "ucieczką naprzód". Mówi się, że projekt ten ma związek ze zbliżającymi się wyborami, a później wszystko rozejdzie się po kościach. Istnieje jednak obawa, że tym razem Pujol nie blefuje i że po dwudziestu latach władzy postanowił pozostawić trwały ślad w historii Katalonii.
edług sondażu opublikowanego ostatnio przez barceloński dziennik "La Vanguardia", przewaga Pujola nad jego bezpośrednim konkurentem, socjalistą Pasqualem Maragallem, byłym burmistrzem Barcelony z okresu igrzysk olimpijskich, wynosi zaledwie nieco ponad 2 proc. Być może przed szóstymi z kolei wyborami Jordi Pujol uznał, że aby zapewnić sobie zwycięstwo, powinien "przykręcić śrubę" nacjonalizmu i pozyskać elektorat małych partii separatystycznych. Może to być jednak strategia samobójcza. Maragall opublikował ostatnio własny projekt decentralizacji Generalitat i przyznania wielu jej kompetencji regionom katalońskim. Prasa sądzi jednak, że jest to projekt "personalny", mający na celu osłabienie władzy "małego cara". Takim właśnie przydomkiem obdarzył Pujola madrycki dziennik "El Pais" po tym, jak Generalitat odmówiła przedłużenia koncesji nadającej od 75 lat sieci radiowej Cope, opozycyjnej w stosunku do CiU. Uzasadniając tę decyzję, Pujol powiedział, że "wolność słowa nie oznacza prawa do rozpowszechniania kłamstw". Eskalacja żądań niepodległościowych Katalonii i Kraju Basków stawia Hiszpanię przed koniecznością określenia na nowo struktury swej państwowości. Prawdopodobnie formuła jednolitego państwa centralnego została już wyczerpana i nie można wykluczyć, że w pierwszej dekadzie nowego stulecia na Półwyspie Iberyjskim powstanie nowe państwo: Stany Zjednoczone Hiszpanii.

Więcej możesz przeczytać w 29/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0