Obraza świętości

Obraza świętości

Dodano:   /  Zmieniono: 
Co roku czytamy, że w Polsce i Rosji zamarzło tylu a tylu pijaków. Możemy wstępować do NATO, UE, a nawet do Towarzystwa Koneserów Trufli i Bakłażanów - i tak co roku zimą tup, tup, tup, wracamy na Dziki Wschód
Wszyscy słyszeliśmy o świętych krowach w Indiach. Ich istnienie może się nam wydać dziwne lub absurdalne, ale tam przynajmniej powierzono tę funkcję prawdziwym zwierzętom i wszystko jest jasne. W naszym, zachodnim, kręgu cywilizacyjnym krowy się zjada. Widocznie jednak głęboko tkwi w człowieku - obok tak elementarnych potrzeb, jak potrzeba stepu i potrzeba herbaty - potrzeba świętej krowy. Dlatego pustkę po zjedzonym zwierzęciu społeczeństwa wypełniają sobie ludźmi, których obsadzają w tej roli. I tu sprawa się gmatwa. Zaspokajanie nawet najgłębszych ludzkich potrzeb bywa bowiem ograniczane przez przepisy prawne, ustalane przez tychże ludzi. Przepisom jest zaś zwykle obca kategoria świętych krów. A jednak ta kategoria istnieje, ma się dobrze i bywa tolerowana nawet w odmianie krowy nie tylko świętej, ale i szalonej. Każdy kraj dorobił się w tej dziedzinie swojej specjalizacji, traktowanej już nieomal na takich samych prawach jak skarbnica narodowego folkloru. Polska ma na przykład swoich "świętych pijaczków", którym nikt nic nie powie ani nie zrobi, bo to, panie, w sumie nawet taki dość wesoły ludek... Co roku zimą czytamy praktycznie identyczne depesze agencyjne, że "w Polsce i Rosji zamarzło tylu a tylu pijaków". Możemy sobie wstępować do NATO, UE, a nawet do Towarzystwa Koneserów Trufli i Bakłażanów - i tak co roku zimą tup, tup, tup, wracamy na Dziki Wschód. We Francji najbardziej widoczne są dwa stada świętych krów. Pierwsze rzuca się w oczy natychmiast po przekroczeniu granicy. Są to motocykliści. W kraju tym obowiązują dwa kodeksy drogowe. Jeden jest napisany i zatwierdzony w formie ustawy. Obowiązuje kierowców samochodów, którzy są surowo (i coraz surowiej) karani za jego najdrobniejsze przekroczenia, a państwo nie szczędzi środków na nowoczesne i drogie metody czy aparaty, pozwalające wykryć te uchybienia i zidentyfikować sprawców. Drugi nie istnieje w formie pisemnej, stanowi dokładne przeciwieństwo pierwszego i jest przeznaczony dla motocyklistów. Głosi on, że należy jeździć po lewej stronie ciągłej linii, a jeśli już wraca się na drugą stronę, to po to, by wyprzedzać z prawej, zajeżdżając nagle drogę, a na odcinkach kilkupasmowych jechać pełnym gazem między dwoma rzędami samochodów. Motocykl jest we Francji pojazdem uprzywilejowanym, ma bezwzględne pierwszeństwo przejazdu. Obecnie już naturalnym odruchem francuskich kierowców stało się bojaźliwe uciekanie na boki, gdy szczęśliwie zdążą zauważyć pędzący z tyłu motocykl. Biada kierowcy, który by tego nie zrobił, albo gdyby - co gorsza - motocyklista zastał go akurat w momencie, gdy ośmielił się zmieniać pas. Sankcje przewidziane przez "drugi kodeks drogowy" są natychmiastowe: wyłamanie i roztrzaskanie bocznego lusterka, wybicie szyby, wgniecenie karoserii kopniakiem podkutego buta albo ciosem podręcznego narzędzia. Jeśli motocyklista jest w łaskawym nastroju, samego kierowcy może nie uszkodzić. Można sobie zapisywać numer rejestracyjny motocykla - policja rozkłada ręce: "A świadków pan ma?". Francuzi znaleźli się już w stanie, w którym nie zdają sobie sprawy, jak bardzo nienormalne, niebezpieczne i oburzające jest zachowanie motocyklistów na ich drogach - chyba że wyjadą za granicę. Bo można przejechać pół Europy i nigdzie, oprócz Francji, nie być zmuszonym nieustannie się troszczyć o to, jak uniknąć zderzenia z motocyklistą. We Francji ginie ich ok. 900 rocznie. Statystyki milczą na temat liczby kierowców pozbawionych przez nich życia, zdrowia, rodziny lub samochodu. Stało się to już tak "normalne" jak zamarzanie pijaków w Polsce i Rosji. Zapewne dlatego nikt już się nawet nie dziwi, kiedy w telewizji pojawia się nagle jegomość w skórzanej kurtce i najbezczelniej w świecie domaga się od rządu surowszego karania kierowców za rozmawianie przez telefon w samochodzie, bo... może to na tyle zaprzątnąć ich uwagę, że nie zauważą motocyklisty wyprzedzającego z prawej albo jadącego po niewłaściwej stronie ciągłej linii. A rząd boi się motocyklistów, bo to silne lobby, jest ich dużo i jak im się coś nie spodoba, to mogą zrobić "zajazd" Paryża. Specjalne "bezprawne prawa" ma także drugie stado świętych krów: myśliwi. Niedawno rząd zamówił wprawdzie raport w tej sprawie, ale wnioski są nieśmialutkie. Ustawa z 1964 r. wprowadziła na przykład rozbój na równej drodze w pełnym majestacie prawa. Stanowi ona, że każdy właściciel gruntów powyżej 20 ha (a także jego współmałżonek i wszyscy wstępni i zstępni!!!) musi z mocy prawa należeć do gminnego stowarzyszenia myśliwych i udostępniać im swoje tereny na polowania! Pod naciskiem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który uznał to za łamanie prawa do własności i swobody stowarzyszania się, po trzydziestu pięciu latach zaczyna się planować przepis, który pozwalałby właścicielom gruntów na zakazanie wstępu myśliwym. Ale rządowy raport chce im narzucić tak skomplikowaną procedurę starań o to prawo, że jest jasne, iż chodzi o ich odstraszenie. I tak sobie żyjemy - z demokracją w sercu i świętymi krowami na karku.
Więcej możesz przeczytać w 49/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0