Uczelniany szyderca

Uczelniany szyderca

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z DAVIDEM LODGE'EM, pisarzem
Sylwia Żołnacz: - Czy jest pan pisarzem postmodernistycznym?
David Lodge: - Nie identyfikuję się z pisarzami twierdzącymi, że rzeczywistość jest wymyśloną przez nas konstrukcją, że nie ma czegoś takiego jak jaźń, że są to kategorie wytworzone przez umysł, zmyślone, fikcyjne. Wykorzystuję jednak pewne techniki i chwyty literackie charakterystyczne dla prozy postmodernistycznej, jak parodia, pastisz bądź komentarz metaliteracki. Uważam bowiem, iż literatura współczesna zmieniła się zbyt mocno, by można było udawać, że nic się nie stało. Wprawdzie nie zgadzam się z poglądami dekonstrukcjonistów, którzy radykalnie dzielą świat na język i rzeczywistość, ale interesuje mnie obszar rozciągający się pomiędzy tym, co się dzieje, a możliwością wyrażenia tego słowem.
- Jest pan uważany przez krytyków i czytelników za przedstawiciela nurtu uniwersyteckiego we współczesnej prozie. Zgadza się pan z takim przyporządkowaniem?
- Tak, nie odżegnuję się od tej opinii. Myślę, że jeśli chce się pisać powieści, których akcja toczy się w środowisku uniwersyteckim, siłą rzeczy przyjmuje się konwencje typowe dla podgatunku zwanego powieścią kampusową. Pojawiła się ona w Stanach Zjednoczonych. Kampus oznacza miasteczko akademickie. Do lat 50. w Wielkiej Brytanii powstawały powieści o życiu na uniwersytecie, ale oglądanym oczami studentów. Starano się ukazać powszednie życie studentów. Powieść uniwersytecka traktująca o relacjach między kadrą akademicką a studentami narodziła się dopiero w latach 50.
- Powieść uniwersytecka to jednak nie tylko rejestracja obyczajów studentów i wykładowców.
- Właśnie. Jako przykład mogę podać dwie moje powieści: "Zamianę" i "Mały światek". Pierwszą napisałem pod wpływem wyjazdu do Stanów Zjednoczonych w latach 60., kiedy wybuchła tam rewolucja seksualna. Był to dla mnie czas porównania moralności, języka i stylów życia angielskiego i amerykańskiego. Natomiast "Mały światek" próbuje głównie pokazać świat jako globalną wioskę z ogromnymi możliwościami komunikowania się. Kolejnym przykładem byłaby "Fajna robota", w której dwaj główni bohaterowie to wykładowca uniwersytecki i kierownik fabryki. Ich prywatne światy, filozofie zderzają się, a wszystko rozgrywa się na tle panującego w latach 80. thatcheryzmu. W tym utworze są elementy powieści uniwersyteckiej, ale jakby przez zderzenie tak różnych punktów widzenia wychodzi ona jednocześnie poza tę konwencję.
- Czy łatwo jest pisać o środowisku, z którego się pochodzi bądź jest się z nim związanym?
- Im dłużej uczyłem na uniwersytecie, tym trudniej przychodziło mi pisanie o doświadczeniach znanych z pierwszej ręki. Wiodłem więc pewnego rodzaju podwójne, schizofreniczne życie. Z jednej strony - pisałem o znanych mi ludziach, z drugiej - wciąż byłem profesorem akademickim uczącym studentów.
- Dlaczego nie szukał pan inspiracji poza własnym życiem zawodowym?
- No cóż, najlepiej pisać o środowisku, które się zna. Ale trzeba wspomnieć, że w okresie powojennym w Wielkiej Brytanii doszło do eksplozji życia uniwersyteckiego. Stało się ono dla mnie swoistym mikrokosmosem albo nawet "małym światkiem". W tym światku doskonale można zaobserwować wszystkie stosunki, procesy, zjawiska zachodzące w tak zwanym normalnym świecie. Jest to doskonały materiał do obserwacji. Na przykład można wykorzystać relacje między nauczycielem a uczniem. Tworzywem literackim staje się pewnego rodzaju zabawna niewspółmierność, a nawet sprzeczność pomiędzy wysokimi ideałami stawianymi przez uniwersytet a ludzkimi słabościami.
- Pańskie powieści są wielowymiarowe. W fabule kryją się często odniesienia i aluzje do innych dzieł literackich, choćby w "British Museum w posadach drży".
- Ta wielowymiarowość bierze się stąd, iż staram się, by moje powieści pozwalały odbiorcy przy każdym kolejnym czytaniu coś odkryć. Jeśli chce się rozszerzyć książkę o nowe idee, nowe pomysły, nowe światy, nowe wartości, trzeba czerpać z tradycji literackiej. W młodości byłem pod wrażeniem "Ulissesa" Jamesa Joyce?a. Stał się dla mnie swego rodzaju ideałem, do którego cały czas dążę. W tej powieści jest bowiem tak wiele warstw znaczeniowych - pokłady symboli, odniesień, aluzji literackich - o które mi chodzi.
- Bawi się pan też konwencjami, za co cenią pana czytelnicy.
- Tak, w mojej twórczości przeplata się wiele różnych stylów pisania i technik narracyjnych. Są to na przykład listy, wycinki prasowe, fragmenty dziennika, scenariusz filmowy - dialogi pozbawione opisów. Zależy mi na tym, by książka była różnorodna.
- W pańskiej prozie pojawia się humor czasami jakby wyjęty wprost z komedii slapstikowej. A jaka jest rola stereotypu w pana powieści?
- To słuszna uwaga. Postacie występujące w powieści uniwersyteckiej są komiczne, a dla uzyskania odpowiedniego efektu trzeba wykorzystywać pewne schematy. Również pomniejsi czy drugorzędni bohaterowie muszą być stereotypowi, gdyż są opisani zdawkowo. - Jest też w pana książkach wiele uwag o warsztacie literackim. Czy wynika to z faktu, że jest pan nie tylko pisarzem, lecz także teoretykiem literatury? - Te metafikcyjne komentarze są ukłonem, filozoficznym przyznaniem, że powieść jest istotnie konstrukcją literacką, że jest to rzecz zrobiona, sztuczna. To nie jest otwarte, przezroczyste okno na rzeczywistość, ale sztuczny twór. Równocześnie piszę o tym, co znam, co mnie pociąga i fascynuje. A mnie fascynuje narratologia, techniki pisarskie. Tak więc umieszczam często uwagi metajęzykowe w swoich powieściach.
- Czy uważa się pan za eksperymentatora?
- Nie nazwałbym się tak, choć myślę, że mam pewien wkład, jeśli chodzi o techniki literackie. Na pewno nie jestem pisarzem eksperymentalnym w tym sensie, że nie staram się urzeczywistniać określonych teorii estetycznych, nie gonię za nowością. Nie uprawiam sztuki dla sztuki. Nie poszukuję też na siłę nowych technik pisarskich. Moją naczelną ideą jest dotarcie do czytelnika i temu podporządkowuję formę pisarską. Kiedy określają mnie jako postmodernistę, odpowiadam, że wszyscy jesteśmy postmodernistami, żyjemy właśnie w takiej epoce. Ja jednak nie należę do grona pisarzy, którzy skupiają się na tym, aby walczyć ze sposobem pisania uprawianym przez ich poprzedników.
- Czy uzasadnione jest odczytywanie pana powieści jako metafory współczesnego świata?
- Powieści są metaforami świata. Myślę, że odzwierciedlają świat w sposób, który może się okazać rewelacją, objawieniem, oświeceniem dla czytelnika.

Więcej możesz przeczytać w 49/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0