Teatr autora

Teatr autora

Dodano:   /  Zmieniono: 
Na scenach dominuje klasyka grana po bożemu
Mówi się: "Byłem na "Ślubie" Grzegorzewskiego, "Kartotece" Kutza, "Hamlecie" Warlikowskiego, "Powrocie Odysa" Lupy". A przecież teatr to nie tylko reżyserzy. To - oprócz Strehlera, Brooka czy Wielkiej Reformy - również autorzy dramatyczni. Gdyby nie oni, nie byłoby co grać, a rzesza wykonawców (aktorów, scenografów i kompozytorów) zostałaby bez pracy lub grała pantomimę, choć i do tego potrzebny jest jakiś scenariusz. W stołecznej gazecie na stronie z repertuarem teatrów można przeczytać, że granych jest dwanaście sztuk klasycznych, (w tym pięć rodzimych) i dziewięć dramatów współczesnych (wśród nich dwa polskie: komedia "Egzekutor" Marka Rębacza i "Tango" Sławomira Mrożka, które też już należą do klasyki). Ostatnio pod egidą Teatru Rozmaitości Towarzystwo Teatralne pokazało dwie nowinki angielskie. Rozmaitości przygotowały także serię spektakli czytanych, prezentujących najnowszą dramaturgię niemiecką. Przeglądu współczesnych sztuk polskich teatr nie zapowiada. Z naszych autorów można czasem obejrzeć tylko dramaty Marka Koterskiego, szyderczego krytyka naszej codzienności. Do jego "Domu wariatów" zabrał się, niestety, teatr szalenie tradycyjny. Na naszych scenach przeważa klasyka grana po bożemu, czyli tak jak przed wiekiem czy przed pięćdziesięciu laty, w najlepszym razie jak trzy dziesięciolecia temu, czego nie wypada wytykać, a nawet należy się tym zachwycać. Śmiałe przeróbki dramatycznych zabytków wywołują skandal i zgorszenie społeczności teatralnej (co dotyczy na przykład "Magnetyzmu serca" Aleksandra Fredry w reżyserii Grzegorza Jarzyny). Ton teatrom stołecznym nadaje szacowna nuda i mniej stateczny bulwar, w którym wyspecjalizowały się dwie sceny: Prezentacje i Kwadrat, a obecnie dołącza do nich Syrena. Nic w tym złego, tylko że dla osób szukających w teatrze czegoś więcej niż "kulturalnego" sposobu na spędzenie czasu wolnego to słaba pociecha. Chciałyby one usłyszeć coś o sobie i współczesnych, a przynajmniej poznać głos dzisiejszego autora. Taką możliwość stworzyła w Szczecinie Anna Augustynowicz. Dla sztuki Austriaka Wernera Schwaba przygotowała dobitną, adekwatną przestrzeń teatralną i odpowiednią konwencję gry aktorskiej. Dzieło Schwaba - drastyczne, bulwersujące, zbuntowane - było przyjmowane ze świadomością, że jest obce. Ale już dwie jednoaktówki Koterskiego ("Kocham cię" i "Ich troje") uderzały widza brutalną prawdą o zwykłym Polaku, choć zagrane zostały taktownie. Podobnych autorów u nas nie widać. Toteż nic dziwnego, że reżyserzy chętnie biorą na warsztat sztuki obce. W Krakowie i Wrocławiu wystawiono "Prezydentki" Schwaba - przytłaczające moralnie i kończące się morderstwem. Dramat ten ukazuje nędzne życie trzech kobiet z klasy niższej, ich pragnienia, rozczarowania, bezsens życia. Tak ponurej wizji ludzkiego bytowania na dnie nie zaprezentował żaden nasz autor z wyjątkiem Nawrockiego (w "Młodej śmierci" wystawionej przez Augustynowicz). Twórczość polskich autorów można poznać z kilku źródeł. Fundusz Popierania Twórczości Stowarzyszenia Autorów ZAiKS i Teatr Mały w Warszawie od pięciu lat organizują Teatr Autora. Co miesiąc prezentowane są sztuki naszych twórców - czytają je i odgrywają zawodowi aktorzy. Przedstawiono już ponad 30 dzieł, z czego tylko trzy trafiły na deski teatralne ("Greenpoint" Edwarda Redlińskiego, "Święcone na pół" Jana Krzysztofczyka, a ostatnio "Tomasz Mann" Jerzego Łukosza). Ale nie tylko dlatego twórcy tej wartościowej i ze wszech miar sensownej inicjatywy czują, że ich cele zostały osiągnięte połowicznie. Zawód sprawili ci, z myślą o których podjęto tę promocyjną działalność - dyrektorzy teatrów i kierownicy literaccy. Nie zawiodła tylko publiczność, co świadczy o zainteresowaniu widzów sztukami rodzimymi. I to niekoniecznie polskimi Szekspirami. Nie samymi Szekspirami przecież teatr żyje. Nowe dramaty polskie można też znaleźć w "Dialogu" - miesięczniku czytanym wyłącznie przez specjalistów od teatru. Wiele sztuk w nim drukowanych nie dociera do publiczności. A szkoda, bo chociaż nie zawsze są doskonałe, prezentują jednak to, co interesuje współczesnych autorów, i chociażby z tego powodu są cenne. Ostatnio sytuacja nieco się poprawiła. Od początku tego roku w "Dialogu" ukazało się dziewięć sztuk, z czego zrealizowany został jedynie "Jasiek" Andrzeja Maleszki (monodram o macierzyństwie) - przedstawienie sfinansował poznański festiwal Malta. "Czwarta siostra" autorstwa Janusza Głowackiego niebawem będzie miała premierę w dwóch teatrach. To utwór ostry i współczesny, szkoda tylko, że jego akcja toczy się w Rosji, a nie w Polsce. Na prapremierę czeka także "Piękny widok" Mrożka, napisany na zamówienie Teatru Współczesnego w Warszawie. Nowoczesną w formie, traktującą o piekle rodzinnym "Pleśń" młodego debiutanta Olgierda Kajaka zamierza wystawić Anna Augustynowicz, która chce zrealizować również w teatrze lalkowym dramat licealistki Anety Wróbel (rocznik 1981) "Co się dzieje z modlitwami niegrzecznych dzieci" (publikowany w tym roku w "Dialogu", zwycięzca VII Konkursu dla Młodych Dramaturgów pod hasłem "Szukamy polskiego Szekspira"). Natomiast telewizja podejmie się zapewne realizacji kunsztownej i wieloobsadowej fantazji o Gombrowiczu, czyli "Co nie jest snem" Eustachego Rylskiego, oraz "Dragona" Władysława Terleckiego. Nie wiadomo, czy znajdzie się chętny, by wystawić "Jak łza przy łzie" Christiana Skrzyposzka - gorzką tragikomedię o umieraniu, zaniku uczuć wobec śmierci i bezduszności służby zdrowia. Okazuje się, że polska propozycja dramaturgiczna "Dialogu" jest zróżnicowana. Mogłoby się więc wydawać, że nie jest aż tak źle. Ale nadal brakuje w tym wszystkim obrazu i osądu teraźniejszości. Dowodzi tego chociażby konkurs Ministerstwa Kultury na realizację polskiej sztuki współczesnej. W finale znalazły się między innymi utwory Sławomira Mrożka (dwa), Tadeusza Różewicza, misterium "Pasja zabłudowska" Piotra Tomaszuka (główna nagroda) i "Farrago" Lidii Amejko. Teatr Telewizji reprezentował tylko Doman Nowakowski sztuką "Usta Micka Jaggera" o konfrontacji trzech pokoleń (?68, ?80 i ?89). W związku z tym, że ta ostatnia sztuka jest małoobsadowa, któryś z teatrów mógłby sobie pozwolić na jej wystawienie. Ale realizacja nowego dramatu polskiego to - jak się okazuje - tak wielkie ryzyko teatralne, że stanowi dyrektorskie tabu. Nie podejmując wyzwań, teatry będą jednak mielić w kółko to samo. Bez żywego laboratorium dla nowych dramatopisarzy sztuka dramatu nigdy się u nas nie rozwinie. Ani sztuka teatru. Aktorzy i reżyserzy będą najwyżej przystrajać nowymi grymasami i sztuczkami (często zapożyczonymi z zagranicy) teksty pokryte naftaliną. Z całym szacunkiem dla tradycji i eksperymentów formalnych - to nie wystarczy. Będziemy bowiem skazani na import zachodniej dramaturgii i - co się z tym wiąże - zachodnich problemów, które nie przystają do naszych. Fascynacja i zapatrzenie młodych ludzi teatru w dramaturgię angielską i niemiecką przyniosłyby największą korzyść, gdyby zainspirowały autorów do pisania równie odważnych sztuk na polskie tematy. Tylko kto poza Anną Augustynowicz sięgnie po tak brutalne dzieła podpisane nazwiskiem Jan Kowalski, a nie John Smith? Odważni reżyserzy mogą szukać nowych utworów w jeszcze jednym miejscu. Polski Ośrodek ASISTEJ Międzynarodowego Stowarzyszenia Teatru dla Dzieci i Młodzieży pod opieką Haliny Machulskiej (od lat zajmującej się wprowadzaniem młodych w świat teatru) organizuje konkursy i warsztaty dramaturgiczne dla młodzieży (od jedenastego do dwudziestego roku życia) z udziałem dorosłych artystów. Uczestniczą w nich przeważnie mieszkańcy miasteczek. Autorzy najlepszych sztuk wysyłani są z kolei na Interplay - międzynarodowe zjazdy młodych dramaturgów, które najczęściej odbywają się w Sydney w Australii. Paweł Nowak zdobył tam pierwszą nagrodę za napisaną po angielsku "Wyspę", ukazującą, jak z biegiem czasu dwóch rozbitków przestaje tęsknić za dawnym światem. Sukces odniosła także Małgorzata Jokiel i jej "Skrzydełka", zrealizowane na dużej scenie w Sydney, w czym uczestniczyli zawodowi aktorzy (spektakl grany był nawet u nas w teatrach lalkowych i amatorskich). To filozoficzna przypowieść o dziecku, które rodzi się ze skrzydełkami. Jego rodzice są zrozpaczeni i chcą ten fakt ukryć, wykorzystują jednak zaklęcia dziecka sprowadzające na nich złoty deszcz. Wreszcie ucinają skrzydła i manna z nieba przestaje spływać - odmienność jest ceną za bogactwo, ale i sama jest cenna. Lecz nie dla ludzi tępo myślących - jak twierdzi autorka. Za rok Interplay ma się odbyć w Polsce. Może jako impreza międzynarodowa zainteresuje naszych ludzi teatru. Co najmniej kilka sztuk młodych autorów rokuje nadzieje, że można w ich twórczości znaleźć coś interesującego. Oferują nie tylko świeże spojrzenie na świat, ale także ważką problematykę. Kto wie, może wśród nich są autorzy z prawdziwego zdarzenia.


Więcej możesz przeczytać w 49/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0