Służba niebezpieczeństwa

Służba niebezpieczeństwa

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy w 1989 roku zamierzano wprowadzić w Polsce stan wojenny?
Zdaniem Jarosława Kaczyńskiego, fakt, że SB aż do grudnia 1989 r. aktualizowała listy osób przeznaczonych do internowania, gdyby wprowadzono stan wojenny, świadczy "pośrednio (...) o przygotowaniach do zamachu stanu". Inne stanowisko zajął prof. Jerzy Holzer, zauważając, iż nagłośnione przez UOP materiały "nie są rewelacją", bo "to, że tajne służby PRL próbowały odgrywać rolę w polityce, jest rzeczą od dawna znaną". Wydaje się, iż w pierwszym wypadku mamy do czynienia z daleko idącym przewartościowaniem ujawnionych dokumentów, w drugim zaś - z ich pochopnym zlekceważeniem.
Z kilkudziesięciu odtajnionych dokumentów najistotniejsze znaczenie dla poznania kulis przełomu politycznego 1989 r. w Polsce mają trzy. Pierwszy dotyczy operacji Urna ?89, jak wdzięcznie kierownictwo MSW określiło przedsięwzięcia resortu związane z kampanią przed czerwcowymi wyborami do parlamentu. Wiadomość, że SB - podobnie jak cała administracja państwowa - czynnie angażowała się w zwalczanie kandydatów opozycyjnych, nie jest zaskoczeniem. Ważne jest natomiast potwierdzenie, że takie działania, jak instalowanie podsłuchów w siedzibach komitetów obywatelskich "Solidarności" czy kolportowanie fałszywych informacji i ulotek mających skompromitować kandydatów, było nakazaną przez warszawską centralę skoordynowaną akcją, nie zaś samowolnymi inicjatywami lokalnych komórek SB. W świetle ujawnionego pisma szefa SB, gen. Henryka Dankowskiego, z 10 maja 1989 r., rozesłanego do wszystkich podległych mu jednostek po wykryciu podsłuchu w lokalu KO "S" w Słupsku, jasno wynika, że podobne działania prowadzono w całym kraju.
Jeszcze ciekawszy jest szyfrogram z 8 lipca 1989 r., wysłany przez gen. Dankowskiego, w którym zalecał on swoim podwładnym "wykorzystanie służbowych możliwości operacyjnych" w celu zdobycia poparcia dla kandydatur generałów Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka w wyborach prezydenckich. 29 czerwca 1989 r. Jaruzelski w nagłym trybie zwołał posiedzenie Biura Politycznego z udziałem wszystkich sekretarzy KC. Oświadczył, że podjął decyzję o rezygnacji z ubiegania się o stanowisko głowy państwa. Jak można było przeczytać w ocalałym protokole z tego posiedzenia, przekonywał zebranych, że "może nie uzyskać odpowiedniego poparcia Zgromadzenia Narodowego", a "nie można w żadnym wypadku podejmować ryzyka przegranej kandydata koalicji". Ocenił, że istnieje "realna groźba zgłoszenia przez opozycję swojego kandydata, który może uzyskać poparcie części posłów opozycji, a nawet niektórych posłów PZPR". Jeśli zaś nawet "kierownictwo opozycji podejmie jakieś działania na rzecz poparcia" jego kandydatury, "to trudno dzisiaj liczyć, że będzie ono zdecydowane i skuteczne". Uznał, że niewskazany byłby wybór I sekretarza KC PZPR na prezydenta "z poręczenia opozycji, na zasadzie ratowania, a nie rzeczywistego poparcia". W związku z powyższym zaproponował wysunięcie kandydatury Czesława Kiszczaka, gdyż ten "nie napotka tak mocnego oporu opozycji". Decyzja Jaruzelskiego wywołała konsternację większości członków Biura Politycznego, którzy bezskutecznie próbowali go przekonać do zmiany zdania. Zdaniem Kazimierza Barcikowskiego, "nieprzejście kandydatury gen. W. Jaruzelskiego to początek rozkładu całego obecnego układu politycznego". Według Władysława Baki, decyzja generała musiała doprowadzić do "załamania obecnego układu politycznego". Również Mieczysław F. Rakowski próbował przekonać Jaruzelskiego, by zmienił zdanie, twierdząc, że "nie można zbyt daleko ustępować. Jeżeli pozwolimy na kolejne ustępstwa (np. sprawa premiera), bardzo szybko nastąpi demontaż władzy". W przerwie obrad Jaruzelski odbył konsultacje z liderami ZSL (Romanem Malinowskim) i SD (Jerzym Jóźwiakiem). Obaj zadeklarowali, że poprą kandydaturę Kiszczaka, "ale pod warunkiem, że będzie miał zapewnioną [odpowiednią] liczbę głosów opozycji". Potwierdzało to po raz kolejny, że utracili oni przynajmniej częściowo kontrolę nad swoimi posłami, w przeciwnym bowiem razie poparcie parlamentarzystów "Solidarności" nie byłoby Jaruzelskiemu potrzebne.
Próbując przekonać generała, Janusz Reykowski dowodził na wspomnianym posiedzeniu kierownictwa PZPR, że "z podobnymi zagrożeniami będzie musiał się liczyć każdy kandydat na prezydenta z ramienia koalicji". Przewidywał, że "20-30 posłów z opozycji nie będzie brało udziału w Zgromadzeniu Narodowym. Trzeba nad tym popracować". Praca trwała trzy tygodnie i - sądząc po szyfrogramie gen. Dankowskiego - nie ograniczała się do rozmów politycznych z parlamentarzystami i "przedstawiania im grozy sytuacji", co proponował prof. Reykowski. W wyborach prezydenta 19 lipca 1989 r. uczestniczyło 544 z 560 członków Zgromadzenia Narodowego. Gen. Jaruzelskiego, który decyzję o kandydowaniu podjął dopiero dzień wcześniej, poparło 270 głosujących, 233 było przeciwnych, 34 wstrzymało się, a 7 oddało głosy nieważne. Wymagana większość przy 537 głosach ważnych wynosiła 269, co oznaczało, że generał został wybrany większością jednego głosu.

Tuż po 4 czerwca 1989 roku w MSW opracowano uzasadnienie decyzji o unieważnieniu wyborów

W związku z tym, że głosowanie było jawne, wiadomo, iż Jaruzelski został prezydentem dzięki faktycznemu poparciu części opozycji. Przeciwko niemu głosowało bowiem sześciu posłów z ZSL, czterech z SD i jeden z PZPR, a czterech innych (trzech z ZSL i jeden z PZPR) nie wzięło udziału w wyborach. Jaruzelskiego uratowała akcja zorganizowana w trakcie głosowania przez senatora Andrzeja Wielowieyskiego. Wraz z sześcioma parlamentarzystami oddał on głos nieważny, obniżając w ten sposób minimum umożliwiające wybór. Jeszcze dalej posunął się senator OKP, Stanisław Bernatowicz, który poparł Jaruzelskiego. Wybór generała ułatwiła de facto także postawa jedenastu parlamentarzystów z OKP, którzy nie uczestniczyli w głosowaniu, motywując to między innymi brakiem rzeczywistego wyboru. Otwarte pozostaje pytanie, ilu z nich zachowało się tak, obawiając się zachwiania procesu demokratyzacji, ilu zaś wskutek nacisków czy wręcz poleceń podwładnych gen. Dankowskiego. Trudno bowiem uwierzyć, by we wszystkich wypadkach szef SB otrzymał na swój szyfrogram taką odpowiedź, jaka nadeszła z Katowic, gdzie o senatorze OKP Leszku Piotrowskim napisano: "Z wyżej wymienionym możliwe jest kontynuowanie kontaktów operacyjnych, jednak bez możliwości zlecania mu zadań z naszej strony".
Największą zagadką dotyczącą wydarzeń 1989 r. w Polsce nie są jednak kulisy wyboru gen. Jaruzelskiego na prezydenta, ale kwestia ewentualnych przygotowań władz do użycia siły i powstrzymania procesu destrukcji ustroju po przegranych wyborach czerwcowych. Ujawnione przez UOP dokumenty SB z Rzeszowa i Skierniewic dowodzą jedynie, iż opracowywano - na podstawie instrukcji MSW, pochodzącej jeszcze z września 1984 r. - listy osób przeznaczonych do internowania, jeśli wprowadzono by stan wojenny. Z kolei w ekspertyzie odnalezionej niedawno w materiałach archiwalnych KC PZPR, sporządzonej w maju 1989 r. dla gen. Jaruzelskiego, mowa była o konieczności zastosowania - gdyby doszło do klęski wyborczej - bliżej nie określonych "środków specjalnych". Tuż po 4 czerwca 1989 r. w MSW opracowano zaś uzasadnienie decyzji o unieważnieniu wyborów w związku z upadkiem listy krajowej. Natomiast 16 czerwca na posiedzeniu sekretariatu KC sam Jaruzelski wypowiedział wielce enigmatyczne zdanie: "Mamy dylemat - czy żyć w tym stanie, czy też decydować się na drastyczne decyzje, które mogą wywołać groźne reperkusje". Czy wszystko to można jednak uznać za wystarczający dowód przygotowywania nowego stanu wojennego?
Zadałem to pytanie kilku członkom Biura Politycznego i wysokim funkcjonariuszom MSW, zgromadzonym pod koniec października w Miedzeszynie na konferencji "Koniec systemu", którą zorganizował Instytut Studiów Politycznych PAN. Odpowiedzią były gorące zaprzeczenia graniczące z oburzeniem. Oczywiście, nie należy się spodziewać, że znajdziemy obecnie kogoś skłonnego się przyznać bodaj do rozważania takiej alternatywy. Z drugiej wszakże strony, zarówno gen. Jaruzelski, jak i Kiszczak, dawali do zrozumienia, że w 1989 r. musieli pacyfikować "odwetowe" nastroje w wojsku i służbach specjalnych. W spoczywającym wciąż na półkach TVP filmie Jolanty Kessler-Chojeckiej "Tamtego ?89 roku..." gen. Kiszczak wprost mówił o anonimowym członku kierownictwa PZPR, który miał go po 4 czerwca namawiać do unieważnienia wyborów i wprowadzenia stanu wyjątkowego. Czy tego rodzaju wypowiedzi nie są jednak wyłącznie próbą wzmacniania legendy generałów jako ludzi, którzy wbrew bliżej nie określonemu "betonowi" partyjnemu wprowadzili Polskę na drogę demokratyzacji? Czy sporządzanie w drugiej połowie 1989 r. list osób przewidzianych do internowania na rozkaz wydany pięć lat wcześniej było dowodem przygotowywania przewrotu, czy też raczej świadectwem dobrego funkcjonowania policyjnej maszynerii, która pracowała bez zasadniczych zmian aż do wiosny 1990 r.?
Na te pytania nie ma jednoznacznej odpowiedzi i można wątpić, czy kolejne rewelacje z archiwów UOP rzeczywiście pozwolą ją odnaleźć. Stanowią za to interesujący przyczynek do dyskusji o słuszności rezygnacji z "opcji zerowej" podczas przekształcania SB w UOP w 1990 r. Warto się na koniec zastanowić nad przyczynami wchodzenia obecnego kierownictwa UOP w rolę historyka. Odpowiedź na pytanie, w jakim stopniu chodzi tu o ujawnienie prawdy, w jakim zaś o realizację aktualnych celów politycznych, może bowiem być równie frapująca, jak zastanawianie się nad tym, czy przed dziesięciu laty w skierniewickiej SB mieliśmy do czynienia z nadgorliwcami, czy też potencjalnymi zamachowcami.


Więcej możesz przeczytać w 49/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0