Wnukowie ludożerców

Wnukowie ludożerców

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wszyscy przybywający do tego kraju mają ochotę wcześniej czy później zadać dwa pytania: kiedy w tym kraju zobaczono po raz pierwszy białego człowieka i kiedy przestano uprawiać ludożerstwo?
Odpowiedzi na oba pytania zawsze budzą zdziwienie. Pierwszy Europejczyk pojawił się w interiorze Papui-Nowej Gwinei dopiero w roku 1935. Tak naprawdę białe twarze mieszkańcy gór zobaczyli na początku lat 50. A ludożercy? W przeciwieństwie do Fidżi temat jest wyraźnie wstydliwy. Podobno w głębokich zakątkach, zwłaszcza w dżungli, kanibalizm w swoich rytualnych formach przetrwał aż do lat 60.
W ponadczteromilionowym państwie będącym członkiem Brytyjskiej Wspólnoty i ONZ, nowoczesność - od gęstej sieci komunikacji lotniczej po komputery - żyje w symbiozie z prehistorią. Administracja współczesnego państwa akceptuje liczne pozostałości wspólnoty pierwotnej. Wieś i jej hierarchia, z szefem i radą wioski na czele, stanowią nadal instytucjonalną podstawę życia publicznego. Zarówno tradycyjna obyczajowość, kult przodków, sztuka, formy bytowania 90 proc. mieszkańców i uznane instytucje prawa zwyczajowego, jak wielożeństwo, dominująca rola mężczyzny, autorytarny system wioskowego sądownictwa, są tu rzeczywistością.
Nad głowami latają samoloty, po drogach - przeważnie pożal się Boże! - śmigają samochody, działają telefony, radio, tu i ówdzie telewizja, postęp widoczny jest więc gołym okiem. Ja także go dostrzegam, choć inne uderzają mnie zmiany. Przed ćwierćwieczem po górach i dolinach przesuwały się liczne postacie z kłami knurów w nozdrzach, z piórami rajskich ptaków we włosach, niekiedy o malowanych twarzach - teraz wszystkie te indywidua można dostrzec tylko w oddalonych osadach górskich lub na brzegach rzeki Sepik, a także na pokazach aranżowanych dla turystów. Kiedyś marzyłem o zobaczeniu bajkowego tańca "ludzi mułu", ale było to niezmiernie trudne; teraz w błotnistej wiosce Mindima w prowincji Chimbu oglądam niesamowity balet, może raczej pantomimę osobników wysmarowanych mułem, w dziwnych, karykaturalnych maskach na głowie - czyżby nie trzeba już było odstraszać wrogich sąsiadów, wynurzając się bezgłośnie z nadgranicznej rzeczki?
Nie skończył się odwieczny dramat konfliktów między wioskami, których mieszkańcy mówią innymi językami. Jeżeli się nie rozumieją, to się biją. Na wyspie mówi się 700 językami, co oznacza jedną trzecią wszystkich języków świata! Są trzy główne przyczyny sporów: ziemia, kobieta i świnia. Ziemia tradycyjnie jest własnością chłopa - do rządu należą tylko drogi i po trzy metry pobocza. Ponieważ małżeństw w tym samym plemieniu się nie zawiera, więc poszukiwanie żony związane bywa z kłopotami, a nawet niebezpieczeństwami. Świnie są tu swoistym pieniądzem (kosztują 250-400 dolarów) i w świniach określa się cenę oblubienicy. Te "świńskie transakcje" nabrały znaczenia w związku z trwającą od trzech lat inflacją. To bliskie równika państwo boryka się z wieloma problemami. Nauka jest obowiązkowa, lecz płatna, więc obowiązek nie jest respektowany; połowa dzieci nie uczęszcza do szkoły. Niewykształcona młodzież to problem zastępów bezrobotnych (mówi się o 63 proc.) i ciągły wzrost przestępczości, która w miastach zaczyna być prawdziwą klęską. Z sytuacją materialną ludności Papui-Nowej Gwinei wiąże się "kult cargo", zjawiska trochę śmiesznego, a trochę tragicznego. Wyznawcy tej religii - jest ona obecna także na Wyspach Salomona, w Vanuatu i w Irian Jaya - oczekują na "dary z nieba"; wierzą, że pewnego dnia przypłyną statki z ogromną ilością cennych towarów, inne zostaną dostarczone samolotami i ciężarówkami, najpewniej amerykańskimi, może z głębi dżungli. Przeglądając gazety w tym kraju, na przykład dziennik "National", ma się wrażenie, że "kult cargo" uprawiany jest także przez władze. Premier Morauta zapowiada nową poważną pomoc z Australii i Chin. Pomagają stale Nowa Zelandia, Japonia, Stany Zjednoczone, Malezja i inni. Różne obiekty w różnych częściach kraju są dziełem lub darem zagranicy, często kościołów (m.in. szkoły). Choć na obszarze zbliżonym do naszego kraju mieszka zaledwie dziesiąta część ludności Polski, wszędzie tam, gdzie nie ma dżungli (a ta jest przepastna i stosunkowo mało zniszczona), idą, kucają, siedzą na ziemi ludzie - zagęszczenie na ulicach miast, na bazarach, na przystankach autobusowych jest ogromne. Czasem wyglądają dziko, mają twarze ponure, ale prawie zawsze ujmują serdecznością, pozdrawiają z daleka, chętnie podają rękę. Uśmiechy dziewcząt spod wielkich różnokolorowych parasoli - w tym kraju to akcesoria pierwszej potrzeby - są urzekające jak wszechobecne kwiaty hibiskusa.


Więcej możesz przeczytać w 49/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0