Dziecko sukcesu

Dziecko sukcesu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z ENRIQUE IGLESIASEM, piosenkarzem
Wojciech Jagielski: - Ile złotych i platynowych płyt ma pan na swoim koncie?
Enrique Iglesias: - Nie mam pojęcia. Ale wiem, że moja poprzednia płyta w języku hiszpańskim bardzo dobrze się sprzedawała. Podobnie jest z nowym albumem w języku angielskim i singlem z piosenką "Bailamos".
- A co znaczy "Bailamos"?
- "Bailamos" znaczy "tańczymy". Przez taniec rozumiem jednak niezwykłe doznanie erotyczne, a nie przestępowanie z nogi na nogę na prywatce. To bardzo seksowna, zmysłowa, namiętna piosenka.
- A pana motto to wciąż: "Każdego dnia staraj się być szczęśliwym"?
- Tak. Uważam, że jeśli ktoś nie jest szczęśliwy, sukces, sława i pieniądze nie są dla niego nic warte. Trzeba się uczyć być szczęśliwym. Trzeba się cieszyć z tego, kim się jest i co się ma. Pieniądze i sukces nie mają znaczenia, jeśli ktoś nie jest szczęśliwy
- I nie przeszkadza panu, że ludzie rozpoznają pana na ulicy?
- Nie. Kiedy pewnego dnia ludzie przestaną mnie rozpoznawać, prosić o autografy i robić mi zdjęcia w restauracji, zacznę się naprawdę martwić. Zacznę się zastanawiać: "Hej, co się dzieje?". Oczywiście, bardzo sobie cenię prywatność, spokój i jak każdy lubię od czasu do czasu pobyć sam. Ale dobrze jest mieć kontakt z fanami.
- Rodzice nie wiedzieli, że chce pan być piosenkarzem.
- Bo dla mnie muzyka była tajemnicą - osobistą terapią, sekretnym pamiętnikiem. Poza tym chciałem uniknąć sytuacji, gdy siedzę z rodzicami przy stole i mówię: "Tato, chcę zostać pilotem", a ojciec na to: "Zamknij się i jedz". Nie chciałem usłyszeć czegoś takiego.
- Czy nie lepiej było urodzić się w zwykłej rodzinie?
- Nie narzekam. Myślę, że miałem całkiem normalne dzieciństwo - niczego mi nie brakowało. Oczywiście, nie mam porównania - musiałbym się urodzić jeszcze raz w zwykłej rodzinie. Moim zdaniem, prowadziliśmy zupełnie normalne życie. To, że mój ojciec był sławny, nie miało na mnie żadnego wpływu.
- A jak jest teraz?
- Teraz to co innego. Sam jestem piosenkarzem i odnoszę sukcesy. Moje życie się zmieniło, ale taką mam pracę. Kocham muzykę, poświęciłbym dla niej wszystko. Mogę jeździć po świecie, spędzać dni w samolotach i hotelach, pracować, koncertować, udzielać wywiadów - bylebym tylko mógł śpiewać. Kocham muzykę - gdyby tak nie było, nigdy nie wybrałbym takiego zawodu.
- I nie jest to życie w cieniu sławnego ojca?
- Nie. Przestałem żyć w jego cieniu, gdy nagrałem swoją pierwszą płytę. Należymy do dwóch różnych pokoleń. Początkowo ciągle się z nim porównywałem - teraz zaczynam z nim rywalizować. To dość dziwne uczucie rywalizować z własnym ojcem. Jednak w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko muzyka. Do tego się to wszystko sprowadza. Kiedy ktoś włącza radio w samochodzie i słyszy piosenkę, to albo mu się ona podoba, albo nie. Jeśli mu się podoba, to kupuje płytę. I to jest najważniejsze.
- Kto przygotowuje oprawę choreograficzną pana koncertów?
- Słucham swojego instynktu. Poruszam się tak, jak czuję muzykę... Najważniejszy jest rytm, melodia... Podążam za nią zupełnie nieświadomie. Efekt może być fantastyczny albo żałosny, ale przynajmniej ja jestem autentyczny.
- Magazyn "People" opublikował na okładce pana zdjęcie z podpisem "Najseksowniejszy mężczyzna na świecie"...
- Uznałem to za bardzo zabawne. Ale krępowałem się, kiedy wszyscy wypytywali mnie, jak to jest być najseksowniejszym mężczyzną na świecie. Ani w liceum, ani na studiach nie miałem powodzenia - odrzuciło mnie mnóstwo kobiet, więc nie mogę być najseksowniejszym mężczyzną na świecie! Byłem drobnym, chudym dzieciakiem. Może nie byłem najmniej atrakcyjnym chłopakiem w liceum, ale na pewno byłem w pierwszej dziesiątce tych najmniej atrakcyjnych.
- Niedawno zdecydował się pan nagrać płytę z piosenkami śpiewanymi po angielsku. Dlaczego?
- Dorastałem w Stanach Zjednoczonych i od dziecka słuchałem anglojęzycznych wykonawców. Swoje pierwsze piosenki pisałem po angielsku. Po sukcesie "Bailamos" ostatecznie przekonałem się, że powinienem nagrać anglojęzyczną płytę.
- Początkowo pod przybranym nazwiskiem?
- Tak, używałem różnych nazwisk. Nie pojawiałem się w wytwórniach osobiście, tylko wysyłałem kasety pod pseudonimami. Zresztą wysyłałem też nagrania pod prawdziwym nazwiskiem i nie zmieniało to faktu, że byłem odrzucany. Odrzucano mnie jako Iglesiasa i jako kogoś innego.
- Pamięta pan najpiękniejszy dzień w swoim życiu?
- Było kilka takich dni, nie potrafię wymienić jednego. Z pewnością zalicza się do nich dzień, kiedy po raz pierwszy stanąłem na scenie. Pomyślałem wtedy, że już wiem, co chcę robić do końca życia.


Więcej możesz przeczytać w 49/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0