Polski raj

Polski raj

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy powinniśmy zalegalizować pobyt w Polsce miliona nielegalnie pracujących cudzoziemców?
Lea R., Gruzinka, pracuje w Polsce od trzech lat. Nie ma karty stałego pobytu, lecz ma stoisko na największym lubelskim bazarze. Miesięcznie zarabia ok. 5 tys. zł. Marina L., Ukrainka (w Kijowie była pediatrą), przebywa w Polsce od pięciu lat. Na bazarze w Bydgoszczy zarobiła na własną furgonetkę, mieszkanie nadal wynajmuje. W ubiegłym roku wyszła za mąż za Polaka, emeryta wojskowego, ale nie mieszka z mężem. Zapłaciła mu 5 tys. zł, lecz dzięki temu ma polski paszport.
Od 1990 r. polski rynek pracy przestał być rynkiem narodowym. Moglibyśmy na tym skorzystać - jak Amerykanie, Brytyjczycy czy Holendrzy - gdyby nie nierealistyczne rozwiązania prawne i arogancja polskich urzędników. Wyjątkowo przemyślne czasem obostrzenia i utrudnienia urzędnicze w żaden sposób nie przekładają się na nastroje społeczne. W przeciwieństwie do Niemiec czy Francji żadna licząca się grupa społeczna nie domaga się ograniczenia liczby przyjezdnych czy pracujących w Polsce obcokrajowców. 


Legalnie pracuje u nas jednak zaledwie 40 tys. cudzoziemców: 17 tys. specjalistów oraz kadra zarządzająca międzynarodowych korporacji, a także ponad 20 tys. osób posiadających kartę stałego pobytu lub status uchodźcy. Ale to zaledwie promil wszystkich nielegalnie zatrudnionych w Polsce. Nie tylko przybyszów z Azji czy krajów byłego ZSRR, lecz także kilkunastu tysięcy Niemców, Holendrów, Czechów, Włochów, a nawet Amerykanów. Najwięcej z nich znajduje zajęcie w Warszawie, województwach wschodnich, na Pomorzu, Śląsku i w Wielkopolsce.


- Nie ma wiarygodnych statystyk. Wedle szacunków Państwowej Inspekcji Pracy, 100-150 tys. obcokrajowców pracuje w Polsce nielegalnie. Z danych Krajowego Urzędu Pracy oraz szacunków niezależnych ośrodków badań ekonomicznych wynika, że liczba ta sięga 800 tys., a nawet miliona osób. Mniej więcej dla 100 tys. z nich praca w Polsce jest podstawowym zajęciem - uważa dr Sławomir Łodziński, ekspert Biura Studiów i Ekspertyz Sejmu. - Szacujemy, że w Warszawie pracuje nielegalnie 30-40 tys. cudzoziemców. Głównie są to obywatele krajów byłego ZSRR, ale także Wietnamczycy i Chińczycy - dodaje Robert Kwiatkowski, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Warszawie.
- Gdy w jakimś kraju podnosi się poziom życia, jego obywatele nie chcą wykonywać niektórych typów prac. Tę lukę na rynku wypełniają cudzoziemcy. Twierdzenie, że odbierają pracę Polakom, jest więc mitem - mówi prof. Witold Orłowski z Niezależnego Ośrodka Badań Ekonomicznych w Łodzi. - Pracując za niewielkie pieniądze, często w skandalicznych warunkach, ludzie ci przyczyniają się w istocie do pomnażania bogactwa Polski. Oczywiście, nielegalnie pracuje też część specjalistów, głównie z powodów podatkowych - tłumaczy prof. Orłowski. - Polska przyciąga cudzoziemców, bo nie są oni u nas obiektem ataków z powodów narodowościowych: pod pretekstem obrony rodzimych bezrobotnych, jak w Niemczech - dodaje dr Janusz Kowalski z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych.
W parku w Żernikach Wrocławskich funkcjonuje nieoficjalna giełda pracy dla cudzoziemców. Od rana zbierają się tam Ukraińcy, Białorusini, Rosjanie, Litwini, którzy poszukują pracy na budowach i w rolnictwie. Młodzi Ukraińcy i Białorusini szukający zajęcia w Warszawie i okolicach codziennie przychodzą na giełdę w Piasecznie. Na łódzkiej giełdzie najbardziej poszukiwane są szwaczki z Litwy i Ukrainy. Płaci się im 3-4 zł za godzinę. Polkom trzeba byłoby zapłacić dwa razy więcej, nie licząc składek ZUS i podatków.
Na Śląsku i w Poznaniu widocznymi grupami cudzoziemców są Ormianie i Gruzini. Kilkuset z nich zalegalizowało pobyt w Polsce. Ormianie kontrolują handel na targowiskach. Doskonale wiedzą, kiedy ma przyjechać nowa grupa rosyjskojęzycznych handlarzy, i pobierają od nich "dolę". Potrafią załatwić zezwolenia na pracę i przedłużenie pobytu. W Katowicach przez pewien czas obowiązywała niepisana umowa: ormiańscy bossowie zapewniali porządek wśród handlujących rodaków, nie dopuszczali do walk konkurencyjnych gangów, natomiast policja starała się ich nie nękać.

W Polsce - w przeciwieństwie do Niemiec czy Danii - policja rzadko urządza naloty na budowy i gospodarstwa. W ostatnim roku kontroli było prawie dwukrotnie mniej niż w poprzednim. W trakcie ogólnopolskiej akcji "Pobyt" (w październiku i listopadzie 1999 r.) w województwie mazowieckim przeprowadzono zaledwie jedną kontrolę. Znaleziono 54 nielegalnie zatrudnionych imigrantów. W lipcu w gminie Święta Katarzyna zatrzymano 65 imigrantów z Ukrainy i Białorusi. Najwięcej kontroli przeprowadzono na Śląsku - 117. W Katowicach zatrzymano m.in. grupę 21 Ukraińców, których zwerbowano do pracy przy modernizacji Stadionu Śląskiego. W marcu tego roku śląscy policjanci zatrzymali 80 osób (głównie Ormian), które następnie wydalono. W kwietniu odesłano na Wschód kolejnych dwudziestu cudzoziemców. Dwa tygodnie temu 19 pracujących na czarno Białorusinów zatrzymali funkcjonariusze straży granicznej i inspektorzy Powiatowego Urzędu Pracy w Sokółce. - Pracowali bez zezwolenia na prywatnej plantacji porzeczek we wsi Ostrów Północna. Wszyscy zostali deportowani - 
informuje ppor. Anna Wołoszyn-Wrona, rzecznik prasowy Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej.
Obcokrajowiec chcący pracować w Polsce legalnie musi uzyskać prawo pobytu na terytorium Polski oraz zgodę na zatrudnienie lub wykonywanie innej pracy zarobkowej u określonego pracodawcy. Zezwolenie takie wydaje wojewódzki urząd pracy na czas określony, dla konkretnego pracodawcy i na ściśle oznaczone stanowisko czy rodzaj wykonywanej pracy. Cudzoziemcy nie mogą więc samodzielnie starać się o zatrudnienie w Polsce. Uzyskane zezwolenie należy przedstawić w polskim przedstawicielstwie dyplomatycznym bądź w urzędzie konsularnym - na tej podstawie polska placówka może wydać zgodę na pobyt w naszym kraju. O prawo do pracy w naszym kraju cudzoziemiec może się starać jedynie w swojej ojczyźnie. W praktyce oznacza to, że legalnie nie sposób jest uzyskać zezwolenia na pracę, tym bardziej gdy pochodzi się z byłego ZSRR czy Wietnamu. 


Część nielegalnych pracowników próbuje obejść istniejące utrudnienia. Jedna z metod polega na tym, że legalnie działająca firma składa wniosek w powiatowym urzędzie pracy, iż poszukuje pracowników z wykształceniem podstawowym, ale znających biegle język chiński lub wietnamski. Po uzyskaniu zaświadczenia, że na danym terenie nie ma osób poszukujących pracy, które spełniałyby to kryterium, może - zgodnie z prawem - zatrudnić obcokrajowców. Innym sposobem uzyskania czasowego, a potem stałego prawa pobytu lub obywatelstwa (co oznacza także prawo do pracy), są fikcyjne śluby z Polakami. Kilka miesięcy temu łódzka policja zatrzymała grupę zajmującą się kojarzeniem małżeństw polsko-wietnamskich. Policji udało się udowodnić 20 fikcyjnych ślubów. Tuż po ceremonii Wietnamczycy występowali o karty czasowego pobytu, dołączając sfałszowane zaświadczenia o zatrudnieniu i zarobkach polskich współmałżonków, którzy najczęściej byli bezrobotni. Ci ostatni inkasowali przeważnie ok. 1,5 tys. zł, choć wcześniej umawiano się na 3 tys. zł.
Według podobnego scenariusza w 1998 r. zawierano małżeństwa w kilku gminach dawnego województwa słupskiego (w okolicach Kępic), gdzie śluby z Wietnamczykami stanowiły 10-30 proc. wszystkich ceremonii. Cena za tę przysługę wynosiła 3-4 tys. zł (w Warszawie trzeba zapłacić już 15 tys. zł). - Na Śląsku fikcyjne małżeństwa zawierają najczęściej obywatele państw byłego ZSRR, ale najwięcej osób wcale nie przyjeżdża do nas z Rosji czy Ukrainy, lecz z Armenii, Azerbejdżanu, Gruzji i Kazachstanu - informuje komisarz Jacek Szoplik z Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach.

Napływu nielegalnych pracowników nie udało się zahamować w żadnym demokratycznym kraju. - Żadne bariery administracyjne, nawet najbardziej restrykcyjne, nie powstrzymują napływu cudzoziemców dopóty, dopóki istnieją różnice w dochodach czy możliwość znalezienia pracy. Skoro nasi wschodni sąsiedzi są od nas biedniejsi, gosposia z Ukrainy czy Białorusi nie powinna w Polsce budzić zdziwienia - konkluduje prof. Witold Orłowski. Skoro i tak mają tu zostać, po co budować skomplikowana machinę administracyjną do ich prześladowania. Swego czasu amerykański urząd imigracyjny przyjął zasadę, że nie interesuje się nielegalnymi imigrantami, jeśli nie popadają w konflikt z prawem. Ale za najmniejsze przewinienie czy nie zapłacone rachunki natychmiast byli oni wydalani z dożywotnim zakazem powrotu. W ten sposób Ameryka wychowała sobie całą generację przykładnych obywateli. My uczymy naszych przyszłych obywateli, jak zwodzić i przekupywać urzędników państwowych.
Więcej możesz przeczytać w 34/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0