TANIEC NA KOŚCIACH

TANIEC NA KOŚCIACH

Dodano:   /  Zmieniono: 
Pierwszy nacisnął kurek rewolweru Jakow Jurowski. Kula ugodziła cara. Wybuchła chaotyczna strzelanina. Zgodnie z ustalonym planem każdy z czekistów biorących udział w kaźni miał mierzyć w konkretną ofiarę. Zawinił sam Jurowski. Powinien był zabić carycę Aleksandrę, a wystrzelił w imperatora. Mikołajowi II pierwotnie wybrano innego kata. Przez długą chwilę po małym pokoju na parterze domu kupca Impatiewa w Jekaterynburgu kule świstały we wszystkich kierunkach.
Pierwszy nacisnął kurek rewolweru Jakow Jurowski. Kula ugodziła cara. Wybuchła chaotyczna strzelanina. Zgodnie z ustalonym planem każdy z czekistów biorących udział w kaźni miał mierzyć w konkretną ofiarę. Zawinił sam Jurowski. Powinien był zabić carycę Aleksandrę, a wystrzelił w imperatora. Mikołajowi II pierwotnie wybrano innego kata. Przez długą chwilę po małym pokoju na parterze domu kupca Impatiewa w Jekaterynburgu kule świstały we wszystkich kierunkach. Zabójcy nie wzięli pod uwagę, że od kamiennych ścian będą się odbijać rykoszetem. Przypadkowo pocisk trafił w rękę jednego z nich. Kiedy Jurowskiemu udało się zapanować nad chaosem, okazało się, że carskie córki - wielkie księżne Olga, Tatiana, Maria i Anastazja - ich najmłodszy brat Aleksiej, caryca Aleksandra i jedna z dworek jeszcze żyją. Rannych dobijano systematycznie, już w spokoju.

Rodzinę ostatniego cara Rosji zamordowano w nocy z 16 na 17 lipca 1918 r. na rozkaz Swierdłowa, upełnomocnionego przez komitet wykonawczy partii bolszewików. W lipcu 1998 r. scenę kaźni można obejrzeć w gabinecie figur woskowych w Petersburgu. Dla wielu Rosjan to nic innego jak tylko jedna z wielu odsłon teatru absurdu, który oficjalnie nazwano "ceremonią pogrzebania szczątków carskiej rodziny", nieoficjalnie zaś najczęściej określano jako "taniec na kościach".
Uroczystość w soborze Twierdzy Pietropawłowskiej w Petersburgu odbyła się w 80. rocznicę zbrodni. W najlepszych hotelach "północnej stolicy Rosji" wszystkie pokoje zarezerwowano dla dostojnych gości z kraju i ze świata. Tak naprawdę najwięcej emocji budziła jednak lista nieobecnych. Pochówek carskich szczątków miał być symbolem narodowej zgody i przymierza, w istocie stał się przede wszystkim powodem publicznych sporów i przetargów. Opinię publiczną najbardziej zdumiewał fakt, że udziału w tym narodowym misterium odmówili patriarcha Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej Aleksiej II i sam prezydent. Metropolita moskiewski i wszech Rosji pozostał do końca konsekwentny, a Borys Jelcyn nie wytrzymał i w ostatniej chwili "wskoczył na podnóżek katafalku" - jak napisała jedna z moskiewskich gazet.
Cerkiewni dostojnicy nie stawili się, bo nie wierzą w autentyczność odnalezionych szczątków. I nie przekonują ich rezultaty skomplikowanych badań i analiz porównawczych dokonanych przy zastosowaniu najnowszych osiągnięć nauki. Uczeni członkowie specjalnej komisji najpierw zestawili zachowane fotografie członków carskiej rodziny z czaszkami odnalezionymi pod Jekaterynburgiem, w miejscu wskazanym w jednej z notatek Jurowskiego. Wynik uznano za pozytywny. Ale tego było oczywiście mało. Eksperci przeprowadzili więc najpewniejsze badania identyfikacyjne - analizę molekularno-genetyczną. Zadanie polegało na wyodrębnieniu DNA ze znalezionych szczątków i porównaniu go z kodem genetycznym kogokolwiek z żyjących obecnie bliskich krewnych. Na udział w eksperymencie zgodził się sam książę Filip, mąż królowej brytyjskiej Elżbiety II, spokrewniony z Aleksandrą Fiodorowną, żoną Mikołaja II. Rezultat nie pozostawiał wątpliwości: DNA księcia w pełni odpowiadało DNA "obiektów w postaci matki rodziny i jej trzech córek" - jak głosiło oficjalne orzeczenie komisji. W wypadku samego cara Mikołaja dokonano podobnego porównania, pobierając DNA ze szczątków jego brata Gieorgija, także spoczywającego w Twierdzy Pietropawłowskiej. Tym razem jednak analizę przeprowadzono w laboratoriach Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych. I znów naukowcy stwierdzili pełną zgodność.
Ostateczne wnioski wysokiej komisji badającej autentyczność carskich szczątków nie mogą budzić wątpliwości. Zdaniem ekspertów, prawdopodobieństwo, że znalezione fragmenty szkieletów rzeczywiście należały do cara Mikołaja II, jego żony i dzieci, wynosi ponad 99 proc. Ale Rosyjska Cerkiew Prawosławna nie dowierza, "bo już jutro nauka może podważyć dzisiejsze wywody" - tłumaczy patriarcha Aleksiej, wprawiając w zdumienie największych nawet sceptyków.
Nikt nie ma wątpliwości, że Cerkiew prowadzi własną grę, podobnie jak skłóceni potomkowie Romanowych i część rosyjskiej emigracji. Ze stanowiskiem Cerkwi zgodziło się kierownictwo Dumy i początkowo prezydent - z czysto koniunkturalnych, jak się wydaje, powodów. Przedstawiciele inteligencji nie kryli zdumienia, a nawet oburzenia. Prasa przypomniała patriarsze Aleksiejowi, że w 1990 r., kiedy wybierano nowego metropolitę wszech Rusi, KGB rozesłał po wszystkich diecezjach sekretne zalecenie, żeby głosować właśnie na niego. Przed osiemdziesięciu laty bolszewicy zamordowali cara i jego rodzinę po to, by "wyrwać z rąk kontrrewolucji sztandar". O co dzisiaj chodzi cerkiewnym hierarchom? - zastanawia się intelektualna Moskwa. Mówi się o konflikcie z Zagraniczną Rosyjską Cerkwią Prawosławną, która z powodów politycznych kanonizowała w swoim czasie Mikołaja II. Biskupi stawiają też pytanie, czy przypadkiem zbrodnia popełniona na carskiej rodzinie nie była "zabójstwem rytualnym". Inaczej mówiąc, czy przypadkiem imperator i jego bliscy nie zostali zamęczeni przez "żydomasonów". Pikanterii sporom wokół szczątków cara dodaje fakt, że równolegle państwowa komisja ds. rehabilitacji ofiar stalinowskich represji rozpatruje możliwość rehabilitacji samego Nikołaja Jeżowa, jednego z ministrów spraw wewnętrznych w czasach krwawego panowania "ojca narodów".
W czasie ceremonii pogrzebowej Borys Jelcyn wygłosił patetyczne słowa: "Ten pochówek kończy wiek krwi i bezprawia". Jednocześnie jednak musiał sobie zdawać sprawę, że obie epoki - carska i bolszewicka - wciąż się przeplatają, nieraz w karykaturalnych formach, a w umysłach milionów jego współobywateli nadal żywy pozostaje podział na "białych" i "czerwonych". Należytą oprawę uroczystości w Twierdzy Pietropawłowskiej mieli zapewnić m.in. żołnierze z kompanii honorowej garnizonu petersburskiego. W pierwszym wariancie ceremonialnego protokołu kompania miała wystąpić pod swoim bojowym sztandarem. "A czy wy ten sztandar kiedykolwiek widzieliście? - zapytał wtedy organizatorów gen. Gałkin, wojskowy komendant Petersburga. - Z jednej strony widnieje na nim portret Lenina, a z drugiej napis: "Za naszą radziecką Ojczyznę"". Komunistyczni weterani z piersiami pełnymi orderów nie rozumieli, dlaczego "cara, który skąpał kraj we krwi, należy grzebać akurat w Leningradzie, mieście wodza proletariackiej rewolucji?".
Jelcyn chciałby pogrzebać całą epokę, ale nikt rozsądny nie ma wątpliwości, że ten jeden symboliczny pochówek to za mało. "Otwiera się teraz przed nami możliwość zakończenia wojny domowej na poziomie mistycznym" - mówi pisarz Gielij Riabow, człowiek, który wespół z Aleksandrem Awdoninem w 1979 r. odnalazł miejsce, gdzie zakopano szczątki carskiej rodziny. "Dopóki nie został pochowany ostatni żołnierz, wojna trwa nadal" - wtórują mu inni.
Na progu nowego tysiąclecia Rosja ma zrzucić z siebie brzemię bolszewizmu. "Musimy skończyć z podziałem na białych i czerwonych" - zdecydowanie oświadcza Borys Jelcyn, ale pogrzeb szczątków ostatniego cara to za mało. Pozostaje jeszcze tylko jeden problem. Co z Leninem? Symboliczny pochówek wodza rewolucji znaczyłby dla Rosji o wiele więcej niż pogrzeb ostatniego cara, który w dodatku abdykował przed śmiercią. Tyle że - jak się okazuje - do oddania ziemi ciała Władimira Ulianowa kraj jeszcze nie dojrzał. Pogrzeb carskiej rodziny stał się aktem pokuty i przymierza tylko dla nielicznych. Prawdziwą wagę tego wydarzenia doceniają tak naprawdę jedynie kręgi inteligenckie. Pochówek Lenina oznaczałby wstrząs dla milionów.
Borys Jelcyn bardzo chciał przejść do historii jako człowiek, który postawił ostatnią, symboliczną kropkę w dziejach bolszewizmu. Kilka lat temu, po nieudanym puczu Janajewa i jego towarzyszy w 1991 r., mógł to zrobić bez większych przeszkód. Ale wtedy chyba sam były członek KC KPZR nie zdawał sobie sprawy z wagi przedsięwzięcia. Dzisiaj nie pozwala mu na to polityczna koniunktura. Prezydent państwa pogrążonego w głębokim kryzysie finansowym nie może nie brać pod uwagę nastrojów opozycji komunistyczno-patriotycznej, mającej dziesiątki milionów zwolenników.
17 lipca był w Petersburgu dniem ciepłym i słonecznym. Wokół Twierdzy Pietropawłowskiej, malowniczo usytuowanej na brzegu Newy, zgromadziło się zaledwie kilkuset gapiów. Było ich niewiele więcej niż turystów oblegających tego dnia inny symbol rosyjskiej historii - zakotwiczony kilkaset metrów dalej krążownik "Aurora".

Więcej możesz przeczytać w 30/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0