Dynastia

Dynastia

Dodano: 
Czy legenda przeżyłaby, gdyby John F. Kennedy dokończył swoją kadencję, a dziś byłby gderliwym starcem? To nieistotne. Legenda Kennedych zawsze dostawała to, czego potrzebowała najbardziej - nowej tragedii
Ze wstydem przyznaję, że na wieść o śmierci Johna Kennedy?ego juniora zareagowałem niemal bez emocji. Tak jakby nie było innej możliwości niż jego pożegnanie się ze światem o kilkadziesiąt lat za wcześnie, w okolicznościach oczywiście tragicznych. Cóż, jak ktoś powiedział, synowie bogów umierają młodo. Legenda Kennedych musi żyć. A by żyć, potrzebowała jeszcze jednej ofiary.

Gdy w pracy siadam przy biurku, codziennie patrzę na wiszące na ścianach, sąsiadujące ze zdjęciem Churchilla, wielkie biało-czarne zdjęcie Johna Kennedy?ego. Rozwichrzone włosy, biała rozpięta koszula, podwinięte rękawy. I podpis - cytat z jego kampanii wyborczej w 1960 r.: "Przyszedł czas na nową generację przywódców, bo są nowe światy, które trzeba zdobyć". Dlaczego akurat zdjęcie Kennedy?ego, który w przeciwieństwie do Winstona Churchilla nie jest moim politycznym ideałem? Legendą Kennedych zaraziłem się jako dziesięciolatek, gdy przeczytałem książkę radzieckiego autora Jakowlewa o Johnie i jego bracie Robercie. Ideologiczny smrodek zupełnie mi nie przeszkadzał, bo właśnie się zakochałem. Ale dlaczego akurat w Kennedych? Bo - jak miliony - uwierzyłem w mit, mimo że świetnie wiem o pokrywających go rysach.
Chyba trochę przesadza "Washington Post", gdy pisze, że gdyby Szekspir żył w Ameryce, napisałby o rodzinie Kennedych. Cała historia w zbyt wielu punktach ociera się bowiem o harlequina. Nie trzeba pióra Szekspira, by opisać coś, co było przyczyną wielu dramatów w rodzinie Kennedych - wprost nieprawdopodobną nonszalancję, nieodpowiedzialność i beztroskę oraz przekonanie o bezkarności, które przez dziesięciolecia pomagały - jak się dziś z egzaltacją mówi - klątwie Kennedych. Tu lot Johna-Johna nie jest chyba wyjątkiem. Czy mieści się w micie stary Joseph Kennedy, antysemita przekonujący do układania się z Hitlerem, człowiek, który odesłał upośledzoną psychicznie córkę do szpitala psychiatrycznego, bo nie pasowała do rodzinnej fotografii, ambicjoner korumpujący każdego, kto był niezbędny do tego, by jego syn podbił Amerykę? Czy pasowały do układanki informacje o Johnie Kennedym, godzącym się, by napisano za niego książkę, za którą dostał nagrodę Pulitzera? A Edward Kennedy, wyrzucony z uczelni awanturnik, który upijał się na umór, aż któregoś dnia (niemal co do dnia
30 lat temu - 18 lipca 1969 r.) jego samochód zamiast na drogę wjechał do jeziora? Poza tym były u Kennedych wypadki narkomanii, rozwody zamieniające się w publiczne przedstawienia, romanse z niańkami własnych dzieci itd., itp. Ale to przecież nieistotne. Legenda już żyje, tego, co do niej nie pasuje, nie dopuszczamy do świadomości, to, co się da, idealizujemy.
Mit Kennedych żywił się zawsze śmiercią i tajemnicą. Ale też ów mit był systematycznie tworzony. John Kennedy i jego ojciec wiedzieli, że walka o prezydenturę wymaga wielkiej publicity, a tę najlepiej zapewniał mariaż pieniędzy Kennedych z arystokratycznym pochodzeniem i urodą Jacqueline. Po raz pierwszy w Białym Domu pojawiły się małe i do tego śliczne dzieci, po raz pierwszy na dobre zagościła w nim telewizja. A Jacqueline nie była tylko "madame elegantiarum". Nawet w chwili rozpaczy wiedziała, że legenda potrzebuje oprawy i symboli. Pogrzeb męża nie mógł się odbyć, jak chcieli niektórzy krewni Johna, w Bostonie. Legenda potrzebowała stolicy. Wiedziała, że na jego grobie musi zapłonąć nie gasnący płomień (trwała o to kilkudniowa walka). Wiedziała, że trumna musi być wieziona na lawecie, że dwuletni John-John musi w czasie jej przejazdu zasalutować. Gdy to zrobił, i on stał się częścią masowej świadomości i elementem legendy.
Rodzina Kennedych pieczołowicie kontroluje mit. Do dziś nie dopuszcza historyków (poza zaprzyjaźnionymi hagiografami) do większości rodzinnych archiwów. A ci, którzy chcą przekazać prawdę, nie piszą bestsellerów. Nie może się świetnie sprzedawać wizja świata dokładnie sprzeczna z tym, w co wierzą i w co chcą wierzyć ludzie. W masowej świadomości grzech spełnia więc w historii Kennedych wyłącznie rolę przyprawy, która dodatkowo poprawia smak.
Zbyt proste byłoby jednak sprowadzanie mitu Kennedych do opery mydlanej, tłumaczenie miłości Amerykanów do klanu tęsknotą za śladami monarchii czy porównywanie roli, jaką w świadomości Amerykanów odgrywał młody Kennedy, do tej, jaką w świadomości Brytyjczyków odgrywała księżna Diana. Mit Kennedych to także, o czym się rzadko pamięta, legenda czterdziestoparoletniego prezydenta, który wniósł do polityki odświeżający powiew młodości, dał Ameryce wiarę, że może być nie tylko supermocarstwem, ale też krajem dla wszystkich - także biednych i Murzynów, pokazał, że władza nie potrzebuje brzuszka i łysiny, a prezydent nie musi być ojcem narodu - może być supergwiazdą. Czy legenda przeżyłaby, gdyby Kennedy dokończył swoją kadencję, a dziś byłby gderliwym starcem? To nieistotne. Legenda Kennedych zawsze dostawała to, czego potrzebowała najbardziej - nowej tragedii.
Więcej możesz przeczytać w 30/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0