Bunt liliputów

Bunt liliputów

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy rządy europejskie staną się "równoprawnymi partnerami Stanów Zjednoczonych"?
"Musimy postępować na tyle unilateralnie, na ile jest to możliwe, i na tyle multilateralnie, na ile jest to konieczne" - tak brzmi polityczne credo Billa Clintona. "Jesteśmy wielkim narodem patrzącym daleko w przyszłość" - konstatuje Madeleine Albright. O "wieku Ameryki" pisał już słynny wydawca Henry Luce w magazynie "Life" w 1941 r. Pod koniec stulecia Waszyngton bezdyskusyjnie awansował do roli centrum światowej polityki. Dla utrzymania tego statusu po raz pierwszy od zakończenia zimnej wojny fundusz na cele wojskowe USA wzrośnie do roku 2005 o 110 mld USD.

Jeszcze w 1992 r. Bill Clinton przekonywał rodaków, że będzie "narodowym prezydentem" i zajmie się przede wszystkim ożywieniem gospodarki, rynkiem pracy i sprawami socjalnymi. Upadek ZSRR i polityczno-gospodarczy rozkład Rosji postawił jednak USA w roli jedynego supermocarstwa. Clinton wykorzystał sposobność przejęcia batuty w orkiestrze polityki zagranicznej i stał się "prezydentem międzynarodowym". Było to o tyle łatwe, że Europejczycy, którzy stworzyli wspólnotę gospodarczą, w sprawach zagranicznych nie potrafili mówić jednym głosem. "Niemoc Unii Europejskiej w Bośni wykazała, że nie jest ona gotowa ani zdolna do odgrywania roli porządkowego nawet na własnym kontynencie" - stwierdził prof. Benjamin Schwarz z nowojorskiego World Policy Institut.
Dyrygentura w polityce globalnej przypadała USA w tym stuleciu już dwukrotnie, po obu wojnach światowych. W 1918 r. prezydent Thomas Woodrow Wilson, współtwórca Ligi Narodów i późniejszy noblista, ogłosił swój czternastopunktowy program pokojowy. Po zakończeniu pierwszej wojny Amerykanie zredukowali jednak armię i skoncentrowali się na wydobywaniu kraju z recesji gospodarczej. Zmiana kursu nastąpiła dopiero za sprawą Niemiec i Japonii. Jak analizuje dziś Paul Kennedy, szef International Security Studies (Yale), w latach 40. wyłącznie USA dysponowały odpowiednim potencjałem przemysłowym, by przeciwstawić się zagrożeniom w Europie i na Pacyfiku. Bez wsparcia Amerykanów mapa świata zapewne wyglądałaby dziś inaczej. Równocześnie druga wojna stała się dodatkowym kołem napędowym dla gospodarki Stanów Zjednoczonych. Po wojnie z USA popłynął strumień pieniędzy na odbudowę państw sojuszniczych. Nieprzypadkowo więc siedziby ONZ, Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego znalazły się w Nowym Jorku i Waszyngtonie.
Slogan "Pax Americana" zdewaluowany został w Wietnamie. Odbudowa dawnego wizerunku i nowe rozdanie ról na międzynarodowej scenie nastąpiło dopiero w latach 90., po załamaniu się bipolarnego podziału geopolitycznego między supermocarstwami oraz po wybuchu wojny w Zatoce Perskiej. Co prawda po napaści Iraku na Kuwejt i interwencji USA na ulice Bonn wyległo 250 tys. demonstrantów z hasłem "Amis go home", lecz Waszyngton szybko uporał się z tą pacyfistyczną histerią: wywiad USA ujawnił niemiecki "eksport śmierci" - listę kilkudziesięciu fabryk pomagających w uzbrajaniu państw objętych embargiem. Kanclerz Helmut Kohl ratował opinię kraju wielomilionowym czekiem na potrzeby US Army. Można to uznać za pierwszą dobrowolną składkę na rzecz nowego "szeryfa globalnej wioski".
Pieniądze są jednym z istotnych elementów w polityce zagranicznej USA. Z jednej strony pozwalają utrzymać przewagę technologiczną i wojskową, z drugiej - dają możliwość wywierania nacisku na sojuszników nieskorych do wikłania się w konflikty poza własnym terenem. Presja Amerykanów domagających się utrzymania embarga wobec Iranu doprowadziła niemal do kryzysu międzykontynentalnego. Niemcy sprzedawali Teheranowi towary i usługi budowlane za 4 mld DM rocznie. W 1996 r. senator Alfonso D?Amato w imieniu administracji Clintona ostrzegł Friedela Neubera, szefa Westdeutsche Landesbank, że grozi mu eksmisja z rynku USA. Bank zamierzał kredytować odbudowę pól naftowych w Iranie. Ówczesny szef dyplomacji RFN Klaus Kinkel oskarżył Amerykanów o prowokowanie wojny handlowej z Europą, a przewodniczący Komisji UE Jacques Santer groził nawet złożeniem skargi w Światowej Organizacji Handlu. Ostatecznie skończyło na napinaniu mięśni i Europejczycy podporządkowali się woli USA.
Horst Teltschik, były doradca byłego kanclerza Kohla, a od 1991 r. członek zarządu koncernu BMW, uważa, że sprzedając lalki Barbie, można więcej osiągnąć niż poprzez sankcje. Przyznaje jednak, że także w przyszłości nie obejdzie się bez amerykańskiego policjanta, przede wszystkim ze względu na Rosję. Dla Moskwy w kwestiach rozbrojenia i konfliktów na świecie nie liczy się Francja czy Wielka Brytania (również dysponujące bronią atomową), lecz wyłącznie Waszyngton. Admirał Eugene Carroll z Centre for Defense Information potwierdza tendencję do samotnej drogi USA w polityce bezpieczeństwa, ale zwraca uwagę, że zastępowanie współpracy siłą wojskową na dłuższą metę nie opłaciło się żadnemu krajowi.
Krytycy Billa Clintona zarzucają mu lekceważenie struktur międzynarodowych, w tym ONZ. Republikański przewodniczący senackiej Komisji Spraw Zagranicznych Jesse Helms zaproponował wystąpienie "z tej żądnej władzy i bez- użytecznej organizacji", a kilkunastu kongresmenów złożyło nawet petycję w tej sprawie. Amerykanie chcą zmian w Karcie Narodów Zjednoczonych i reformy Rady Bezpieczeństwa. Chodzi przede wszystkim o zniesienie prawa weta. Potwierdzeniem "bezużyteczności" międzynarodowych gremiów dla zwolenników unilateralizmu USA była próba blokady interwencji w Kosowie. Waszyngton zdecydował się na akcję wojskową na własną rękę. John Bolton, szef American Enterprise Institute, uzasadnia, że "w świetle konstytucji USA porozumienia międzynarodowe mają znaczenie polityczne, ale nigdy prawne".
Po upadku żelaznej kurtyny USA dążą do przekształcenia NATO z paktu obronnego we wspólnotę interesów politycznych na świecie. Mandat sojuszu ma obejmować ataki prewencyjne i wykraczać poza granice państw sojuszniczych. NATO "nie może być zakładnikiem weta tego czy innego kraju" - przekonuje Madeleine Albright. "Oczywiście, byłoby lepiej mieć mandat Narodów Zjednoczonych, pojawia się jednak pytanie: czy jest on bezwarunkowo konieczny i czy jesteśmy gotowi nie robić niczego wyłącznie z powodu sprzeciwu Rosji lub Chin?" - pyta Wim van Eekelen, były przedstawiciel Holandii w NATO i sekretarz generalny Unii Zachodnioeuropejskiej (UZE) w latach 1989-1994. Van Eekelen uważa, że Europejczycy powinni współdziałać z Amerykanami w ramach NATO, ale winni mieć też możliwość dokonywania samodzielnych operacji. W lutym na Konferencji Polityki Bezpieczeństwa w Monachium minister obrony RFN Rudolf Scharping oświadczył: "NATO nie było, nie jest i nigdy nie będzie instrumentem globalnego interwencjonizmu".
Kraje UE drażni amerykańska dominacja. "Jeśli jest gdzieś taka siła, która mogłaby się dziś przeciwstawić hegemonii USA, jest nią Europa" - twierdzi Mary Koldor ze School of Economics w Londynie. Teoretycznie szanse wypracowania wspólnej polityki bezpieczeństwa przez socjal- demokratyczne rządy, panujące w trzynastu spośród piętnastu krajów UE, są tak duże, jak dotychczas nigdy. W grudniu 1998 r. premierzy Tony Blair i Lionel Jospin uzgodnili nawet, że są za większą samodzielnością Europy i akcjami wojskowymi, także bez udziału US Army, w praktyce nic to jednak jeszcze nie znaczy. Już chadecki kanclerz Helmut Kohl mówił podczas wizyty prezydenta Clintona w Berlinie: "Nie chcemy mniej Ameryki, chcemy więcej Europy", co bez dyplomatycznej woalki wyrażało sprzeciw wobec arbitralnych rządów USA. Kraje UE nie chcą być narzędziem, lecz "równoprawnymi partnerami USA". Ale ten status nie zostanie osiągnięty dopóty, dopóki rządy europejskie będą demonstrować lokalną indolencję i niedorzeczne inicjatywy.


Europa nie ma własnej polityki bezpieczeństwa ani środków do operowania w skali globalnej

Gdy nowy szef dyplomacji RFN Joschka Fischer z pacyfistyczno-ekologicznej partii Zielonych zaproponował, by NATO jednostronnie zrzekło się zasady uprzedzającego ataku atomowego, Waszyngton popadł w osłupienie. Dla USA był to kolejny dowód dyletantyzmu Europy w globalnej polityce bezpieczeństwa. Państwa unii nie potrafią się nawet porozumieć w sprawie sposobów rozwiązania problemów regionalnych. Podczas gdy Tony Blair bez wahania wysłał brytyjskich lotników nad Irak i popiera strategię Clintona, Francuzi nie chcą być "żandarmem świata" u boku Amerykanów, a Niemców cechuje kunktatorstwo wynikające z chęci zdobycia krzesła w Radzie Bezpieczeństwa.
"Kit, który nas zlepiał podczas zimnej wojny, przestał istnieć" - stwierdził były szef amerykańskiej dyplomacji Warren Christopher. Wraz z pozjednoczeniowym wzrostem obszaru i ludności Niemiec w stosunkach USA-RFN nastąpiło ochłodzenie. Porwanie przez CIA Amerykanina Jeffreya M. Carneya (byłego szpiega Rosjan i Niemców) z ulic Berlina, wydalenie z RFN agenta USA z paszportem dyplomatycznym, problemy ze zwrotem akt wywiadu byłej NRD wykradzionych przez CIA, wykonanie wbrew zabiegom Bonn kary śmierci na mordercach pochodzenia niemieckiego - to przykłady "partnerstwa" obu krajów. Administracja Clintona nie popiera Niemiec w staraniach o przyjęcie do Rady Bezpieczeństwa, angażuje się za to w sprawę odszkodowań dla ofiar III Rzeszy; najpierw przypomniano o kredycie Deutsche Bank na budowę obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, a później zagrożono blokadą innych firm w celu wymuszenia rozliczeń z przeszłością.
Waszyngton realizuje swą politykę przy udziale partnerów na ograniczonych prawach. Prof. Sibylle Tönnies uznała na łamach "Tageszeitung", że Europejczycy powinni się pogodzić z hegemonią USA, bo tylko w ten sposób może spełnić się sen o republice federalnej świata. Dla Johannesa Dietericha, komentatora "Die Woche", byłoby to "karkołomnym poddaństwem liliputów wszystkich krajów" amerykańskiemu Guliwerowi. W kręgach unii rośnie sprzeciw wobec tezy, że Europa jest skazana na USA. Jej najgłośniejszymi protagonistami są Francuzi. Administracja Clintona wręcz posądza premiera Lionela Jospina i jego poprzedników o "rozbijactwo". Francja chce większych wpływów Europy, ale - jak zauważył van Eekelen - to nie Europejczycy przygotowali porozumienia dla Bośni, podpisane w Dayton, i nie oni przyczynili się do rozwiązania kryzysu północnokoreańskiego. Dla Tajwanu, Chin, Korei, Pakistanu, Indii, krajów arabskich czy Rosji liczy się nie siła Unii Europejskiej, lecz USA, choć - paradoksalnie - wojska państw europejskich ogółem są dwukrotnie liczniejsze niż armia Stanów Zjednoczonych (1,2 mln żołnierzy). Europa nie ma własnej polityki bezpieczeństwa ani środków do operowania w skali globalnej.
Wojna o Kosowo dla Kosowian z całą jaskrawością wykazała wojskową, technologiczną i polityczną zależność Europy od USA. Na czerwcowym szczycie UE w Kolonii postanowiono zmienić tę sytuację, w czym ma pomóc nowy "minister" spraw zagranicznych Europy i przeszczep "zbrojnego ramienia" - Unii Zachodnioeuropejskiej - do UE. Jakie plenipotencje miałby ów "minister" i na czym ma polegać integracja z UZE - tego jeszcze nie wie nikt. Szczegóły mają być opracowane do końca 2000 r., ale już dziś przeszkody w realizacji tej eurofuzji widoczne są jak na dłoni. Cztery kraje neutralne, czyli Austria, Irlandia, Finlandia i Szwecja, gotowe są współdziałać w pokojowych misjach UE, lecz o nowym sojuszu obronnym powstałym z połączenia UE i UZE nie chcą słyszeć. W tych okolicznościach Niemcy i Francja zdecydowały się usamodzielniać Europę na drodze ewolucji: najpierw powstanie komisja UE z udziałem specjalistów w zakresie obronności i wojskowości. Zaplanowano też regularne spotkania ministrów obrony. W następnym etapie - czego jeszcze nie postanowiono - ma powstać sztab wojskowy UE. Niemcy i Francja wykonały już w tym kierunku pierwsze kroki; pod koniec czerwca w Tuluzie uzgodniono utworzenie eurokorpusu liczącego 60 tys. żołnierzy i przygotowanie go do misji wojskowych UE.
Wszystkie te posunięcia wydają się urealniać marzenie o większej samodzielności Europy, ale podobne próby już podejmowano. Pierwszy plan utworzenia europejskiego paktu obronnego upadł w 1954 r. z powodu sprzeciwu Francji wobec uzbrojenia Niemiec. Potem każdy działał na własną rękę w obawie przed utratą choćby części politycznej suwerenności. O potrzebie koordynacji polityki bezpieczeństwa mówiono też przed dwoma laty na szczycie UE w Amsterdamie. Wówczas plan wchłonięcia UZE blokowała - obok krajów neutralnych - także Wielka Brytania. Dziś premier Tony Blair nie tylko okazał chęć uczestnictwa w europejskim sojuszu obronnym, lecz wręcz rywalizuje z Niemcami o główną rolę na Starym Kontynencie.
Partnerów z UE łączą cele, ale dzieli motywacja. Podczas gdy Brytyjczycy, Francuzi i Niemcy dostrzegają możliwość swego awansu politycznego, Belgowie, Holendrzy czy Duńczycy właśnie się tego obawiają. Nie inaczej jest z nowymi członkami NATO. Rozszerzenie sojuszu o kraje Europy Środkowej postrzegane jest wręcz jako wzmocnienie pozycji USA. Prowaszyngtońską orientację Polski, największego państwa w tym regionie, tłumaczy się historią: po oswobodzeniu się z 44-letniego panowania Rosjan i otwarciu na Zachód Polacy nie chcą się uzależnić od Niemców, również byłych zaborców i okupantów. Bonn ma świadomość ograniczonego zaufania Warszawy do nowych eurosojuszników. Żeby nie utrudniać już i tak skomplikowanego procesu tworzenia wspólnej polityki obronnej, unijna piętnastka skupiła się na sobie. Szczyt w Kolonii, gdzie dyskutowano problemy usamodzielniania się Europy od USA, odbył się bez udziału środkowoeuropejskich partnerów z NATO i kandydatów do UE.
Oprócz dysonansów natury merytorycznej w tworzeniu europejskiej struktury obronnej przeszkadza pusta kasa. Niemiecki parlament musiał zatwierdzić dodatkowe fundusze dla Bundeswehry na cele misji w Kosowie. Obowiązkowa służba wojskowa w RFN pochłania ogromne sumy. Niemcy szukają oszczędności, ograniczając nawet liczbę nabojów wydawanych na ćwiczeniach. Francuzi zreformowali armię, ale wolą subsydiować rolnictwo niż wojsko. Innym problemem jest brak pieniędzy na opracowanie nowych technologii, systemów i rodzajów broni w Europie. Małe, rywalizujące z sobą fabryki, wpisane w rynki narodowe piętnastki, nie są w stanie dotrzymać kroku firmom z USA. Dotychczasowe próby utworzenia europejskiego przemysłu zbrojeniowego przyniosły niewielkie rezultaty.
Unijni partnerzy z mozołem wykuwają "własną tożsamość w polityce zagranicznej i obronnej". Do wspólnej polityki i armii jeszcze im daleko. Zanim i jeśli w ogóle cel ten zostanie osiągnięty, Javier Solana, dziś szef NATO, jutro "minister" spraw zagranicznych Europy, radzi eurosojusznikom wspierać USA. Perspektywy samodzielności - jak ocenił Wim van Eekelen - nadal pozostają "po części nadzieją, lecz przede wszystkim tęsknym westchnieniem".

Więcej możesz przeczytać w 30/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0