Przecena komedianta

Przecena komedianta

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z BOGUSŁAWEM LINDĄ
- Czy "Sezon na leszcza" nawiązuje do najpopularniejszego obecnie nurtu kina sensacyjnego?
- Ta historia jest częściowo jak najbardziej sensacyjna. To film o młodszych i starszych ludziach, którzy szukają sensu w życiu. Film będzie opowiedziany trochę w stylu produkcji MTV.
- Chce pan pokazać pustkę młodych snickersów. Czy marzy się panu psychoterapia w kinie?
- Nie chcę nikogo leczyć. Uciekam od posłannictwa w kinie.
- Scenariusz "Sezonu na leszcza" nie został od razu skierowany do produkcji.
- To prawda. Odrzuciła go komisja oceniająca scenariusze w Komitecie Kinematografii. Przez cztery lata byłem członkiem komisji Sundace Institute, oceniającej i nagradzającej scenariusze. Miałem dostęp do tego, co tworzą młodzi zdolni ludzie.
- W jaki sposób oni opisują świat?
- Na pewno ich prace różnią się od ekranowego, końcowego efektu. Są często bardzo dekadenckie, być może to syndrom końca wieku.
- To znaczy, że nie znajduje pan wśród nich pozytywnych historii?
- Nie do końca, często nie znajduję w nich happy endu. Każdy dobry film powinien mieć pozytywne przesłanie, nie musi się jednak kończyć hollywoodzkim happy endem. W niektórych historiach można znaleźć elementy moralitetu, w "Sezonie na leszcza" są jego ślady.
- Scenariusz "Sezonu na leszcza" napisał Wojtek Smarzowski, reżyser telewizyjnej "Małżowiny", filmu nie znanego widzom. Co pan sądzi o ludziach z jego pokolenia?
- Myślę, że w Polsce jest wielu ludzi z energią i świetnymi pomysłami. W tej chwili 80 proc. naszych reżyserów to moje pokolenie, dlatego tak trudno przebić się młodym. Wiem, że żaden z reżyserów rozpoczynających pracę nie mógłby zdobyć pieniędzy na ten film. Dlatego ja się tego podjąłem.
- Dwa miesiące temu Ji˝i Menzel, twórca oscarowego obrazu "Pociągi pod specjalnym nadzorem", powiedział mi, że chcąc zrobić dobry film, trzeba szanować i kochać swoich bohaterów, a on z przykrością zauważa, iż młodzi reżyserzy swoimi bohaterami po prostu pogardzają. Zgadza się pan ze słowami Menzla?
- Coś w tym jest. W Polsce też wszyscy starają się robić filmy, zakładając jakąś tezę i udowadniając ją na ekranie. Mniej jest historii o ludziach. Nie dziwi mnie jednak, że właśnie Menzel to powiedział, bo Czesi i Rosjanie robią doskonałe filmy o ludziach.
- Nie sądzi pan, że "Kobieta samotna" czy "Przypadek" to właśnie filmy odpowiadające o ludziach, a nie udowadniające jakąś wydumaną tezę?
- "Kobieta samotna" ocalała, bo Agnieszka Holland zrobiła historię nie poddającą się czasowi, uniwersalną. Zestarzały się filmy zaangażowane politycznie, przetrwały te, które opowiadają jakąś prawdę. Wartość dobrego kina polega na prawdzie aż do bólu.
- Żałuje pan swoich wcześniejszych ról, filmów, które pan zrobił z Kieślowskim czy Holland?
- Absolutnie nie! Każda epoka ma swoich bohaterów i w każdym czasie trzeba znaleźć swoje miejsce. Aktorstwo to zawód typowo usługowy, a ja na początku swojej kariery zauważyłem, że przez sześć lat wszystkie filmy z moim udziałem leżały na półkach, nie trafiały do widowni. Wtedy właśnie nabrałem dystansu do aktorstwa. Zrozumiałem, że zawód komedianta polega na pokazywaniu się.
- Pokazując się, spełnia się pan?
- Tak, film dobry jest wówczas, gdy ludzie go kupują i staje się on popularny, a nie wtedy, gdy krytycy piszą, że jest wspaniały, bo ma sześcioosobową widownię.
- Nie lubi pan filmowych krytyków?
- To nie tak, zastanawiam się jedynie nad kondycją krytyki w Polsce. W Stanach Zjednoczonych pisze się na przykład źle o filmach, ale nigdy tak bezczelnie jak w Polsce. Tu zdarza się nawet krytykowanie filmu, zanim on powstanie. Mam już kolekcję kilku takich artykułów.
- Przeciętny widz nie zauważył na przykład w "Kilerze" niedoróbek warsztatowych. Po to jest chyba krytyka, by je pokazała reżyserowi palcem?
- W wypadku "Kilera" jest odwrotnie, bo krytyka się przestraszyła i wyrażała się o tym filmie bardzo pozytywnie. Myślę, że "Kiler" nie jest szczytem umiejętności reżyserskich, ale cieszę się, iż miał taką widownię, bo im więcej ludzi chodzi na "kilerów", tym więcej pójdzie na lepsze polskie produkcje.
- "Kilery" nakręcają koniunkturę i pomagają w zdobywaniu pieniędzy na bardziej ambitne rodzime filmy...
- Dokładnie. Dzięki temu może powstać coś naprawdę ciekawego.

Więcej możesz przeczytać w 31/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0