Prawica w akcji

Prawica w akcji

Dodano:   /  Zmieniono: 
AWS może wygrać wybory prezydenckie. Najpierw jednak sama musi się zreformować
Wysokie notowania Aleksandra Kwaśniewskiego w sondażach zdają się do tego stopnia spędzać sen z powiek niektórym politykom prawicy, że zapominają oni o elementarnych zasadach wygrywania takich wyborów. Dlatego Ruch Społeczny AWS zgłosił kandydaturę Mariana Krzaklewskiego, który publicznie wyraził zaskoczenie faktem, że ma kandydować. RS AWS z całą pewnością wyrządził Marianowi Krzaklewskiemu niedźwiedzią przysługę, uruchomił też niedobry mechanizm, który może - choć nie musi - doprowadzić do zwycięstwa Aleksandra Kwaśniewskiego długo przed wyborami.

Można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że właśnie zgłoszenie kandydatury Krzaklewskiego skusiło partię Wałęsy, by rozpocząć prezydencką licytację. Ot, choćby po to, by sprawdzić, czy Wałęsa może w sondażach dotrzymać kroku Krzaklewskiemu. I okazało się, że na razie może. To z kolei stwarza pokusę podjęcia licytacji przez inne partie - ku uciesze Kwaśniewskiego, bo rezultaty takiej gry akurat jego pozycji na pewno nie zagrożą. To nie jego elektorat będzie kuszony i dezorientowany. Problem z Wałęsą jest zresztą głębszy, bo nie można zapominać, że prawdziwa partia byłego prezydenta jest znacznie liczniejsza niż mogłoby się wydawać i ma on swoich stronników także w AWS. W takich warunkach przeciąganie gry wstępnej do właściwej kampanii prezydenckiej było rzeczą, której należało stanowczo unikać. Ale stało się i teraz trzeba szukać sposobów wyjścia ze ślepego zaułka. To będzie jednak wymagało od AWS gruntownej zmiany filozofii działania.

Dlaczego AWS nie jest przygotowana do kampanii prezydenckiej. Czas, który minął od wyborów parlamentarnych, miał być dla AWS okresem przygotowania do podjęcia wyzwań, jakimi będą wybory prezydenckie 2000 r. i wybory parlamentarne o rok później. Do zrobienia było sporo, a czasu nie tak wiele. Po pierwsze, konsolidacja AWS i nadanie jej bardziej trwałej, politycznie skutecznej i zrozumiałej dla wyborców formy. Po drugie, rzeczywiste przejmowanie władzy i oswojenie jej mechanizmów przez ludzi prawicy, którym nie było to dane od 1993 r. Po trzecie, rzecz najistotniejsza - przeprowadzenie zasadniczych reform. Obietnica ich dokonania była legitymacją polskiej prawicy do przejęcia władzy. Z tych trzech zadań pierwsze nie zostało wykonane wcale, drugie nie najlepiej i tylko to ostatnie - wprowadzenie reform - zostało przez AWS potraktowane z pełną powagą i rozpoczęte szybko. Jak na złość jednak, właśnie w kwestii powodzenia reform odbiór społeczny rozmija się na razie z oczekiwanymi korzyściami politycznymi mającymi wynikać z reformatorskiej odwagi. Pod ważnymi względami AWS pozostaje w punkcie wyjścia sprzed półtora roku. Nie doszło do wewnętrznej reformy akcji, która pod względem formalnym pozostaje komitetem wyborczym kilkudziesięciu podmiotów politycznych. Nie doszło do weryfikacji politycznego znaczenia tych podmiotów, choć ich wyniki w wyborach samorządowych były wystarczającą ku temu przesłanką. Powstał wprawdzie Zespół Polityczny AWS, złożony z szefów pięciu najsilniejszych ugrupowań akcji, ale powstał w sytuacji awaryjnej, przed słynną naradą w Mierkach i w ślad za jego utworzeniem nie poszła przebudowa całej anachronicznej struktury AWS. Narodził się także RS AWS, ale partia ta nie zastąpiła, jak oczekiwano, NSZZ "Solidarność" w zadaniach stricte politycznych. Długo oczekiwana i zapowiadana rekonstrukcja rządu Jerzego Buzka oceniona została przez społeczeństwo jako nieskuteczna, co najłatwiej poznać po tym, że w sondażach opinii zrekonstruowany gabinet nie odrabia strat, a odrobić ich nie może z braku skutecznej współpracy koalicyjnej, międzyresortowej i parlamentarnej. Bezdyskusyjne walory Jerzego Buzka jako człowieka kompromisu i politycznej mediacji, pojawienie się trojga nowych ministrów - to wszystko z punktu widzenia wyborców nie wystarczy, by zmienić niekorzystny wizerunek rządu i wzbudzić zaufanie do podjętych reform, nawet jeśli w istocie idą one lepiej niż można się dowiedzieć z telewizji. Szwankująca od początku współpraca koalicyjna z Unią Wolności osiągnęła kolejny punkt krytyczny na tle prac nad przyszłą ordynacją wyborczą do Sejmu. Teraz, po oświadczeniu prezydenta Kwaśniewskiego, że zawetuje zmiany ordynacji odpowiadające interesom tylko AWS i SLD, to właśnie SLD od razu zmienił front i zaczął kokietować PSL i UW. Natomiast AWS straciła ostatnie szanse na dokonanie udanego przetargu z UW dotyczącego ustępstw w sprawie ordynacji na rzecz wspólnego kandydata prezydenckiego.


Misja jednoczenia prawicy nie została zakończona i AWS ma polityczny, a nawet moralny obowiązek ją kontynuować

Nieważne - jak, lecz - kto. Przede wszystkim doszło do pomieszania kolejności działań. Nie brak dziś w RS AWS polityków z goryczą komentujących rezerwę, z jaką ich propozycja dotycząca kandydatury Krzaklewskiego została przyjęta przez SKL i ZChN. Jak jednak te partie miały przyjąć propozycję, która zaskoczyła samego Mariana Krzaklewskiego? A jak miały zareagować na fakt, że tak ważna decyzja, dotycząca całej AWS, została podjęta za ich plecami, bez jakichkolwiek konsultacji i uzgodnień, nawet na forum Zespołu Politycznego - jedynego ciała AWS, które odzwierciedla realny układ sił? Jakiej reakcji spodziewali się politycy RS AWS, podejmując próbę wymuszenia na reszcie AWS poparcia dla wysuniętego kandydata, a równocześnie najwyraźniej podkreślając swoisty "akt własności" ruchu społecznego do tegoż kandydata? To prawda, źle się stało, że opinia publiczna przy tej okazji musiała zobaczyć w jaskrawej formie istniejące w AWS podziały. Ale w tej sytuacji inaczej być nie mogło. I wcale nie z powodu Mariana Krzaklewskiego, bo nie o osobę, ale o zasady polityczne i zdroworozsądkowe tu chodzi. Tak się składa, że w wyborach prezydenckich (konkretnie w drugiej turze) mamy w Polsce niepisany system "dwupartyjny", co oznacza, że naprzeciw kandydata lewicy, jakim jest Aleksander Kwaśniewski, musi w ostateczności stanąć kandydat szeroko rozumianej prawicy, a jeszcze szerzej, kandydat większości obozu posierpniowego. Takiego kandydata, kimkolwiek by był, nie da się tak po prostu zgłosić i narzucić innym. Jeśli ma on zyskać poparcie wielu różnych sił i związanych z nim elektoratów, jego wyłonienie musi być owocem wielostronnego paktu politycznego. I nie ma innej drogi, jeśli się chce, by poparcie takie było bezwarunkowe, pełne i skuteczne, a przejście kandydata do drugiej tury stało się dla wszystkich oczywiste wiele miesięcy przed pierwszą. Tworzenie takiego paktu powinno było się rozpocząć od samej AWS, by następnie objąć jak największą część prawicy z dodatkowym otwarciem na Unię Wolności. Nie zrobiono nawet pierwszego kroku. Z kandydatury Mariana Krzaklewskiego zrobiono balon próbny, którego wypuszczenie miało uwolnić inicjatorów tej inicjatywy od fatygi wstępnego paktowania z kimkolwiek. Zamysł chybił celu, za to już następnego dnia wysunięcie kandydatury Krzaklewskiego złośliwie poparł Leszek Miller, oświadczając, że lider AWS nie powinien się "uchylać od demokratycznej weryfikacji", skoro wcześniej nie chciał być premierem. Gdyby Miller wiedział, że kandydat AWS już w momencie rozpoczęcia kampanii ma naprawdę szerokie poparcie polityczne, a gra się rozpoczęła nie na żarty, sam też by nie żartował. Także Unia Wolności, teraz już pewna, że ordynacyjny as w rękawie AWS jest blotką, może bez obawy manifestować swój sceptycyzm wobec kandydatury Krzaklewskiego. Takie są skutki naiwnego rozumowania, że nieważne - jak, lecz - kto.

Cztery warunki zwycięstwa. Nie napisałbym tego tekstu, gdybym nie wierzył, że mimo popełnionych dotychczas kardynalnych błędów, wybory prezydenckie w 2000 r. są nadal do wygrania i to na dwa różne sposoby. Po pierwsze, ciągle możliwe jest pokonanie Aleksandra Kwaśniewskiego przez kandydata prawicy i okolic. Po drugie i ważniejsze, możliwe jest wygranie wyborów prezydenckich nawet w wypadku, gdy Kwaśniewski pozostanie na urzędzie prezydenckim. Mimo istotnej różnicy między tymi wariantami, warunki ich powodzenia są podobne. Warunek pierwszy sprowadza się do wyciągnięcia wniosków z popełnionych błędów i zaniedbań. Należy więc zacząć od zaległej wewnętrznej reformy i konsolidacji AWS poprzez przekształcenie jej w konfederację najsilniejszych podmiotów związanych umową polityczną, współpracujących z sobą lojalnie w ramach sprawnej struktury i jasnych procedur decyzyjnych. Tak wzmocniona AWS powinna już bez dalszych komplikacji uzgodnić strategię obejmującą nie tylko wybory prezydenckie, ale także o rok późniejsze parlamentarne. Po drugie, przed jakimikolwiek negocjacjami na temat prezydentury, zwłaszcza z Unią Wolności, konieczne jest zakończenie prac nad ordynacją wyborczą 2001 r., a to wymaga szybkiego rozstania się z ambicjami forsowania systemu dwupartyjnego w parlamencie, bo ani to nie jest możliwe, ani nie posłuży rozmowom z kimkolwiek spoza AWS. Po trzecie, we wspólnym koalicyjnym interesie należy dokonać głębokiej i zorientowanej na konkretne efekty i odbiór społeczny rekonstrukcji rządu, ustalając jednocześnie harmonogram prac gabinetu do końca kadencji. Po czwarte, dopiero po spełnieniu powyższych warunków AWS powinna uzgodnić ostatecznie swojego kandydata na prezydenta i sposób zdobywania dlań poparcia w negocjacjach z partnerami spoza AWS. Raz otworzonej puszki Pandory z prawicowymi kandydatami już pewnie nie da się zamknąć, ale próbować trzeba i to w duchu tej samej logiki, dzięki której powstała AWS i odniosła zwycięstwo. Misja jednoczenia prawicy nie została zakończona i AWS ma polityczny, a nawet moralny obowiązek ją kontynuować. Jest poza dyskusją, że zwycięstwo w wyborach prezydenckich wiąże się z losami rozpoczętych reform i odbudową reputacji koalicyjnego rządu. Akurat w dziedzinie zbierania pożądanych owoców najważniejszych reform czas gra na korzyść AWS i UW. To samo zdaje się dotyczyć trendów ekonomicznych. Im bliżej wyborów prezydenckich i parlamentarnych, tym więcej będzie praktycznych argumentów za reformami, za rządem koalicji, za AWS i kandydatem mającym tytuł polityczny, by obiecać, że "tak będziemy trzymać". Jedno jest pewne - bez sukcesu koalicyjnego rządu sukcesu prezydenckiego nie będzie.

Zwycięstwo mimo klęski. Czy to wystarczy, by pokonać za półtora roku kandydata lewicy? Uważam, że jest to w zasięgu możliwości AWS, jeśli z pokorą i zaangażowaniem odrobi zaległe lekcje. Ale AWS może wygrać wybory prezydenckie nawet wówczas, jeśli jej kandydat po wyrównanej walce na finiszu przegra z Kwaśniewskim. Dzięki wewnętrznemu uporządkowaniu i wzmocnieniu akcji, odzyskaniu inicjatywy i dynamiki przez odnowiony rząd, uzgodnieniu priorytetów koalicji na drugą połowę kadencji, wypracowaniu reguł gry i planu politycznego na najbliższe lata, AWS wygra nawet wtedy, gdy poniesie porażkę w wyborach prezydenckich. Wygra bowiem bardzo dobrą pozycję startową do kolejnych wyborów parlamentarnych, skonsoliduje elektorat znacznie większy niż ten, na który może liczyć dziś, i udowodni, że powrót zjednoczonej prawicy do władzy w 1997 r. nie był przypadkiem, lecz udaną inwestycją wyborców. Wyzwaniem dla AWS na nadchodzące dwa lata jest pomnożenie tego kapitału, by z nawiązką odrobić widoczne straty.

Więcej możesz przeczytać w 31/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0