Kaukaska beczka prochu

Kaukaska beczka prochu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z prezydentem Armenii ROBERTEM KOCZARIANEM
Jacek Potocki: - Był pan jednym z przywódców ruchu niepodległościowego w Górnym Karabachu. Może obecny konflikt zakończy się również pod pańskim przywództwem?
Robert Koczarian: - Mam taką nadzieję. Ruch niepodległościowy miał określone ramy. Ich przekroczenie wywołało wojnę. Robię wszystko, co w mojej mocy, by zostało zawarte porozumienie kończące konflikt.
- Wojna na Bałkanach zmniejszyła zainteresowanie świata konfliktem w Górnym Karabachu.
- Walki na Bałkanach były bliżej Europy, wywoływały większe zaniepokojenie i dlatego aktywniej się nimi zajmowano. Istota obu konfliktów jest jednak bardzo podobna, a Europa teraz lepiej rozumie, czym są waśnie etniczne i jak trzeba do nich podchodzić. Zarówno wojna w Kosowie, jak i w Górnym Karabachu uzmysłowiły światu, że nowe państwa nie są zabezpieczone przed antagonizmami wynikającymi z ich polityki wobec mniejszości narodowych.
- Jakie są perspektywy zakończenia walk w Górnym Karabachu?
- Przedstawione ostatnio propozycje Grupy Mińskiej stwarzają realne szanse na porozumienie i stabilizację w regionie. Zostały one zaakceptowane przez Armenię i Górny Karabach. Nie przyjął ich natomiast Azerbejdżan, który domaga się utrzymania dotychczasowej autonomii dla Górnego Karabachu. Trzeba sobie uświadomić, że na terenie byłej Azerbejdżańskiej SRR powstały dwa państwa: Republika Azerbejdżanu i Republika Górnego Karabachu. Przyczyną konfliktu była próba podporządkowania sobie tej drugiej przez pierwszą. Jeśli do tej wojny doszłoby dzisiaj, zaistniałaby sytuacja podobna do tej w Kosowie. Moim zdaniem, konflikt zakończy się, jeśli uznana będzie podmiotowość państwowa wszystkich stron w nim uczestniczących, a więc także Górnego Karabachu, i jeśli zostanie mu zagwarantowane bezpieczeństwo. Jest to dosyć zbieżne z rozwiązaniem przyjętym w Dayton, zgodnie z którym żadna ze stron nie może narzucić swej woli pozostałym. Tam rozwiązano kwestię podmiotowości państwowej wszystkich stron konfliktu i rozstrzygnięto problem enklaw.
- Czy świat powinien uznać Górny Karabach za niepodległe państwo?
- W Dayton społeczność międzynarodowa nie uznała podmiotowości państwowej stron konfliktu de iure, ale de facto. Górny Karabach jest dziś w pełni funkcjonującym państwem i czy Azerbejdżan chce, czy nie, ono de facto istnieje. Tam wyrosło już pokolenie, które nie wie, co to Azerbejdżan i zna go jedynie z telewizji. Jak teraz można powiedzieć tym ludziom, żyjącym w warunkach pełnej niepodległości od 1988 r.: "Jesteście znów obywatelami Azerbejdżanu"? Już dokonały się nieodwracalne procesy. Trzeba znaleźć formułę prawną, która pomogłaby uratować sytuację.
- W czasie kwietniowego szczytu w Waszyngtonie spotkał się pan z prezydentem Azerbejdżanu Gajdarem Alijewem. Do jakich wniosków panowie doszliście?
- Umówiliśmy się, że szczegóły naszej rozmowy na razie zachowamy w tajemnicy. Jedno mogę powiedzieć, że zarówno ja, jak i Alijew zakończyliśmy ją w bardziej optymistycznych nastrojach, niż byliśmy przed nią. Dokonaliśmy pewnego postępu. Uzgodniliśmy też, że tego typu spotkania będziemy odbywać w przyszłości. Przerwa w nich spowodowana była wyłącznie chorobą Alijewa.
- Jakie są relacje między Armenią i USA? Prasa rosyjska spekuluje, że Amerykanie są zainteresowani utrzymaniem stanu "ni to wojny, ni pokoju", by umacniać swoje wpływy na Zakaukaziu?
- Jest odwrotnie. Inicjatorami mojego spotkania z prezydentem Alijewem byli właśnie Amerykanie. Doszło do trójstronnej narady pod przewodnictwem pani Madeleine Albright: ona ją rozpoczęła. Po jej wyjściu kontynuowaliśmy rozmowę. Strona rosyjska też nam mówiła od dłuższego czasu o konieczności zwołania takiego zebrania i zorganizowano je miesiąc wcześniej w Moskwie pod patronatem ministra Iwanowa i ówczesnego premiera Primakowa.
- W Armenii znajdują się rosyjskie bazy wojskowe.
- Nasze stosunki z Rosją są stabilne. Rozwijamy współpracę wojskowo-techniczną. Te bazy funkcjonują za naszą zgodą. Są niewielkie, ale odgrywają stabilizującą rolę w regionie. Nie potrzebujemy pomocy Rosji w naszym sporze z Azerbejdżanem. Obecność wojsk rosyjskich zależy głównie od naszych relacji z Turcją: nie utrzymujemy z tym państwem stosunków dyplomatycznych, granice są zamknięte, gdyż Turcja stosuje blokadę. Zwracamy się do państw NATO: "Powiedzcie Turcji, by otworzyła granicę i zniosła blokadę, która jest agresywnym krokiem wobec Armenii". Według nas, o stosunkach armeńsko-tureckich decyduje trudna historia obu narodów. Polityka tego państwa w regionie zawsze stwarzała zagrożenie dla Ormian i stąd potrzebujemy wsparcia polityczno-wojskowego ze strony Rosji.
- Czy właśnie dlatego zacieśniacie stosunki z wrogiem Turcji, czyli Grecją? Niedawno odbyło się trójstronne spotkanie ministrów spraw zagranicznych Armenii, Grecji i Iranu, co bardzo zaniepokoiło Zachód.
- Utrzymujemy współpracę, ale nie wojskową. Wprawdzie Grecja w czasie rozmów wyraziła zainteresowanie jej rozwojem, lecz Armenia nie podjęła tematu. Nie budujemy trójkąta militarnego z Iranem oraz Grecją. Taka współpraca mogłaby wyłącznie skomplikować sytuację i stworzyć nowe linie konfrontacji.
- Nie ulega wątpliwości, że Kaukaz to rejon świata, w którym sytuacja jest niezwykle napięta. Czy zauważalna jest tam walka o wpływy między Rosją a Zachodem o dostęp do źródeł ropy i gazu?
- Na Kaukazie taka konkurencja istniała zawsze, obejmowała ona Turcję, Iran oraz Rosję. Churchill nazywał Kaukaz miękkim podbrzuszem Rosji. W wyniku walki o wpływy doszło do wielkich migracji, których efektem jest mozaika etniczna i związane z nią wojny. Tam, gdzie znajdują się źródła energii i inne bogactwa, gdzie mówi się o znaczeniu geostrategicznym, naturalne jest, że wielkie mocarstwa mają swoje interesy i starają się je realizować poprzez polityczne działania. Nam zależy na tym, by cele te były osiągane za pomocą instrumentów polityki współczesnej, a nie tej rodem z ubiegłego wieku.
- Mówi się, że przyczyną konfliktów na Bałkanach jest zapóźnienie gospodarcze tego rejonu w stosunku do reszty Europy. Może wspólne korzystanie z bogactw naturalnych rozwiązałoby przyszłość Zakaukazia?
- Nie sądzę, by chodziło tu jedynie o bogactwa. Bałkany znalazły się znacznie w tyle również pod względem rozwoju demokracji i otwartości społeczeństwa. Właściwie nie możemy prognozować rozwoju, jeśli decyzje są podejmowane z pominięciem procedur demokratycznych. To samo dotyczy Kaukazu. Im więcej będzie demokracji, tym bardziej otwarte będzie społeczeństwo i tym racjonalniejsze decyzje zaczną podejmować przywódcy.
- Mówi się, że ma pan silną rękę.
- To widać choćby w moim życiorysie. Ale jeśli pod pojęciem "silnej ręki" rozumie się skłonności totalitarne, to nie mam jej. W moim wypadku chodzi raczej o silną wolę, by zmierzać ku demokratyzacji i rozszerzeniu wolności. Im silniejsza wola, tym mniejsze kompleksy. Silny człowiek jest skłonny dać więcej wolności, natomiast słaby będzie się tego obawiał.


Góry niezgody

Samolot prezydenta Armenii Roberta Koczariana po zakończeniu jego wizyty w Polsce, zamiast wracać do Erewania, wylądował niespodziewanie na lotnisku w Genewie. W pobliżu tego miasta Koczarian przeprowadził ponaddwugodzinną poufną rozmowę z prezydentem Azerbejdżanu Gajdarem Alijewem, który poddał się w Szwajcarii operacji wszczepienia by-passów. Było to kolejne spotkanie obu polityków w ciągu ostatnich trzech miesięcy, poświęcone przyszłości Górnego Karabachu. Wardan Oskanian, minister spraw zagranicznych Armenii, powiedział, że strony "próbowały zlikwidować przeszkody" uniemożliwiające sporządzenie wstępnego dokumentu, na podstawie którego mają być prowadzone dalsze negocjacje. "Za wcześnie mówić o przełomie" - ostudził nadzieje dziennikarzy minister Oskanian.


W 1921 r. Józef Stalin przekazał Górny Karabach, zamieszkany przez większość ormiańską, Azerbejdżanowi. Prowincja miała ograniczoną autonomię, lecz Ormianie nigdy nie pogodzili się z przynależnością do Azerbejdżanu. W 1988 r. Górny Karabach rozpoczął zbrojne powstanie przeciwko Azerbejdżanowi, które wkrótce przekształciło się w wojnę. W roku 1994 zakończono ją rozejmem. W wyniku działań wojennych zginęło 35 tys. ludzi, milion osób opuściło swe domy, a Azerbejdżan utracił 20 proc. swego terytorium. Mimo wysiłków OBWE i wyłonionej przez nią Grupy Mińskiej (USA, Rosja, Francja), do dziś nie rozwiązano konfliktu. Azerbejdżan domaga się powrotu Karabachu pod jego jurysdykcję, oferując zwiększoną autonomię. Armenia żąda zaś uznania suwerenności Górnego Karabachu i przyznania mu równoprawnego miejsca w rokowaniach pokojowych. Poprzedni prezydent Armenii Lewon Ter-Petrosjan był skłonny podjąć negocjacje z Azerbejdżanem i zawrzeć kompromisowe porozumienie. Musiał jednak ustąpić w lutym ubiegłego roku. Na jego następcę w marcu 1998 r. wybrano Roberta Koczariana, który pod presją USA i Rosji podjął tajne pertraktacje z prezydentem Azerbejdżanu. 45-letni Koczarian urodził się w Stepanakercie, stolicy Górnego Karabachu. W 1988 r. był jednym z przywódców ruchu wyzwoleńczego, w 1992 r. został premierem Górnego Karabachu, a w grudniu 1994 r. - prezydentem. W marcu 1997 r. objął urząd premiera Armenii. Koczarian uchodzi za silną osobowość, przedstawiciela twardego nurtu nacjonalistycznego oraz zręcznego reformatora. Dąży do wyciągnięcia Armenii z marazmu ekonomicznego i włączenia jej do niektórych struktur europejskich, zwłaszcza Rady Europy. Pod koniec tego roku Koczarian udaje się na szczyt OBWE do Turcji. Wtajemniczeni mówią, że może podjąć rokowania z odwiecznym wrogiem Ormian, czyli Turkami. Dyplomacja zachodnia podobno już rozpoczęła "rozmiękczanie" Turcji, by zniosła ona gospodarczą blokadę Armenii.


Więcej możesz przeczytać w 31/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0