Made by życie

Made by życie

Dodano:   /  Zmieniono: 
Niejednej ze statystycznych obywatelek tego świata przydarzyło się w nieodpowiednim mężczyźnie widzieć sens swego życia. Zgubić po drodze siebie i egoistyczną potrzebę bycia szczęśliwą
Strzępy uczuciowych zdarzeń, nie wyjaśnione do końca pomyłki, niepotrzebnie wylane łzy i spóźnione uśmiechy. Fragmenty życiorysów przywoływanych na okoliczność pytania: czego w życiu żałuję? Nie ma w tych pamięciowych przywołaniach logicznego ciągu, a mimo to te układające się jak w kalejdoskopie obrazki oddają istotę nie tylko tego, co w naszym życiu najważniejsze, ale i tego, jakim ono jest. Naprawdę. Okrutne, beztroskie, przegrane czy też godne pozazdroszczenia?

Oto siedzi przede mną wyprostowana, trzymająca splecione dłonie na kolanach, wytworna staruszka. Raczej starsza pani, a dokładniej - dziewięćdziesięcioletnia dama. To o takich jak ona mądrzy ludzie powiadają, że są eleganckimi aniołami zesłanymi na ziemię. Na szyi ma sznur pereł. Nieprawdziwych. Delikatny uśmiech nie schodzi z jej ust. Niespodziewanie mówi: nauczyciel, któremu prowadziłam dom, chciał się ze mną ożenić. Nie chciałam go. Pomyślałam sobie, że to byłoby śmieszne, gdybym za niego wyszła. Niezrażony konkurent argumentował: Frida, zgódź się, przecież niedługo umrę i będziesz miała po mnie dużą rentę. Nie będziesz już u nikogo wycierać kurzy. Milknie. Ktoś z wtajemniczonych w losy Fridy wyjaśnia: kiedy po niespodziewanej śmierci męża została wdową z dwojgiem dzieci, ciągle była bardzo atrakcyjną, ale i bardzo biedną kobietą. Zdecydowała, że do końca życia pozostanie bez mężczyzny. Bez żalu i pretensji do losu. Popełniła najprawdziwszy w świecie mezalians i jeszcze przed wojną z dużego miasta, Hanoweru, uciekła za głosem serca na wieś. Frida uśmiecha się i cicho dodaje: przyjechałam w białych rękawiczkach i eleganckich bucikach. Nie miałam pojęcia, czym różni się krowa od świni, a zboże od chwastu. Szybko się dowiedziała. Pewnego dnia dopiero co poślubiony mąż poinformował: umarła moja dawna miłość i zostawiła nieślubne dziecko, dziewczynkę. Zanim skończył, usłyszał: przyprowadź ją, zostanie z nami... Została... Dziś ta prawie siedemdziesięcioletnia kobieta siedzi obok i dla swojej macochy zrobiłaby wszystko. Macochy? Ta najprawdziwsza historia - jak z koszmarnej bajki braci Grimm - przytrafiła się nie jej, ale właśnie Fridzie. Pojawiła się w ich domu po śmierci matki. Biła tak, żeby ojciec nie zauważył, szczypała do krwi, a i nożem zdarzyło się jej trafić w pokorną pasierbicę.
Trzeba było kilkunastu lat, aby sprawa przypadkowo wyszła na jaw. Od tego dnia nie było już macochy, jedynie blizna na dłoni pozostała. I przekonanie, że aby żyć po swojemu, trzeba - oprócz świadomości ryzyka - wiedzieć dokładnie, czego się chce. Jedna z moich studentek opowiedziała na zajęciach inną historię... Bliska krewna wyszła za mąż za kogoś, kogo nie kochała, rezygnując z małżeństwa z ukochanym. Nie chciała czy też nie potrafiła sprzeciwić się rodzicom. Całe swoje dorosłe życie była nieszczęśliwa. Nie kochała męża, nie miała o czym rozmawiać ani przy śniadaniu, ani przy kolacji, a związek, w którym trwała, uważała za stratę czasu. Co zaskakujące, nie spędzała już nawet bezsennych nocy na rozmyślaniu, co by było, gdyby wyszła za innego. Aż do chwili, gdy po kilkudziesięciu latach tego innego zobaczyła na ulicy. Szedł przed nią, a ona biegła za nim. Tych kilka dzielących ich metrów unaoczniło jej beznadziejność życia, na jakie się zdecydowała. Pobiegła jeszcze kawałek, chciała zawołać i nagle pozwoliła swojemu wyobrażeniu o miłości idealnej odejść w siną dal. W jej życiu na zawsze pojawiła się dojmująca tęsknota za tym, czego nigdy nie spróbowała. Jaki byłby ten jej owoc zakazany? Cierpki w smaku czy rozpływający się w ustach? Nie wie tego ani bliska krewna, ani rodzice, którzy poparli innego kandydata do jej ręki. I jeszcze jedna opowieść, też prawdziwa, chociaż z tzw. wielkiego świata. Dramatyczna, przejmująca, zakończyła się dwadzieścia lat temu. Słucham arii "La mamma morta" Umberta Giordano w wykonaniu Marii Callas i ciarki przechodzą mi po plecach. Tak może śpiewać tylko ktoś, kto wbrew zdrowemu rozsądkowi i samemu życiu sięgnął po owoc zakazany. Po miłość złą, poniżającą i odrzuconą. Niejednej ze statystycznych obywatelek tego świata przydarzyło się - jak Marii Callas - w nieodpowiednim mężczyźnie widzieć sens swego życia. Zgubić po drodze siebie i egoistyczną potrzebę bycia szczęśliwą. Nie każda z nich zapłaciła za tę nierozważność cenę najwyższą: przegrane życie. Co jednak zrobić, gdy dookoła wiele zakazanych owoców, po które chciałoby się sięgnąć? Nie sięgać, pójść dalej i sprytnie ominąć "przeszkodę"? Taka rada zda się na nic, bowiem już z pobieżnych obserwacji wynika, że grzeszny smak miłości zamącił w głowie niejednej racjonalistce. A więc? Psycholodzy od miłości radzą: sięgać, tyle że z niezbędną do wykonania tej czynności wiedzą - nie zdziwię się, gdy to, w co wbiję zęby, okaże się niewarte grzechu, robaczywe, spleśniałe i kwaśne. Wie o tym staruszka vel dama Frida, bliska krewna studentki, wie Maria Callas i jej Aida, i Tosca, i Norma, i Manon, i Andrea Chenier, i każda dziewczyna o takich samych albo innych inicjałach. I gdy ktoś niespodziewanie pyta o sens życia, to wychodzi na to, że wszystkie one są z tej samej historii. Made by życie.
Więcej możesz przeczytać w 31/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0