Fabryki zdrowia

Fabryki zdrowia

Dodano:   /  Zmieniono: 
Operacja klatki piersiowej była dla pięćdziesięcioletniej kobiety katastrofą
Przez kilka miesięcy zmagała się z silnym bólem, kaszlem, dusznością i niemal zupełną utratą sił. Wystarczył 24-dniowy pobyt w szpitalu sanatoryjnym, by ta sama osoba była w stanie maszerować 15-20 km dziennie.

- Rehabilitacja sanatoryjna przywraca zdrowie chorym po operacjach i zawałach, skutecznie zmniejsza też dolegliwości w wielu przewlekłych chorobach narządów ruchu, układu oddechowego, moczowego, krążenia, trawienia i przemiany materii - wyjaśnia prof. Anna Filipowicz-Sosnowska z Instytutu Reumatologicznego w Warszawie. - W chorobach reumatycznych odpowiednie ćwiczenia pozwalają znacznie przedłużyć aktywność zawodową. Niestety, w miejscu zamieszkania korzysta z nich tylko 5 proc. chorych. Ratunkiem były dla nich sanatoria. Tylko nasz instytut miał każdego roku do wykorzystania 400 miejsc w szpitalach sanatoryjnych. Po reformie takiej możliwości nie mamy. Kasy chorych zapominają, że pobyt w uzdrowisku jest kilka razy tańszy niż w specjalistycznym szpitalu.
Polskie ośrodki uzdrowiskowe mają do dyspozycji 45 tys. łóżek sanatoryjnych (w obiektach państwowych, związkowych i branżowych). Pozwala to przyjąć 680 tys. osób rocznie na turnusach 24-dniowych. Dotychczas na leczenie sanatoryjne kierowały wojewódzkie komisje ds. uzdrowisk, osobne dla dorosłych i dla dzieci. Zarezerwowane miejsca miały też szpitale i kliniki. Na każde miejsce w uzdrowisku było kilku chętnych, a czas oczekiwania przy niektórych schorzeniach wynosił dwa, trzy lata. Szybciej (po dwóch, czterech miesiącach) mogli wyjechać do sanatorium pacjenci po operacjach. Po reformie służby zdrowia rozdziałem wszystkich skierowań (od drugiego kwartału tego roku) zajęły się kasy chorych. Niektóre odsyłały wcześniej złożone wnioski, żądając wypełniania nowych kwestionariuszy i aktualizacji wyników (w stolicy odesłano w marcu 2 tys. wniosków), inne respektowały tylko skierowania od lekarzy rodzinnych. W konsekwencji pacjenci (często ciężko chorzy) stanęli przed kolejną biurokratyczną przeszkodą. Sami muszą biegać do kas po wnioski, składać je u lekarza, odbierać i osobiście wysyłać, chociaż wszystkie te sprawy - zgodnie z przepisami - powinien załatwiać lekarz kierujący.
Do szpitali dziecięcych w Rymanowie Zdroju (750 miejsc) przyjechało w kwietniu tylko 500 dzieci. Zamknięte zostały dwa szpitale - Krystyna i Polonia. W Eskulapie, gdzie leczy się choroby płuc i schorzenia kardiologiczne u osób dorosłych, w maju nie wykorzystano jednej trzeciej miejsc. Jeszcze gorsza sytuacja jest w Rabce. Zamknięto cztery szpitale dziecięce, trzy alergologiczne (Łowiczanka, Opatrzność i Świt) i diabetologiczny. Nowoczesny obiekt kardiologiczny Olszówka nie ma nawet połowy pacjentów. Pustkami świeci oddział intensywnej terapii z inkubatorem, najnowszej generacji respiratorami i pełnym zestawem reanimacyjnym, ponieważ Małopolska Regionalna Kasa Chorych nie podpisała umowy na jego usługi. Najbliższy podobny znajduje się w oddalonym o 70 km Krakowie. W Rabce z 625 miejsc dla dzieci wykorzystuje się tylko 40-50 proc. Więcej pacjentów ma jedynie szpital kardiologiczny dla dorosłych.
- Ciężko chore dzieci tylko wtedy mogą szybko wracać do zdrowia, jeżeli zaraz po pobycie w szpitalu rozpoczną rehabilitację - tłumaczy prof. Paweł Januszewicz, dyrektor Centrum Zdrowia Dziecka i krajowy konsultant medyczny w dziedzinie pediatrii. - Tak było dotychczas, gdy szpitale miały zapewnione miejsca w sanatoriach. W tym systemie Centrum Zdrowia Dziecka wysyłało rocznie kilkaset dzieci. Umożliwiało to nie tylko kontynuację leczenia szpitalnego, ale także znaczne skrócenie pobytu na drogich oddziałach. Niestety, nie gwarantuje tego obecny system przyznawania skierowań przez kasy chorych.
W Długopolu, specjalizującym się w leczeniu chorób wątroby, w kwietniu zajętych było tylko 30 proc. z 300 miejsc, w maju - niewiele ponad połowa. Zamknięte zostały szpitale Fortuna i Ondraszek. W Połczynie Zdroju wyłączono dwa oddziały reumatologiczne, a ginekologia ma 30 wolnych miejsc. Najlepsza sytuacja jest w dużych, popularnych kurortach (Nałęczów, Krynica, Ciechocinek) i szpitalach kardiologicznych dla dorosłych. Tam ponad 20 proc. skierowań sprzedawanych jest prywatnie. Najgorzej radzą sobie szpitale dziecięce, reumatologiczne i mniej znane uzdrowiska.
Okazuje się, że nie wynika to wcale z gwałtownego ograniczania funduszy kas chorych - średnio zamówiły one 70 proc. miejsc z poprzedniego roku, a kasa mazowiecka nawet 100 proc. W kwietniu Warszawa wykorzystała jednak tylko 30 proc. rezerwacji. W maju było znacznie lepiej, przeważały jednak skierowania do sanatoriów, mniej było skierowań do szpitali.


Jedyną szansą dla pustoszejących sanatoriów jest komercjalizacja świadczonych usług

Jadwiga Wielogórska-Gola, naczelnik Wydziału ds. Uzdrowisk Mazowieckiej Regionalnej Kasy Chorych, tłumaczy tę sytuację brakiem skierowań. Jej zdaniem, niepotrzebnie wycofali się z ich wystawiania ordynatorzy szpitali i lekarze z poradni specjalistycznych. Takie wnioski nadal są honorowane, wymagają tylko poświadczenia w kasach chorych. Zabrakło też prawidłowej informacji o zasadach przyznawania skierowań w przychodniach i poradniach rodzinnych. Nie bez znaczenia jest zbyt późne wydrukowanie nowych formularzy, a także nieprawidłowa interpretacja zarządzenia ministra zdrowia z grudnia 1998 r., uznająca za lekarza pierwszego kontaktu tylko lekarza rodzinnego.
Wydaje się, że barierą utrudniającą kierowanie na leczenie uzdrowiskowe jest również niezgodny z przepisami (nie obowiązuje od stycznia tego roku), lecz stosowany przez kasy wymóg dołączania aktualnych badań (morfologii krwi, OB, analizy moczu, prześwietlenia płuc i EKG). Koszty tych badań obciążają lekarza kierującego, a suma (76-84 zł) równa się funduszom, jakie otrzymał on na rok na każdego pacjenta w średnim wieku. Niektóre kasy żądają poszerzonych danych i zwracają jako niewłaściwy wniosek ustalony przez Ministerstwo Zdrowia.
Zdecydowanie nieprawidłowe są kontakty między kasami chorych a uzdrowiskami. Jak wyjaśnia Janusz Ruciński, członek zarządu Uzdrowiska Rymanów Zdrój SA, nie ma tu żadnego partnerstwa ani pozorów negocjacji. Kasy chorych zachowują się jak monopolista, narzucają treść umów i nie godzą się na żadne zapisy dotyczące częściowej odpowiedzialności za miejsca niewykorzystane. Wszystkie koszty, także wynikające z błędów biurokratycznych, ponoszą sanatoria. Zdaniem prof. Andrzeja Madeyskiego, dyrektora Izby Gospodarczej Uzdrowiska Polskie, sanatoria utrzymają się na rynku i będą uznawane przez kasy chorych za partnerów tylko wówczas, gdy co najmniej 50 proc. miejsc sprzedadzą prywatnie. Muszą się nauczyć zabiegać o kuracjusza i nie żałować pieniędzy na reklamę. Udało się to części uzdrowisk branżowych.
Pomocą ma służyć sanatoriom powstała przed kilkoma miesiącami Unia Uzdrowisk Polskich, zrzeszająca 26 spółek skarbu państwa. Jej przewodniczący Wojciech Gucma uważa, że liczba zakontraktowanych miejsc często nie zależy od wyposażenia obiektów, ale umiejętności prowadzenia negocjacji. Najważniejszą sprawą dla uzdrowisk jest szeroka promocja i uzmysłowienie społeczeństwu, że zamiast na wczasy lepiej wyjechać prywatnie do sanatorium, bo za podobną cenę otrzymuje się dodatkowo zabiegi przywracające zdrowie i poprawiające kondycję.
Janina Sobczak-Kowalak, dyrektor Departamentu ds. Uzdrowisk MZiOS, przyznaje, że w wypadku leczenia sanatoryjnego nie wszystkie elementy reformy funkcjonują prawidłowo. Nadal istnieją biurokratyczne bariery (żądanie aktualnych badań, poszerzanie wniosków itp.), które utrudniają i opóźniają otrzymanie skierowania. Przygotowywana nowelizacja przepisów umożliwi bezpośrednie kierowanie (bez udziału kas chorych) pacjentów po ciężkich operacjach i zawałach na dalsze leczenie do szpitali uzdrowiskowych. Są one często lepiej wyposażone niż szpitale wojewódzkie, a pobyt w nich jest kilkakrotnie tańszy.

Więcej możesz przeczytać w 26/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0