Solidarność sumień

Solidarność sumień

Co chciał nam powiedzieć Jan Paweł II
Kiedy Ojciec Święty, przemawiając do parlamentarzystów, przypomniał swoje słowa sprzed dwudziestu lat: "Niech zstąpi duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!", cała najnowsza historia naszej części Europy w olśniewającym skrócie sprowadziła się tylko do tego jednego, bez wątpienia najważniejszego, symbolu. Oto, jak w słowach naszego hymnu, wolność przyszła "z ziemi włoskiej", choć jej wysłannik po dwudziestu trudnych latach o ileż jest bardziej zmęczony i postarzały. "A ileż to ma papież dywizji?" - pytał kiedyś ironicznie Stalin. Dziś dziedzictwo Stalina leży w gruzach, zaś dywizje ducha triumfują. "Wiwat król, wiwat naród, wiwat wszystkie stany!" - tak powraca do polskiego Sejmu duch nieśmiertelnej Konstytucji 3 maja. Trudno się dziwić zarówno posłom, jak i szarakom przy telewizorach, że w tej symbolicznej chwili zwilgotniały im oczy. Papież zwycięzca!
Ale gdybyśmy uznali tę chwilę i tę przemowę w gmachu Sejmu za kulminacyjny moment polskiej wizyty, grozi nam, że niewiele z niej zrozumiemy i niewiele się nauczymy, że polityka znowu uniemożliwi nam wysłuchanie tego, co Ojciec Święty ma do przekazania naszym duszom. Nigdy nie bywa donośnym głos spraw najważniejszych i ostatecznych; szkodzi im zarówno wrzask polityki, jak i egzaltacja dewocji.

Mieliśmy chamy złoty róg! Pamiętam Jego wizyty w smutnej "Polsce jaruzelskiej", kiedy "Boże coś Polskę" śpiewaliśmy z palcami prawej dłoni rozcapierzonymi w znak zwycięstwa, witaliśmy Go zakazanymi politycznie transparentami i darliśmy się ze szczęścia, kiedy wymawiał słowo "solidarność". Tymczasem przypuszczając, że wspomina nazwę nielegalnego związku, popełnialiśmy błąd politycznego zaślepienia, który uniemożliwia wysłuchanie i zrozumienie tego, co najważniejsze. A mówił - zwłaszcza w 1987 r. - nie o "Solidarności" przez duże "S" i w cudzysłowie, ale o solidarności pisanej małą literą. Polityczny przewrót w naszej części Europy - choć faktycznie przyszedł już za dwa lata - wydawał się wtedy odległy jak najdalsza galaktyka, ale solidarność przez małe "s" była w zasięgu ręki. Tyle że droga do niej prowadziła nie przez demonstracje i transparenty, ale przez sumienia. Jak być solidarnym? Na co dzień. O wiele łatwiej zostać członkiem - obojętnie: legalnego czy nielegalnego - związku, o wiele prościej wykrzykiwać "nie ma wolności bez solidarności!", o wiele przyjemniej raz zagłosować przeciwko komunizmowi i uznać sprawę za załatwioną.
Gdybyśmy Go wtedy trochę uważniej wysłuchali, trochę lepiej zrozumieli i rzeczywiście chcieli rozważyć w swoim sumieniu postawione wtedy pytania, być może zwycięska w historycznym 1989 r. "Solidarność" nie rozstałaby się tak szybko z solidarnością, tonąc w personalnych rozgrywkach i małostkowym politykierstwie. Może zdołalibyśmy pojąć, że biorąc za nazwę związku słowo tak ważne, tak fundamentalne dla relacji pomiędzy ludźmi, a jednocześnie słowo - jak wszystkie pojęcia z zakresu moralności - tak trudne do jednoznacznego sprecyzowania, bierzemy na siebie ciężar zobowiązania i nadziei. Ciężar, któremu nie sprostała ani "sentymentalna panna S", ani tym bardziej ta przywiędła sekutnica, jaka z niej wyrosła. Nie sprostaliśmy wszyscy - my Polacy. Bo bez solidarności pisanej małą literą, bez solidarności pomiędzy ludźmi i narodami, nie da się ułożyć spraw świata XXI wieku, tak jak nie udało się to w stuleciu mijającym. Wznosząc to słowo na sztandary, daliśmy lekkomyślną obietnicę, z której nawet nie próbowaliśmy się wywiązać. Dlatego powinniśmy zacząć nasz rachunek sumienia od słów: "Mieliśmy chamy złoty róg..."

Miłość cierpliwa jest... I oto Ojciec Święty, gdy tylko dotknął w Gdańsku polskiej ziemi, powiedział (parafrazując zawołanie z tamtych lat): "Nie ma solidarności bez miłości!". W 1999 r. dał nam klucz do tego, co mówił już tutaj dwanaście lat wcześniej. Bo cóż to jest miłość? Chociaż Ewangelie pełne są słów o miłości, trudno znaleźć pojęcie równie strywializowane. Albo pojmujemy ją jako seks, albo jako czułostkową litość. Tymczasem, aby ludzi kochać, nie trzeba ich obejmować, nie trzeba się z nimi lizać, nie trzeba się nad nimi użalać - trzeba im pomagać. Nawet nie trzeba ich osobiście znać. Miłość jest pomocną ręką wyciągniętą do człowieka, snopem światła w ciemności, w której spodziewamy się odnaleźć tylko zło, a w najlepszym razie obojętność. Trzeba im służyć, nie pytając o odpoczynek i zapłatę. Trzeba im służyć nieraz aż do wyczerpania, tak jak wyczerpany padł Ojciec Święty w Krakowie, aby już następnego dnia ruszyć do obowiązków przerastających siły 80-letniego bez mała starca. Trzeba im służyć nawet wtedy, kiedy się wie, że na koniec oplują i znieważą, tak jak opluli Chrystusa - jeszcze kilka dni wcześniej gotowi iść za nim - mieszkańcy Jerozolimy, nim został wydany na mękę. Miłość nie patrzy w zwierciadło ani nie szuka rewanżu. Jeśli tylko dlatego kocham, że spodziewam się być w zamian kochany, to kiepsko z moim sumieniem. Podobnie wtedy, gdy słowo "solidarność" umieszczam tylko na sztandarach. "Jeden drugiemu brzemię nieście!" - wołał Jan Paweł II w Gdańsku przed dwunastu laty. Tu jest klucz do miłości i solidarności, klucz znany przynajmniej od czasów, gdy w Jerozolimie ukrzyżowano pewnego człowieka, którego część plebsu miała za Mesjasza. Tylko tak trudno to zrozumieć i jeszcze ciężej podjąć.


Jan Paweł II mówił nie o "Solidarności" przez duże "S" i w cudzysłowie, ale o solidarności pisanej małą literą

Czym jest miłość? Dziś, u schyłku XX wieku, znamy aż nadto dobrze sforę diabłów siedzących w człowieku i urządzonym przezeń świecie. Cała poczciwa teodycea usiłująca bronić wszechmocy i dobroci boskiej w świecie pełnym zła i cierpienia okazuje się bezbronna wobec Holocaustu albo komunizmu. Trudno po Oświęcimiu i Kołymie wierzyć oleodrukom, na których Anioł Stróż przeprowadza dzieciaki kładką ponad przepaścią. Tym bardziej że w świecie, który już przeżył wszystko co najgorsze, Bośnia, Rwanda czy Kosowo powtarzają się w kolejnych odsłonach, a polityka albo jest bezsilna, albo wykazuje zręczność kulawego słonia. Jak wierzyć w dobrego Boga, jeśli modelem świata jest Holocaust, a jego przeznaczeniem Apokalipsa? I oto w takim świecie wciąż zdarza się bezinteresowna i cierpliwa miłość. Tylko to pozwala uwierzyć w lepszą niż doczesna rzeczywistość i tylko to jest jedynym dostrzegalnym dla każdego znakiem Bożej Obecności. A jeśli ktoś nie wierzy w Boga? Nic nie szkodzi, najwyżej jest mu trudniej, bo nie ma gdzie zaczepić swojej kotwicy wśród oceanu rozpaczy. Jeśli kocha i jeśli nie spodziewa się niczego w zamian, jest świadkiem tej samej prawdy. Dopiero z tej perspektywy warto spojrzeć na hasło tej pielgrzymki: "Bóg jest miłością".

Czystość serca. Jeśli Ojciec Święty proponuje nam cywilizację miłości i świat solidarny, większej mocy nabierają inne Jego wezwania. Jest wtedy rzeczą oczywistą, że w Ełku nawoływał, byśmy usłyszeli "krzyk biedy" i pokazali solidarność z potrzebującymi wsparcia. Jest wtedy oczywiste, że w Sosnowcu przypominał, iż ludzka praca ma pierwszeństwo przed kapitałem, a zysk nie uzasadnia wyzysku, o czym już pisał dobitnie przed kilkunastu laty w swoich pierwszych encyklikach. W Toruniu wołał o "ludzi pokoju" nie tyle w sensie zaprowadzania rozejmu w trapiących świat wojnach, ale nade wszystko w sensie pojednania i zrozumienia między światami różnych kultur, różnych opcji politycznych, różnych narodów, różnych wiar. W Krakowie w homilii, której sam nie mógł już odczytać, pytał, co zrobimy z naszym dziedzictwem; czy potrafimy twórczo je przenieść w wiek XXI, do zjednoczonej Europy? W Warszawie zwracał uwagę, że tak jak błądzi najsprawniejszy nawet kapitalizm, traktujący człowieka tylko jak sprzedawcę swojej pracy, tak skazana na zwyrodnienie jest najbardziej nawet zrównoważona demokracja, obojętna jednak na wartości moralne, bez sumienia, bez poczucia solidarności pomiędzy obywatelami. Jan Paweł II był nieraz krytykowany, zwłaszcza na Zachodzie, za pewną nieufność wobec kapitalizmu i demokracji, czemu dał wyraz w encyklice "Centesimus Annus", wydanej w stulecie epokowej encykliki Leona XIII "Rerum Novarum". Niektórzy krytycy doszukiwali się źródeł tej nieufności w papieskiej tęsknocie za państwem wyznaniowym. Teraz ta nieufność staje się zrozumiała i trudno jej nie podzielać: jest to nieufność wobec świata niesolidarnego.
Ale najważniejsze jest jego wezwanie do czystości serc. Znowu będzie ono zapewne spłycone i sprowadzone do poziomu spodniej bielizny. Tymczasem jest to jeden z najbardziej uniwersalnych problemów moralnych. Nie ma czystego serca mąż, który kocha żonę i nigdy jej nie zdradza dlatego, że jej uroda imponuje innym i inni mu jej zazdroszczą. Nie ma czystego serca wierna żona, która kocha nade wszystko mężowską forsę i prestiż. Nie ma czystego serca kandydat do najwyższych urzędów - obojętnie: w państwie czy w gminie - pnący się po szczeblach, by błyszczeć, nie zaś po to, by służyć. Tylko człowiek o czystym sercu może być człowiekiem solidarnym.

Chrystus nie obiecuje łatwego życia. Mówi się, że Polacy Ojca Świętego kochają, ale nie słuchają. Papież wyjechał, Polska została. Taka, jaka była: niesolidarna, skłócona, nieraz wieprzowata. Ale czy Chrystusa słuchano, kiedy nauczał? I ilu z nas gotowych byłoby dzisiaj pójść za nim, wyciągnąć ostateczne konsekwencje z nakazu miłości i solidarności? Ale jeśli jest wśród nas choć niewielu Jego prawdziwych uczniów, to znaczy, że są jeszcze sprawiedliwi w tej Sodomie przełomu tysiącleci i może warto, by ta nieszczęsna Sodoma istniała dalej i próbowała być choć troszeczkę lepsza. To dlatego Papież wołał w Licheniu, że Chrystus nie obiecuje łatwego życia, a samo zaspokojenie zachcianek, o których krzyczą codziennie reklamy, nie jest celem naszego istnienia.
Co z tego wynika dla polityki? Nic zupełnie. Może coś z tego wyniknąć dla pojedynczych ludzi - tak samo dla Jana Kowalskiego jak dla Mariana Krzaklewskiego. Tak dla Leszka Millera, Mariana Piłki, Izabelli Sierakowskiej, jak dla Jerzego Surdykowskiego, Antoniego Nowaka czy Marianny Kupść. Jeśli potrafimy okazać się choć trochę lepsi, polityka też będzie lepsza. Z jednym tylko wskazaniem w stronę polityki: świat spraw publicznych, jaki wyłania się z papieskiego nauczania, jest światem, w którym może się spotkać zarówno socjaldemokrata, chadek, jak i liberał - o ile nie jest mu obca "wrażliwość społeczna". Jeśli demokracja, to zakotwiczona w odwiecznych wartościach. Jeśli gospodarka rynkowa, to też z przymiotnikiem "społeczna". Ale ta wizja świata ochrzczonego i solidarnego nie mówi nic o tym, jaka ma być stopa podatkowa, ile wydawać na obronę, jak odnieść się do Leppera albo do protestujących pielęgniarek. Od tego nikt nie zwolni polityków. Chociaż nie, w tej ostatniej kwestii coś jednak mówi.

Więcej możesz przeczytać w 26/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0