Krew na ulicy

Krew na ulicy

Dodano:   /  Zmieniono: 
W tym roku w Warszawie zorganizowano już 80 demonstracji
Na obchodach 23. rocznicy robotniczego protestu w Radomiu (w ubiegły piątek) nie było premiera, marszałków Sejmu i Se- natu, poprzedniego ani obecnego przewodni- czącego "Solidarności". Kwiaty przed pomnikiem Czerwca ?76 złożył natomiast szef Samoobrony Andrzej Lepper. Uroczystości odbyły się dzień po dramatycznej demonstracji związkowców Łucznika w Warszawie. - Ten rząd, który polecił strzelać do robotników, to bandyci i kryminaliści - oświadczył Lepper. Rocznicę wykorzystali też posłowie Sojuszu Lewicy Demokratycznej: nie dość, że w Sejmie zażądali przedstawienia przez rząd informacji na temat przebiegu demonstracji, to jeszcze porównali ją do wydarzeń sprzed 23 lat. - W czerwcu 1976 r. cztery tysiące ludzi przepuszczono przez mordercze ścieżki zdrowia i porównywanie tych dwóch wydarzeń jest po prostu nieodpowiedzialne - oponował Antoni Macierewicz, poseł nie zrzeszony, członek Komitetu Obrony Robotników, który powołano właśnie po wydarzeniach w Radomiu i Ursusie.

Czwartkowa demonstracja ponad 800 związkowców radomskiego Łucznika z "Solidarności" i związków branżowych skończyła się ostrym starciem z policją: funkcjonariusze użyli pałek, ręcznych miotaczy gazu i armatek wodnych, a wreszcie - gumowych kul. Jedna z nich trafiła w oko fotoreportera "Naszego Dziennika" Roberta Sobkowicza, druga - w brzuch jednego z demonstrantów. Rannych zostało czterech robotników i 50 policjantów. Zatrzymano pięć osób: według policji, wszystkie znajdowały się pod wpływem alkoholu. Policjanci twierdzą, że strzelali, gdyż zagrożone było ich życie: demonstranci rzucali w nich płytami chodnikowymi, znakami drogowymi, kamieniami, petardami, śrubami i deskami. - Drastycznie przekroczono granicę wolności zgromadzeń - mówią policjanci, wspierani przez przedstawicieli MSWiA. - Policja złamała wszelkie reguły postępowania z demonstrantami, nadużyła też prawa do obrony koniecznej - replikują manifestanci.
W ubiegłym roku zarejestrowano w stolicy 142 zgromadzenia, a udział w nich wzięło 150 tys. osób. Manifestacja Łucznika była osiemdziesiątym w tym roku protestem na ulicach Warszawy. W ubiegłym tygodniu głównymi arteriami miasta maszerowali również zadłużeni lokatorzy mieszkań spółdzielczych, pielęgniarki i niepełnosprawni. Protesty przeniosły się też na polityczne salony: SLD zaproponował samorozwiązanie Sejmu, OPZZ zażądało dymisji gabinetu Jerzego Buzka, a "Solidarność ?80" oraz górnicy - odwołania ministra spraw wewnętrznych i administracji Janusza Tomaszewskiego. Użycie siły przez policję potępili posłowie ROP, Naszego Koła i KPN Ojczyzna. OPZZ zapowiedziało jednocześnie, że skieruje przeciwko rządowi pozew do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Wyjaśnień od premiera zażądał Marian Krzaklewski, lider "Solidarności". Jednocześnie Janusz Tomaszewski powołał zespół, który ma wyjaśnić okoliczności starć, zaś warszawska prokuratura wszczęła w tej sprawie śledztwo.
Pracownicy Łucznika przyjechali do Warszawy (po raz czwarty w ostatnich tygodniach), gdyż od trzech miesięcy nie otrzymują pensji. Domagają się wypłaty zaległych wynagrodzeń i zamówień rządowych. Te wydatki nie są jednak przewidziane w budżecie państwa, podobnie jak dodatkowe fundusze dla protestujących od kilku tygodni pielęgniarek (w ubiegłą środę 20 tys. z nich przyjechało do Warszawy, a po manifestacji zapowiedziały strajk generalny). Pod Sejmem pielęgniarki skandowały: "Ministrowie do roboty za jedyne pięćset złotych" i "Buzek na wózek, Frankę na furmankę". Jajkami obrzucono budynek Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, próbowano sforsować barierki. Manifestacja na wiele godzin sparaliżowała Warszawę. W Sejmie w obronie pielęgniarek i tym razem wystąpili posłowie SLD - powoływali się na nauki Jana Pawła II. Ujęli się również za niepełnosprawnymi, którzy Warszawę zablokowali w ubiegły wtorek.
- Odbywające się co kilka dni demonstracje paraliżują życie miasta. Być może już niedługo warszawiacy zaczną organizować wiece protestacyjne i happeningi przeciwko demonstracjom - przestrzega Paweł Piskorski, prezydent Warszawy. Ostatnio - w liście do premiera, ministra pracy i polityki socjalnej, a także przewodniczących związków zawodowych i starosty powiatu warszawskiego - Piskorski zaapelował o "zminimalizowanie uciążliwości" związanych z protestami. Zwrócił się też do rządu, by jego przedstawiciele nie rozmawiali z protestującymi, którzy łamią prawo. - Ulica nie jest najlepszym miejscem dialogu w państwie prawa - zaapelował do związkowców premier Jerzy Buzek. - Członkowie "Solidarności" są przekonani: nasz rząd nie zrobi nam krzywdy - komentuje prof. Edmund Wnuk-Lipiński z Instytutu Studiów Politycznych PAN. - Z doświadczeń demokracji o dłuższym niż Polska stażu wynika, że demonstracje w obronie interesów grupowych bywają bardzo burzliwe - jest tak na przykład we Francji. Nie ma na to rady, ale to rząd odpowiada za zachowanie ładu i porządku, choć niekiedy są to decyzje dramatyczne.
Więcej możesz przeczytać w 27/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0