Do gwiazd

Do gwiazd

Dodano:   /  Zmieniono: 
Przed domem młodego Kennedy?ego w Nowym Jorku zbierają się tłumy i kładąc pod drzwiami kwiaty, małpują żałobę po księżnej Dianie. Wygląda to czasem przejmująco, a czasem groteskowo
Podobno w Kalifornii urządzono park zabaw w gwiazdy, taki swoisty gwiazdoland. Po wykupieniu biletu wstępu można popróbować, jak to jest być gwiazdą. Na przykład - co się czuje, przechodząc przez szpaler błyskających fleszami fotografów albo udzielając wywiadu dla telewizji. Albo chociażby przeprowadzając taki wywiad...

Tłumy turystów wolą tę realizację marzeń (to co, że na niby i za pieniądze) od oglądania dzieł sztuki w muzeach, a nawet wygrzewania się na plażach słonecznej Kalifornii. Widać dążenie do gwiazd jest naprawdę powszechne. Punktem kulminacyjnym zabawy w gwiazdolandzie jest uczestnictwo w ceremonii rozdania nagród wzorowanych na filmowych Oscarach. Oszałamiająca scenografia, eleganckie kreacje, pompatyczna muzyka. Naprawdę robi wrażenie. A wylosowani goście mogą wręczać lub odbierać statuetki jak sławni aktorzy tyle razy oglądani w tej roli na ekranach telewizorów. Nasze niby-gwiazdy mają nawet czas na tradycyjne podziękowania współpracownikom, Bogu i najbliższej rodzinie. Oglądałem fragment takiej zabawy w CNN i muszę przyznać, że nauka nie poszła w las. Turyści odgrywają swoje role znakomicie! Wręczają, odbierają, dziękują, cieszą się i płaczą jak zawodowcy, czyli jak prawdziwe gwiazdy.
Amerykanie kochają swoje gwiazdy, nawet jeśli stały się nimi, nie wykazując się przy tym żadnymi niezwykłymi zdolnościami. Przykładem może być medialna histeria, jaka zapanowała w eterze po katastrofie prywatnego samolotu pilotowanego przez Johna Kennedy?ego juniora, w której zginął wraz ze swoją żoną i szwagierką. Zdarzenie przykre - jak każda śmierć. Ale oto amerykańskie telewizje zawieszają praktycznie normalny program i co kilkanaście minut meldują, jakie są wyniki poszukiwań wraku samolotu. Przez trzy czy cztery dni! Przed domem młodego Kennedy?ego w Nowym Jorku zbierają się tłumy i kładąc pod drzwiami bukiety kwiatów, małpują niedawną żałobę po księżnej Dianie. Wygląda to czasem przejmująco, a czasem groteskowo.
W chwili otrzeźwienia można jednak zadać sobie pytanie: skąd ten lament? Dlaczego aż tak bardzo żałuje się redaktora naczelnego przeciętnego miesięcznika "George"? Bo był gwiazdą. Nie z powodu swoich osiągnięć, lecz dlatego, że urodził się jako syn prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna Kennedy?ego, zamordowanego w Dallas, gdy malec miał zaledwie trzy latka. No i jeszcze - bo był przystojny, a więc można się nim było pochwalić przed światem.
Mechanizm tworzenia gwiazd z ludzi jest dość prymitywny i na dobrą sprawę nie należy mu się przyglądać, bo nieodmiennie prowadzi to do ich ośmieszenia. Prawda zaś jest taka, że gwiazdy wypełniają naszą wyobraźnię i żyją innym (lepszym - jak sądzą ci, którzy w nie wierzą) życiem niejako w naszym imieniu. Gdy odchodzą, umiera także cząstka naszego własnego dobrego samopoczucia.
Na dodatek ludzkie gwiazdy są dla nas - zdaje się - ważniejsze niż gwiazdy prawdziwe, te na niebie. W każdym razie okrągła rocznica lądowania człowieka na Księżycu przeszła prawie bez echa, zagłuszona przez rozpacz po śmierci Johna Kennedy?ego. Co prawda ten, który w imieniu ludzkości zrobił pierwszy krok na Księżycu, Neil Armstrong, otrzymał wysokie odznaczenie państwowe oraz wygłosił wzruszającą i bardzo humanistyczną mowę, ale mało kto go słuchał. Na dodatek prom Columbia, który miał być wystrzelony dla uczczenia rocznicy, został na ziemi, bo komputery doszukały się jakiegoś przecieku na pokładzie. Potem zresztą wyjaśniono, że komputery okazały się przewrażliwione, bo usterka była na tyle niegroźna, że nie wymagała odwoływania startu Columbii.
W tej sytuacji najjaśniejszą gwiazdą tych dni okazał się ktoś całkiem inny. Też Armstrong, ale Lance. Kolarz. Powodem jego niezwykłej sławy nie stało się to, że wygrał prestiżowy wyścig Tour de France, ale to, że zrobił to mimo choroby nowotworowej. Dwa lata temu odkryto u tego młodego sportowca raka narządów wewnętrznych. Armstrong natychmiast poddał się wyczerpującemu leczeniu (m.in. chemoterapii), ale... nie przerwał treningów. Wkrótce potem wykryto u niego guza mózgu. Nastąpiła następna seria zabiegów. Lekarze kręcili głowami i powątpiewali, czy pacjent z tego wyjdzie. Ale wyszedł i... natychmiast zaczął treningi. Pokonał słabość i fakt, że w czasie choroby wiele mięśni zwiotczało, a organizm był wyniszczony. Wrócił do formy. Wtedy zdecydował: wystartuję w najtrudniejszym wyścigu świata i wygram go. Od pierwszych etapów szło mu tak dobrze, że obserwatorzy stali się podejrzliwi. To niemożliwe, pewnie stosuje środki dopingujące - mówili. Sprawdzono więc Armstronga na wszystkie sposoby, ale wyniki badań okazały się zgod- ne - jest czysty, nie używa niedozwolonych środków. Gdy ostatecznie wygrał Tour de France, cieszyłem się razem z nim i poczułem, że zbliżył się do gwiazd jak nikt inny.
Więcej możesz przeczytać w 32/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0