Po równo

Po równo

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wolałbym, żeby politycy odpoczywali gdzie chcą i za ile chcą, nie udając, że jadą na urlop, żeby popracować. Dałbym im nawet kilkakrotnie wyższe pensje, gdyby tylko zagwarantowało to profesjonalną robotę
Na czele naszego państwa stoją pracoholicy. Jeśli już jadą na urlop, to wyłącznie po to, by zmienić scenografię, w której niemal każdą chwilę poświęcają pracy dla ojczyzny. Prezydent Kwaśniewski - według p.o. szefa jego kancelarii, ministra Kalisza - nie przestaje pracować nigdy, nawet gdy jest w Juracie z rodziną. Premier Buzek raczej informuje niż się skarży, że w czasie urlopu będzie głównie pracował.

"Przez dwa najbliższe lata żaden polityk nie będzie miał czasu na aktywny wypoczynek" - budzi współczucie dla polityków "Rzeczpospolita". Mam jakieś dziwne przeczucie, że Polsce nic by się nie stało, gdyby nasi władcy pozwolili sobie na długi i całkiem aktywny wypoczynek. Z drugiej strony, przyjęta przez nich poza niestrudzonych pracusiów jest logiczną konsekwencją podzielanego przez dużą część społeczeństwa przekonania, że polityk powinien jeździć na urlop kosztujący tyle, ile przeciętne polskie wakacje, a na urlopie powinien głównie pracować. Ostatnio Lech Wałęsa musiał się bardzo bronić przed zarzutami, że śmie wyjechać na dwa tygodnie na Seszele akurat wtedy, gdy organizuje konferencję na temat ubóstwa. Były prezydent - jak wynika z jego słów - znowu nie chciał, ale musiał. Wolałby na Kaszuby, a nie na Seszele, "bo tam trzeba się szczepić, tabletki jeść, tam jest niebezpiecznie, tam żmije, jakieś choroby, komary". Żonie i kolegom nie można było jednak odmówić. Wbrew przypuszczeniom, Seszele (które to słowo brzmi w naszych uszach tak egzotycznie) to o wiele lepsze miejsce do studiowania ubóstwa niż Polska. W najnowszym raporcie ONZ o cywilizacyjnym rozwoju różnych krajów Polska znalazła się na 44. miejscu i została uznana za kraj o wysokim rozwoju cywilizacyjnym. Seszele zajęły zaś 66. miejsce w grupie średniaków. Złośliwości są więc nie na miejscu. Żona prezydenta wybrała dobrze.
Lech Wałęsa broni się publicznie przed Seszelami, bo czuje, że w świadomości rodaków przeznaczoną dla niego formą wypoczynku są wczasy nad rzeczką i łowienie ryb. Z trójki "wolność, równość, braterstwo" najchętniej wybieramy tę drugą, rozumianą jako urawniłowka. Z ostatniego sondażu CBOS wynika, że Polacy traktują na przykład podatki jako sposób na wyrównywanie dochodu. Nie żeby do wspólnego garnka wrzucać pieniądze, które pójdą na oświatę czy lecznictwo. Nie żeby obniżyć podatki, by nakręcić gospodarkę. Nie, podatki są po to, żeby zabrać bogatym. Społeczeństwo kocha za to słowo "ulgi". Kocha je tak bardzo, że - by je zachować - występuje przeciw obniżeniu podatków dla wszystkich. Nieistotne, że ulgi - budowlana czy na leczenie prywatne - są w większości dla zamożnych. Wyniki sondażu potwierdzają moje przypuszczenia, że wielu ludzi jest u nas sfrustrowanych nawet nie dlatego, że w nowej rzeczywistości sobie nie radzi, ale dlatego, że radzą sobie w niej inni. A bogactwo sąsiadów, które już kłuje w oczy, będzie kłuło jeszcze bardziej, bo Polska jest krajem o wyjątkowo małej - jak na cywilizowane państwa - rozpiętości dochodów. W tej klasyfikacji nawet wśród byłych demoludów jesteśmy w grupie krajów określanych jako populistyczne. Kto wie, być może tylko po pijanemu przestajemy być domagającymi się absolutnej równości hipokrytami. Kilka lat temu w jadącym z zagranicy pociągu nie mogłem się uwolnić od pijaczka molestującego mnie docinkami: "A co, nie stać redaktora z telewizji na bilet pierwszej klasy?". Teraz już wiem. Należy zawsze kupować pierwszą klasę, ale wsiadać do niej dyskretnie, by nikt nie pomyślał, że się człek wywyższa.
Gdy już miałem pomysł na felieton, dostałem obuchem w łeb i zdałem sobie sprawę, jak nieostrożne jest podporządkowanie widzenia świata wcześniej przyjętej tezie. Oto - wbrew mojemu przekonaniu o panoszących się w Polsce związkokracji i populizmie - "Trybuna", pisząc o reprywatyzacji, poinformowała, że "Jaśnie Państwo wracają". Nie wiedzieli Państwo? No to już Państwo wiedzą: "Odbywa się kontrrewolucja ziemiańsko-burżuazyjna, wykorzystująca znaki "Solidarności" do realizacji celów grupowych i przekazywania dawnym posiadaczom mienia". Myślałem, że jeśli już pod znakami "S" odbywa się jakakolwiek rewolucja, to jest to rewolucja prawicowa w formie i lewicowa w treści. Błądziłem. Nie należę, niestety, do Jaśnie Państwa i nie mogę liczyć na zwrot czegokolwiek, nie rozumiem jednak, dlaczego państwo przez małe "p" nie ma się przynajmniej zastanowić, jak zwrócić ludziom to, co ukradli im komuniści. Ale "Trybuna" - tak jak wyjeżdżający na "robocze wakacje" politycy - wie, co robi, gdy apeluje: Proletariusze, łączcie się w niechęci do wszystkich, co mają albo mogą mieć więcej. Odwoływanie się do zawiści wobec bogaczy, a przynajmniej bogatszych, to u nas pewny strzał. Kwalifikacją polityka - niemal w takim stopniu jak rządzenie - może się u nas niedługo stać umiejętność demonstrowania współczucia. Aż strach mnie oblatuje, że któryś z naszych przywódców będzie naśladował króla Jordanii Abdullaha i w przebraniu będzie się zapoznawał z losem ludu. Pewnie już by go naśladowali, gdyby nie obawa przed zarzutem o imitowanie jaśniepaństwa.
Wolałbym, żeby nasi politycy odpoczywali gdzie chcą i za ile chcą, nie udając, że jadą na urlop, żeby popracować. Dałbym im nawet kilkakrotnie wyższe pensje, gdyby tylko zagwarantowało to brak korupcji i profesjonalną robotę. A że byłoby to wbrew regułom równości? Pal diabli równość. Wystarczy sprawiedliwość.
Więcej możesz przeczytać w 32/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0